Moje codzienne zycia kawalki...
niedziela, 07 września 2014
Po wakacjach

Dzisiaj przypomniałam sobie o blogu, poczytałam wpisy z lat poprzednich, i stwierdziłam, że czas na kolejny wpis...

Otóż w nowej-starej firmie pracuję już trzeci miesiąc, z dnia na dzień zmieniając zdanie na temat bliższej i dalszej przyszłości (tj. czasem chciałabym, ale czuję się za stara na kontynuację... to znów wcale nie chcę już, ale mi szkoda).

Wyjechać na wakacje nam się udało (nareszcie!) i wakacje też bardzo się nam udały (yuppeee!):

Ruszyliśmy w podróż wtorkowym porankiem. Do Francji dostaliśmy się na pokładzie promu DFDS (był dużo luźniejszy, ładniejszy i bardziej komfortowy od P&O, ale z drugiej strony mało było miejsca do przemieszczania się). Dotarliśmy do Dunkierki (zwykle pływamy do Calais) i potem wyruszyliśmy w drogę do Venlo.

W Venlo było jak zwykle - czyli znajomo i dobrze. Smaczna obiado-kolacja, lulu spać... Zaś po śnadaniu następnego dnia wyruszyliśmy w drogę przez Niemcy. Pod wieczór dotarliśmy do zaprzyjaźnionego już Zajazdu w Polsce. W czwartek rano kolejne śniadanie i w drogę do Babci, Dziadka, Siostry z Mężem i ich Dzieci. :)

Na miejscu przywitała nas oczekująca na poboczu ulicy Delegacja i... Melon. Dziwnie było bez Neli, ale "Mela" też jest OK.

Trzy dni przeleciały prawie biegiem, głównie wiązały się z odwiedzinami w Nowiaku i Warszawie (oprócz znajomych już miejsc udało mi się pokazać MMZ Wilanów - niestety, pałac wyłącznie od strony zewnętrznej... Już tyle razy tam byłam w ciągu ostatnich 30+ lat, a jeszcze nigdy nie udało mi się dostać do środka: a to zamknięte, to znów biletów brak...).

Kolejny tydzień i kolejny wyjazd: w drodze do Oświęcimia w planie była Częstochowa, ale korek spowodowany wywróconą ciężarówką pokrzyżował nam nasze zamiary. Szybka decyzja i już o trzeciej byliśmy pod Zieloną Willą. Warunki bardzo mile nas zaskoczyły: Polska dopędza standard zachodnio-europejski. Warto tutaj może wspomnieć, że drugą miła niespodzianką przez większość pobytu była bardzo grzeczna i pomocna obsługa w większości miejsc, gdzie zawitaliśmy. :)

/c.d.n/

00:46, mjones2233 , Wakacje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 sierpnia 2011
Półmetek wakacji

Minęła (mniej więcej) połowa tegorocznych wakacji. W ramach podsumowań mogę streścić co następuje:

  • Przez dwa pierwsze tygodnie bawiliśmy się dość dobrze, choć bez większych wypadów. MMZ obchodził urodziny (zaczął już drugiego, gdy poszliśmy tylko we dwójkę do F&B's, potem miał jeszcze drugiego torta ze świeczkami w pierwszy dzień obozu, bo akurat wypadały wówczas jego urodziny). Byliśmy też w Weymouth (MMZ potaplał się w wodzie), w Salisbury na wieży (bardzo fajna wycieczka - dziękuję MMZ za pomysł i realizację; w zasadzie może w wolnej chwili opiszę tę wycieczkę osobno, bo i zdjęć trochę mam, i miło by było mieć pamiątkę), byliśmy na huśtawkach w NT (trzy razy) i zrobiliśmy kilka innych, pomniejszych wycieczek, ale o nich już pisać nie będę).
  • Dwa tygodnie temu byliśmy z parafią na wyjeździe na uroczystą mszę z okazji wyświęcenia naszego P. :)
  • Wczoraj MMZ wrócił z pierwszego w życiu obozu harcerskiego. Wytrzymał, choć padało (a raz nawet grzmiało!), i ogólnie jest zadowolony. Był taki moment po powitaniu (ach, jak ja lubię takie powitania - przez dwie godziny był jak aniołek!), że myślałam, że powie "no more scouts' camps" ale gdy Go zapytałam o ocenę obozu w skali 1 do 10 gdzie 10 jest "fantastic" to stwierdził, że było 9.9! :D
  • W drodze powrotnej pojechaliśmy do S. na pizzę. Miasto było tak zapchane samochodami, że straciliśmy dużo czasu na szukanie miejsca do zaparkowania. W międzyczasie zamknięto nam bank (MMZ chciał założyć sobie pierwsze własne konto - własne w sensie posiadania własnej karty, etc. - bo oszczędnościowe to ma od dawna). Ale pizza była OK. Wieczorem MMZ wydawał się trochę chory (zresztą już wcześniej - od momentu pierwszego całusa w czoło ciutkę się martwiłam, że jakieś choróbsko się rozwija), rano obudził się zachrypnięty, ale na szczęście przezwyciężył chorobę i dobrze się dziś bawił (festyn u T. i wizyta u AG). :)
  • Jutro czeka nas wyjazd na kolejny obóz - tym razem krótszy i nie harcerski, ale za to połączony z koczowaniem w górach (well, OK, wzgórzach), w lesie. ;)
  • Na koniec dodam - żeby nie było, że jest tak różowo - że ostateczny termin oddania prac tuż tuż, a mi wcale pisanie nie idzie. :( Natchnienia potrzebuję. Pomocy!!!
  • Aha, i jeszcze, że działka wydaje owoce (i warzywa!), ale chwastów też cała masa... ;)
  • Pracę dostałam nową, ale jutro odmówię, bo godziny mi nie pasują. Od nowa zacznie się szukanie...
  • A. po raz kolejny wyznał mi miłość i poprosił o rękę, ale oczywiście odmówiłam (tym bardziej, że jest żonaty! LOL). Pożegnałam Go na zawsze piosenką. Lepiej mi się zrobiło. :D I tylko pozgrzytać zębami mogę, że kasy nie oddał. Ale i tak życzę Mu dobrze - "to co było minęło, to co było nie wróci", a źle Mu życzyć nie zamierzam. Uczyć się trzeba na błędach, a nie nimi przejmować.
  • I na koniec złota myśl przeczytana dziś na poduszce w samochodzie pewnego Walijczyka: "A fool with money is a great company" czy coś w tym stylu...

Dobranoc! :)

23:52, mjones2233 , Wakacje
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 stycznia 2011
Wybrzeże Południowe

Kilka zdjęć z wczorajszej wycieczki (wprawdzie nie wakacje, ale zrobiło się choć przez kilka godzin trochę wakacyjnie...):


Towarzyszyła nam piękna pogoda i... statki

MMZ udawał... no właśnie... kogo?

Były też niezłe szychy....

... oraz maleńkie szyszki.

... była nowoczesna Ścieżka Zdrowia i bardzo dużo śmiechu!

Na koniec zaś był zmierzch nad wodą, światła na statkach oraz... puszczanie kaczek. Potem już tylko pozostał powrót do domu. Trochę nam się z tym zeszło, choć na szczęście tym razem nie było mgły. :)

01:34, mjones2233 , Wakacje
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 sierpnia 2010
Mialo byc majowo-czerwcowo

...Wlasnie. Mialo byc. Ale czas ucieka, w miedzyczasie wydarzyly sie i inne wakacje, a wpisów zero.

Totez pokrótce, by podsumowac ostatnie trzy miesiace, nim uciekna do niepamieci:

1. Pobyt w W.Sussex, Hampshire, Surrey i bodajze Berkshire byl bardzo udany:

a) bylismy m.in w Littlehampton gdzie znalazlam pamiatke sredniowieczna, ogladalismy kraby, a w dodatku byla akcja z Blue Peter'em.

b) byli tez Beatles'i. :)) I spacer do F. w piekny majowy (?) wieczór.

c) wycieczka po Portsmouth Harbour byla bardzo udana: dzien po uroczystym nadaniu imienia, z goscmi z USA i piekna pogoda. :)

d) byla wizyta u B. - calkiem niezapowiedziana, i moze w nienajlepszym stylu, ale zawsze - po dziesieciu latach milo byla Ja zobaczyc. :)

e) Samoloty startowaly mi nad glowa i z ulga powitalam nowy dzien. Legoland byl milym zakonczeniem tych krótkich wakacji... :)

2. Potem byl jeszcze jeden wypad do Legoland'u, ale to juz z P.

3. Bylismy z MMZ po raz pierwszy na camping'u: spalismy pod namiotem, Synek okazal sie byc assertive i znalazl sie po mesku z mallet'em. W dodatku noca szumialy nam drzewa, a ja mialam wycieczke do toalety. :D Gralismy w badminton'a i nawet udalo mi sie zaczepic, a potem stracic lotke z wysokosci pierwszego pietra... :))

Wczesniej jednak byl Air Show i latala nam nad glowa wyscigówka, a wczesniej trójkat/cma, a potem helikopter spadl... ech.

4. Bylismy w Polsce. Znów samochodem. Bylo swietnie, tylko bardzo krótko.

5. Teraz jednak wielkie zmartwienie mamy... ale i nadzieje, ze bedzie dobrze.

I tym optymistycznym akcentem zakoncze nasz krótki update.

ps. W poniedzialek MMZ wyrusza na swoja pierwsza wielka przygode... :)

 

21:25, mjones2233 , Wakacje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 czerwca 2010
Bylo swietnie, ale krótko! (wstep)

Powraca jak uprzykrzony refren ta sama mysl: "alez ten czas leci!". Trudno mi uwierzyc, ze to juz prawie tydzien mija od naszego powrotu z tygodniowego urlopu!

Ale zaczne od poczatku, bo szkoda by bylo, by przed-wakacyjno-urlopowe wspomnienie zniknelo w kurzu niepamieci...

Totez musze przeniesc sie w czasie o prawie dwa tygodnie: w piatek bylam jeszcze w pracy, pokonczylam co mi sie pokonczyc udalo na czas, a juz szczególnie to, co nie moglo czekac przez tydzien! W sobote - sama juz nie wiem co robilam, ale chyba nic nadzwyczajnego, bo nawet nie bardzo pamietam...

Za to w niedziele odwiozlam z rana MMZ na Scouts Jamboree, a sama pojechalam do centrum ogrodniczego w Devon. Choc raz mialam czas na spokojne zakupy polaczone z relaksem, a nawet i z lunch'em. Towarzystwo tez mialam niczego sobie; dzieki Bogu lubie spedzac czas sam na sam ze soba. :P

Wszystko dobre konczy sie zwykle zbyt predko, wiec i teraz nadszedl czas udania sie z powrotem do naszego hrabstwa. Udalo mi sie jeszcze pojezdzic troche po okolicznych country roads, przy okazji obserwujac jedwabne namioty na okolicznych zywoplotach (szczerze piszac widok momentami mrozacy krew w zylach - jak znajde kabelek, to wstawie zdjecia). :)

Potem jeszcze chwila oczekiwania na terenie lotniska powracajace zuchy, i... nieprzyjemna niespodzianka: bez zadnego powodu zostalam ugryziona w czubek palucha lewej nogi przez niewielkiego pajaka! Przypominal mi on swoim wygladem takiego pajaka co to czasem widzi sie w okolicy okien: czarno-bialy stworek skaczacy czesciej niz chodzacy... Nic to - wrócil MMZ zachwycony calym dniem bardzo, ale czas juz byl jechac do kosciola na wieczorna msze (po drodze doreczajac do drzwi mojej pracy DVD dla Liz). Odkrylismy piekny zakatek z widokiem na zachód, i nawet nasz dawny znajomy x. Pawel odprawial Msze calkiem niespodzianie dla nas. Zadowoleni wrócilismy do domu. :)

Poniedzialek powital nas koniecznoscia odwiezienia B. do hotelu, co tez uczynilismy, ale nie udalo nam sie wyrobic z wyjazdem na urlop az do ok. drugiej po poludniu. Kiedy jednak juz wyruszylismy, robiac tylko jeden przystanek po drodze - w dobrze nam znanej z dawnych czasów stacji Shell'a w S. celem skorzystania z WC i zaopatrzenia sie w male co-nieco... Przejechalismy przez New Forest i dalej poszlo juz jak z platka. Dopiero juz na samym koncu mój dobry humor zostal nieco nadwyrezony z powodu kilku malo rozgarnietych osobników...

00:14, mjones2233 , Wakacje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 sierpnia 2008
Ciagle spózniona (cz.2)

Podróz przez Niemcy przebiegla bez przygód. W Venlo bylam okolo siódmej; zjadlam na koszt mojego Gospodarza obiad (pyszny, ale strasznie pikantny!), a potem posiedzialam jeszcze na Necie, dzieki temu, ze B. udostepnil mi swoje konto. Rano wyjechalam bez sniadania (zostawiajac Mu prezent, który Go chyba troche zaszokowal - ale o prezencie nie pomyslalam wczesniej, wiec musialam improwizowac!) LOL

W Belgii wypilam kawke, we Francji skorzystalam z obrzydliwego kibelka (nie wiem co to jest, ale z tegorocznych obserwacji moge smialo porównac francuskie wychodki z polskimi - taki sam syf; choc przyznaje, ze w Polsce robi sie pod tym wzgledem coraz czysciej - przynajmniej porównujac z latami ubieglymi, i z Francja)...

Nagle okazalo sie, ze juz jestem w Calais, i trzeba bylo improwizowac, by wziac paliwo. Chwile mi sie zeszlo z oddaniem/wymiana samochodu - tym razem dostalam malego Renault Clio na brytyjskich numerach), i tuz po 14:30-sci jechalam na prom. Tutaj jeszcze maly problem z korekta biletu, bo okazalo sie, ze zmieniony kilka dni wczesniej przez telefon bilet wciaz pokazuje, ze podrozuje ze mna MMZ, i juz plynelam... Zjadlam pyszny obiad (zeberka, ktorych zwykle nie lubie, ale te wygladaly tak aptetycznie, jak smakowaly), i pobujalam sie na falach (bylo wiatrzysko). W UK za to padalo, a korek byl taki, ze prawie od promu... Zapytana przez urzednika, czy wszystko, co ze soba wioze jest moje - udzielilam zgodnej z prawna odpowiedzi, ze owszem - wszystko, oprócz samochodu...

Kolo Londynu juz nie padalo, ale za to tablice informacyjne ostrzegly mnie, ze zaraz za Leatherhead jest korek. Zjechalam wiec w strone obrzezy Londynu, i bocznymi drogami przedostalam sie do M3. W domu bylam pózno - dopiero gdzies kolo 22-giej...

16:58, mjones2233 , Wakacje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>