Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 11 października 2017
Good? news

Wciąż jeszcze żyję..

czwartek, 09 lutego 2017
WOW!

Przypomniało mi się dzisiaj nagle, że od jakiegoś czasu tu nie zaglądałam. Zaglądam i... okazuje się, że nie pamiętam hasła! OK. Pomyślałam, i zalogowałam się. Zaglądam tutaj, a tu cisza od czerwca ub. roku! Gdzie ten czas się podział??

czwartek, 02 czerwca 2016
Ojej!

Ojej! Jak ja już dawno tu nie zaglądałam (że o pisaniu nie wspomnę!). Dzisiaj też zresztą nie miałam takiego zamaru, ale zachciało mi się zajrzeć na foto-bloga o Warszawie, i nie mogłam sobie przypomnieć jego nazwy/adresu. I wtedy przypomniał mi się mój blog (bo link tu powinien być!)... Poprawię się? (Jeśli tak, to pewnie tylko na wadze...)

Buziaki!

niedziela, 27 grudnia 2015
Święta

Święta właśnie minęły. Cichutko, szybciutko - inaczej, niż zwykle. Jutro (a właściwie to już dzisiaj) kolejna niedziela... Dobrze, że poniedziałek będzie wolny, bo sporo pracy w domu się uzbierało. I aż mi się nie chce myśleć o powrocie do pracy we wtorek, bo pogoda ma być taka raczej mało ciekawa... :/

sobota, 05 grudnia 2015
Kolejny wpis

Miałam zmieniać pracę, ale jednak zdecydowałam się zostać i zobaczyć, jak będzie dalej. Zdecydowałam się w ostatniej chwili, bo już nie tylko ofertę pracy miałam, ale i konkretną propozycję w sprawie daty, etc.

Tymczasem jednak byłam na badaniach pod kątem raka piersi (dokładnie trzy lata temu znalazłam guza, i po początkowym wielkim niepokoju lekarzy, którzy podejrzewali najgorsze, po biopsji i wszelkich badaniach, omówieniu mojego przypadku przez specjalistów, okazało się, że jednak fałszywy alarm.

I prawie co do dnia po trzech latach, znów znalazłam się w szpitalu z podejrzeniem kolejnego problemu w tej samej piersi. Ale, na szczęście w miarę szybko stwierdzono, że to pewnie tylko cysta.Mimo wszystko skierowano mnie jednak na badania dodatkowe, przy okazji pytając, czy ktoś omawiał ze mną operację usunięcia pierwszego guza - co wywołało moje wielkie zdziwienie, bo nikt tego wcześniej nie wspominał...

Trochę ponad tydzień później znalazłam się w szpitalu na badanianich po raz kolejny. Po badaniu pierwszym przyszło długie oczekiwanie na USG, "umilane" przez nawiedzoną "uzdrowicielkę", która ode mnie była o trzy lata młodsza i oczekiwała na swoje pierwsze badania... Wreszcie zawołano mnie na badanie. Okazało się, że osobą przeprowadzającą badanie będzie... Czeszka. Pani była dość rozmowna, stwierdziła, że w Pradze pracuje w poniedziałki i piątki, a na środek tygodnia przylatuje na konsultacje do nas (i tak od siedmiu miesięcy). Początkowo zapowiedziała USG obu piersi, następnie przeraził ją mój stary guz i kilkakrotnie dopytywała się, czy był diagnozowany przez biopsję, i czy ktoś ze mna rozmawiał o operacji. Po czym stwierdziła, że nowy problem to faktycznie cysta. I od razu zapowiedziała, że będzie ściągać płyn tu i teraz. Jak zapowiedziała, tak spróbowała zrobić: wbiła mi igłę pod kontrolą USG, i długo próbowała coś wyciągnąć. Momentami było OK, w innych chwilach bolało dość mocno. Obserwowałam ekran i widziałam, że nic się nie dzieje (tj. cysta jak była tak dalej jest), choć owa pani twierdziła, że idzie dobrze. Po czym oddaliła głowicę skanera od mojej piersi, i szybko wyciągnęła igłę twierdząc, że już po wszystkim. Udało mi się zerknąć na strzykawkę i przysięgłabym, że była... pusta. Za to z miejsca ukłucia wystrzelił mi na pierś strumień krwi... Miałam zapytać, czy faktycznie płyn został ściąnięty, ale przyszło mi na myśł, że jeszcze zechce próbować ponownie - a miałam już dość. Zapytałam zatem, czy teraz zrobi badanie USG drugiej piersi. Stwierdziła, że nie (nie zdziwiło mnie to, bo badanie trwało już dość długo) - nie miałam się chęci wykłócać, bo ja z tych mało-kłótliwych...

I teraz czekam na opis, a przy okazji zastanawiam się, czy dawać tego pierwszego guza pod nóż, czy nie...

niedziela, 29 listopada 2015
I ciąg dalszy nie nastąpił...

I ciąg dalszy nie nastąpił - przynajmniej nie w formie wpisu na blogu.

Początkowo miałam w planach opisanie procesu zdrowienia po dyslokacji łokcia, ale życie - jak zwykle - miało inne plany. Teraz, po prawie pół roku od wypadku, po prostu już mi się nie chce wracać do tego wszystkiego. Łokieć, cudem jakimś, jest ponownie sprawny. No, może nie w 100%, bo całkiem wyprostować ręki się nie da, a i praktycznie cały czas są w niej jakieś bóle czy inne napięcia. Ale samochód prowadzić mogę (a bez tego było jak bez przysłowiowej ręki), na codzień wszystkie czynności też wykonuję jak dawniej, i tylko staram się nie podnosić nią więcej niż 5-7kg.

Czas ucieka, świat się zmienia, a człowiek starzeje. Daj pracuję, gdzie pracowałam, choć ostatnio zmieniło mi się trochę w pracy - np. wprowadzili grafiki, i tak w tym tygodniu będę dyżurować wieczorami, co mało mi pasuje. Miałam wprawdzie ofertę pracy gdzie indziej, ale jeszcze nie zaakceptowałam, bo czekam na wyniki ze szpitala... O tym może innym razem.

MMZ wielki już bardzo, w swoim zespole gra, w szkole Mu dobrze idzie i ogólnie nie mam z Nim żadnych problemów. :) Dziękować Bogu.

Po dziesięciu latach ascezy zakochałam się na nowo, ale nieszczęśliwie chyba tym razem, bo choć utrzymujemy kontakt, to jednak za bardzo się różnimy i nic z tego raczej nie będzie. Może tak i lepiej.

I tak życie się toczy. Niewiele więcej mam do zapisania w tej chwili, tak więc i skończę w tym miejscu. Czytelników pozdrawiam serdecznie. :*

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 373
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>