Moje codzienne zycia kawalki...
sobota, 14 lipca 2012
Apokaliptyczny 2012

Co się z tym światem dzieje? Jak nie zdziczenie ludzkie (wojny, morderstwa, okrutne ataki na bliźnich) to szaleństwa przyrody... Właśnie słucham w polskiej TV informacji o dzisiejszych wichurach i trąbach powietrznych w Polsce. Wcześniej wiadomości o kataklizmach nadchodziły z Ameryki, Japonii i innych zakątków świata. U nas też wesoło nie jest: od wielu dni pada, leje, siąpi - non-stop praktycznie mokro. Wczoraj przeszłam się wreszcie na działkę w wolnej, bezdeszczowej chwili i odkryłam, że cała moja plantacja ziemniaków padła pierwszą ofiarą długofalowych deszczów. Jeszcze w weekend tak ładnie krzaczki zmieniaczane wygłądały: zieloniutkie, zdrowe, dorodne. Kwitły sobie w najlepsze. Teraz stoją żałosne kikuty: chyba zaraza ziemniaczana je dopadła. Na sąsiedniej działce to samo. :( Szkoda. Pięciometrowe prawie w ub. roku słoneczniki w tym roku na wysokości 1.4m zaczęły formować kwiaty - za mało im pewnie było słońca. Kalarepki i groszek zjadły ptaki i ślimaki: zbyt mokro było, by tam wpadać częściej i dopilnować. Cała nadzieja w bobie, szczawie, buraczkach i kukurydzy... ;) Te jeszcze rosną.

środa, 02 maja 2012
And... it failed again! (part 2)

Zdecydowałam się podjechać do supermarketu nieopodal stacji kolejowej. Jeśli znajdę miejsce, to zostanę i pomacham Królowej na odjazd. :)

Parking był wypełniony do ostatniego miejsca, a i kilka samochodów krążyło wokoło starając się znaleźć kawałek asfaltu dla siebie. Miałam szczęście - przyuważyłam wyjeżdżący samochód i szybciutko zaparkowałam na jego miejscu. :) Uiściłam opłatę i poszłam na spacer. Okazało się, że w oczekiwaniu na powrót Królowej (która akurat brała udział w przygotowanych dla Niej atrakcjach) wszyscy się rozeszli wokoło, i przy samym wejściu na stację stała tylko garstka ludzi. Przyłączyłam się do nich z pytaniem, o której ma być powrót Królowej. Okazało się, że to już niedługo - niecałe 30 minut. Zajęłam wygodną pozycję z pełnym widokiem zarówno na ulicę, jak i na peron, i przygotowałam się na czekanie. Na horyzoncie ukazał się błękit nieba - coż za odmiana po wielu dniach deszczu!

Spojrzałam na komórkę i zamarłam. Naładowana jeszcze rankiem bateria była na "ostatnich nogach". Zrobiło mi się zimno na samą myśl, że mogłabym przegapić zrobienie zdjęć takiego Gościa i to stojąc w tak dogodnym miejscu! Przecież MMZ (który w tym czasie był w szkole) tak bardzo by się ucieszył, gdyby mógł Królową z tak niewielkiej odległości zobaczyć! Niestety, Samsung Galaxy Ace, którego używam (po raz pierwszy od lat porzuciłam moją Nokię, ale faktycznie namawiana na smartphone przez MMZ nie mogłam znaleźć Nokii, która by mi się podobała i była smartphone'm.. i takim właśnie sposobem wylądowałam z Samsung'iem - namówiona przez MMZ i sprzedawcę w sklepie... I właśnie ów Samsung potrafi zużyć właściwie na nic baterię w ciągu kilku godzin, a gdy jest już ona bliska wyczerpaniu (ale jeszcze działająca), to często odmawia robienia zdjęć podając, że za mało jest energii w baterii...

Do oczekiwania miałam jeszcze 20 minut, więc wyłączyłam komórkę niepewna jednocześnie czy próbując konserwować energię robię dobrze naciskając przycisk "off", bo może takie zamykanie i otwieranie zużywa tej energii więcej niż standby? Ale ryzyk-fizyk. Gdy nadchodziła pora powrotu Królowej włączyłam komórkę ponownie, sprawdzilam, czy aparat działa, i nastawiłam się na robienie zdjęć.

Nadjeżdżający pojazd wiozący Królewską Parę zatrzymał się jednak dalej od nas niż się spodziewałam, i mój niepokój związany ze słabą baterią rósł proporcjonalnie do czasu oczekiwania, aż Królowa dojdzie na peron.

Królowa wyglądała pięknie i pogodnie, ale jakże jednocześnie delikatnie - ma przecież swój wiek. Jej Małżonek też się dobrze prezentował, i oboje byli bardzo mili: On jednak wydawał się mniej oficjalny, zaś Królowa nosiła się prawdziwie po królewsku, ale i skromnie zarazem. Była wokół Niej, w Niej samej jednak atomosfera dostojności i wyjątkowości.

Zrobiłam kilka zdjęć z daleka, ale nie ryzykowałam robienia zbyt wielu, by bateria nie padła, nim Królewska Para pojawi się bliżej. Wreszcie nadeszli. Nie chcąc przegapić niczego włączyłam opcję video i zaczęłam filmować. Królowa weszła na peron, stanęła porozmawiać z dygnitarzami przez kilka dłuższych chwil wprost naprzeciw mnie - była może ze cztery metry ode mnie! Widok miałam bezpośredni, słoneczko świeciło. Słyszalam jak kilka osób z tłumu obok mnie wołało do ochroniarza, by przesunął się nieco (zasłaniał im Królową) - ale nie zareagował. Ja, na szczęście takiego problemu nie miałam: Parę Królewską miałam tuż przed sobą i choć nie widzialam dokładnie czy bateria nie padła (świeciło słońce pod któe nie widać nawet było co mam na ekranie) to wierzyłam, że uda się do końca wszystko nagrać. Jeszcze kilka chwil rozmowy, potem Królowa wsiadła do pociągu - drzwi były tuż przede mną - rozdzialał mnie od nich tylko peron i metalowy płot przyczepiona do płotu nazwa miejscowości, ponad którą patrzyłam na Królową i Jej pociąg. Ona sama odwróciła się i pomachała do nas, a potem ponownie się odwracając skręciła w lewo i zniknęła w wagonie. Zniknęła zresztą tylko na chwilę, bo mimo wiszących na całej długości i szerokości okien firanek świecące słońce przebijało się przez okna od drugiej strony i podświetlało sylwetkę stojącej w wagonie Królowej.

Nagrywałam dalej: Królowa stała odłożywszy torebkę (nadal miała na głowie kapelusz i któraś ze stojących obok mnie babek skomentowała, że gdyby to była ona sama, to by już dawno kapelusz sobie z głowy zdjęła... inna dodała, że Królowa powinna usiąść, bo lada moment pociąg ruszy). W międzyczasie Prince Philip wsiadł w te same drzwi, ale udał się do wagonu w prawo. Po dłuższej chwili, już przy zamkniętych drzwiach, zobaczyliśmy, że pojawił się w wagonie Królowej. Co mnie osobiście zdziwiło to to, że w pewnym miejscu przez wagon gdzie stałą Królowa przeszła jakaś kobieta/dziewczyna? z kwiatami i mijając Królową ani nie dygnęła, ani nawet nie zwolniła, tylko poszła dalej...

Wreszcie pociąg odjechał, a ja - zatrzymawszy uprzednio nagrywanie video zmieniłam opcję na zdjęcia i złapałam dwa ujęcia znikającego pociągu. Bardzo zadowolona z tak owocnego dnia poszłam do supermarketu (chciałam robiąc małe zakupy odczekać, aż tłumy odjadą, a przy okazji odebrać pieniążki za parking...). ;)

Snując się po supermarkecie nie wytrzymałam i wyjęłam komórkę, by obejrzeć nagranie. I tu moje rozczarowanie nie miało końca. Ani pierwszy, ni drugi filmik się wcale nie nagrał. Przepadło nagranie-niespodzianka dla MMZ. Przepadła taka fajna pamiątka. :(

Na otarcie łez zostały dwa zdjęcia z Królową na ulicy (tj. z czasu, gdy przyjechawszy na stację wysiadła z samochodu i rozmawiała z ludźmi) oraz dwa zdjęcia odjeżdżającego pociągu.

W domu przetestowałam nagrywanie na kocie. Mimo słabej baterii nagrało koci filmik idealnie. Nie ma to jak złośliwa złośliwość rzeczy martwych. :(

Nie cierpię Samsung'a!

 

 

 

 

wtorek, 01 maja 2012
Samsung zawiódł, niestety (part 1)

W Anglii najbardziej mokra susza w historii... Nawet dziś rano ponownie lało bardzo porządnie - do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiałam się, czy jechać na spotkanie Monarchinii (tak to się pisze? - nigdy nie miałam większych problemów z polską gramatyką ale prawie 20 lat za granicą robi swoje - coraz trudniej mi odnaleźć w pamięci właściwą pisownie, a niektóre słowa wydają się być złożone z liter z angielskiego alphabet soup...).

Wracając jednak do Królowej: miała odwiedzić dziś niedalekie miasto więc stwierdziłam, że w tak szczególnym roku, jeśli Starsza Pani fatyguje się do nas taki kawał, to jednak przyzwoitośc nakazywałaby pofatygować się ten mały kawałeczek dla Niej. :) W pracy wypadł mi dziś dzień wolny, więc stwierdziłam, że spróbuję choć ciuteńkę Ją zobaczyć...

Już w drodze widziałam wzdłuż torów czekające Jej przyjazdu samochody. Gdy dotarłam na obrzeża miasta do przyjazdu było 10 minut, i pomyślałam, że nie mam szans na to, by znaleźć miejsce do parkowania, a potem jeszcze miejsce do oglądania. Toteż podjęłam szybką decyzję, by zaparkować nieopodal wiaduktu z którego widziałabym i nadjeżdżający pociąg, a potem i samą stację (w oddali wprawdzie i za drzewami, ale jednak). Jak pomyślałam, tak uczyniłam.

Na wiadukcie stało dwóch dziadków z kamerami, co chwila zwalniały przejeżdżające samochody sprawdzając, czy to "już"? Kilka razy przejechał samochód policyjny. Deszcz przestał padać, a do mnie podeszła kobiecina pytając, o której to godzinie Królowa na nadjechać. Do zapowiedzianego czasu zostało niecałych 5 minut, a ponieważ kobieta owa rozgadała się na dobre, to ja nastawiłam komórkę na nagrywanie i tylko pilnowałam, by trzymać równo tak, by nadjeżdżający pociąg się załapał w obiektyw. Pięć minut minęło na pogawędce, potem kolejne trzy minuty, i dalej nic. W pewnym momencie usłyszałam sygnał pociągu, ale od tyłu - od strony stacji kolejowej. Pierwsza myśl: "jak to? puścili zwykły pociąg w drugą stronę tuż przed przyjazdem Królowej? Drugą myślą miało być, ze być może tak: tory między stacjamy są pojedyncze, i często pociągi muszą sobie ustępować z drogi tam, gdzie są mijanki... Ale nim ta myśl wykiełkowała na dobre dopuściłam do siebie inną: że oto Królowa przyjechała z innej strony (być może skądś wracając...: coś mi tam chodziło po głowie, że przecież chyba jest w rozjazdach już pewien czas). Zaśmiałam się zatem i z komentarzem, że Królowa przyjechała jednak na czas zawołałam owych dziadków-fotografów, bo patrzyli w drugą stronę i nie zwrócili uwagi na nadjeżdżający pociąg.

Pociąg tymczasem nabierał prędkości i miałam go przed sobą teraz w całej rozciągłości (a rozciągły był). W dodatku okazało się, że to pociąg królewski (nawet nie wiedziałam, że taki istnieje). Zrobiłam piękne nagranie całego pociągu: od lokomotywy prowadzącej do ostatniego wagonu, i z uśmiechem pożegnałam moją rozmówczynię wracając do samochodu. Nie byłam jeszcze pewna, czy jechać dalej czy też zatrzymać się w tym mieście do końca pobytu Królowej...

czwartek, 26 kwietnia 2012
Lało, leje i... lać będzie?

Dziś lało praktycznie cały dzień. Momentami mocniej, to znów jakby miało przestać. Raz wyszło słońce, ale na dosłownie trzy minuty. Leje wprawdzie od tygodnia (jak nie dłużej), ale na przykład wczoraj udało mi się wyskoczyć na działkę i posadzić mój bez (oraz kilkanaście cebulek różnej maści). Lać ma nadal, ale jakby ciut mniej.

Tymczasem cały prawie dzień spędziłam w siedząc sobie cichutko w A. Grzejniczek szumiał, radio zawodziło w tle na smutno, za oknem white-browed tit zrobił mi niespodziankę pojawiając się nagle i bliziutko (akurat twarz miałam prawie przy szybie). Potem Joe wpadł na lunch i podzieliliśmy się swoimi życia historiami. Resztę czasu (no, prawie całą resztę) spędziłam na studiowaniu księgi od Jim'a C. Mam zamiar Go zresztą zaskoczyć - tylko nie wiem, czy przyszłomiesięczna niespodzianka nie wypadnie zbyt późno.

Za to dzisiaj MMZ odkrył, że mama od lat pisze bloga. Poczytaliśmy sobie trochę wpisów z "Na wesoło", ale klucza Mu nie dałam. Trochę to zresztą nie fair, bo On mi klucz do swojego bloga dał. Nawet przez pomyłkę dał mi uprawnienia "użytkownika" (czago po chwili pożałował). ;) Dumna jestem z Niego, bo sam zaczął interesować się polskim (choć wątpię, by był tego tak w pełni świadomy): ot, pisze sam z siebie do Dziadka, założył blog po polsku, zagląda na polskie strony. Wprawdzie język polski dość dobrze zna, ale głównie do tej pory od strony mówionej...

OK, czas na sen, bo północ minęła. Za oknem dalej leje....

Dobranoc.

piątek, 10 lutego 2012
Nowy rozdział

Od trzech lat, co roku w okolicach końca roku podatkowego, powtarza się ten sam proces:

Najpierw (to akurat bliżej Świąt Bożego Narodzenia) dostajemy list z informacją, że o ile dalsze fundusze się nie znajdą, to pod koniec marca kontrakt związany z moim obecnym zatrudnieniem się skończy. Potem, około 20-go stycznia, dowiadujemy się, że jednak praca jeszcze przez rok będzie... Kolejną fazą (bardziej wiosenną) są kłopoty z otrzymywaniem wypłaty na czas, bo wiadomo: fundusze z obecnego roku się kończą, a na rok kolejny jeszcze nie przyszły...

I w tym roku zaczęło się oczywiście podobnie. Z tą różnicą, że "przejściowe-chwilowe" rozpoczęły się wcześniej, zaś styczeń przyszedł i poszedł, a my wciąż nie wiemy co dalej...

Z tego też głownie powodu od kilku tygodni bardziej aktywnie aplikowałam o pracę. Miałam nawet dość ciekawe dwie czy trzy rozmowy rekrutacyjne. I nagle wczoraj rezultat: zaoferowano mi nowe zatrudnienie. W dodatku w firmie, którą bardzo lubię, w miejscu, które jest bardzo piękne i bliskie memu sercu. Doczekać się nie mogę. Najwyższy czas na zmianę! :)

 

... I tylko mam nadzieję, że finansowo się wyrobię, bo godzin trochę mniej, i na początek wynagrodzenie jednak niższe niż obecne. Ale przecież forsa to nie wszystko w życiu. :)

niedziela, 15 stycznia 2012
WizzAir i inne bóle głowy...

Kolejne dwa miesiące życia przeleciały bez zapisania się w kronice, jaką miał w założeniu być ten blog.

Grudzień był pracowity zarówno w robocie zawodowej, jak i w przygotowaniach do Świąt, bo z jednej strony masowe zwolnienia w okolicy sprawiły, że dużo Polaków znalazło się bez pracy i w trudnej sytuacji - czym powiększyła mi się ponownie grupa klientów do pomocy -zaś z drugiej Gości świątecznych mieliśmy niespodziewanie-spodziewanych przez co Święta były inne niż zwykle. MM i Cioteczka miały nas odwiedzić (Babcia obiecała przecież Wnukowi, że na Święta przyjedzie, i należało dotrzymać słowa). Cieszyłam się, że przyjadą razem, bo przez część tych trzech tygodni ja pracowałam, więc myślałam, że będzie Im milej być razem, a przy tym jedna drugą zaopiekuje się w podróży. Pomysł był chyba jednak niewypałem. Momentami miałam wrażenie, że wzajemnie się nakręcały negatywnie. Może zresztą nakręcałam je ja? Choć naprawdę starałam się, by Im było dobrze i miło.

Na tydzień przed Wigilią pojechaliśmy z MMZ do Luton po MM i Ciocię H. Kolejne trzy tygodnie były dość intensywne, po czym nastąpił wyjazd powrotny - z zaczepieniem o G. gdzie mieszka moja Siostra Cioteczna. Wprawdzie widziałyśmy się w 2010, ale w domu u Niej byłam ostatnio trzynaście lat temu. Niewiele się zmieniło.

Wracając do świątecznych odwiedzin to nadmienić chyba warto, że nie warto jest latać "tanimi liniami" typu WizzAir. Zaczęło się jeszcze w Polsce, kiedy to Podróżniczki przy zamawianiu biletów stwierdziły, że bagaż wezmą jedynie podręczny (do 10kg), coby trzymać koszt wycieczki w ryzach. Oczywiście zaraz na lotnisku okazało się, że choć torby mają poniżej 10kg każda, to kształt nie taki jak trzeba i musiały zapłacić za nie opłatę podwójną (w porównaniu z tą internetową). Narzekaniu na zdzierstwo nie było końca w drodze z lotniska, bo siostrzyczki zauważyły w samolocie, że ludzie większe i cieższe mieli torby i nie płacili kary.

Przy przygotowaniach do wydrukowania powrotnych kart pokładowych (które to karty trzeba wydrukować samemu by nie płacić opłaty administracyjnej 15 euro od osoby na lotnisku) zadecydowałam, że opłacę dodatkową torbę, bo przecież prezentów trochę do zabrania do Polski przybyło. Torba za 90zł mogła być do 32kg, więc wraz z bagażami podręcznymi była by wystarczająca. Zaznaczyłam na stronie WizzAir co trzeba, przeszłam do kolejnej podstrony i podałam dane mojej karty płatniczej. W ostatniej chwili, tuż przed naciśnięciem potwierdzenia opłaty przyuważyłam, że próbują ode mnie pobrać opłatę podwójną. Wróciłam do punktu wyjścia i okazało się, że nie da się tego obejść. Znalazłam telefon do WizzAir, ale był tylko numer premium, za który zdzierają 77 groszy za minutę. Próbowałam to obejść, ale się nie dało. Zrezygnowana zadzwoniłam, i okazało się, że faktycznie zamówić dodatkowy bagaż w jedną stronę można tylko przez telefon, bo... "tak strona jest zaprogramowana"! Czyli albo zapłacisz przez gapiostwo bądź rezygnację podwójnie, bądź też zapłacisz dodatkowo za rozmowę, która krótką nie jest. Dobra. Zamówiłam, zapłaciłam. Poszłam drukować. Okazało się, że i owszem: opłata pobrana jest, ale na wydruku nadal tylko "bagaż podręczny" figuruje. Kolejny telefon, tłumaczenie. Wreszcie sukces. Udało się osiągnąć dodanie bagażu jednej sztuki do nadania na karcie pokładowej. I tu zaczęły się kolejne schody...

Otóż mam drukarkę firmy Epson. W niej cztery kolory tuszu. Akurat skończył mi się czarny, a pozostałe były na ukończeniu, ale wciąż OK. Czarny, ze 11 funtów, włożyłam nowiutki. Początkowo drukarka go wcale nie chciała zauważyć. Kiedy już zauważyła, okazało się, że nagle widzi, że niebieski się skończył... Próbowałam drukować w opcji "czarno-białej", ale nic z tego. Była sobota po południu, godzin kilkanaście przed wyjazdem. Pomyślałam, że nim pojadę dokupić trzy pozostałe kolory (trzy, bo już widziałam, jak to będzie wyglądało: dodam niebieski, to nagle "zabraknie" żółtego na przykład...), to zadzwonię do Kuzynki zapytać, czy by nie mogła wydrukować u siebie...

Mogła. PDF'u z kartami pokładowymi zapisać się nie dawało, więc wysłałam załączniki ze stronami internetowymi, oraz - w razie problemów - kod rejestracji z dokładnymi instrukcjami, jak dotrzeć do kart pokładowych, i jak je wydrukować. Kilka minut później Kuzynka zadzwoniła z wiadomością, że wydrukowała, ale bez reklam. Reklamy (a było ich dużo - na każdą osobę przypadały po dwie kartki papieru A4, na których w większości były reklamy, a karta pokładowa była mniej-więcej wielkości karty tradycyjnej...) nie były mi do szczęścia potrzebne. Upewniłam się, że same karty pokładowe wydrukowały się OK i na tym sprawę zamknęłam - mieliśmy je odebrać podczas naszej wizyty następnego popołudnia - na pięć godzin przed odlotem...

Zajechaliśmy do G. z małym opóźnieniem. Zapomniałam prawie o tych kartach, na szczęście Kuzynka pamiętała. Dała mi je, a ja wpadłam w małą panikę, bo od razu zobaczyłam, że są do niczego - warunkiem przyjęcia ich był kod kreskowy - a ten wcale się nie wydrukował. Okazało się, że Kuzynka drukowała z linków, i wcale nie próbowała metody nr 2 czyli drukowania z internetowych "orginałów". Jakoś nie przeczytała mojej informacji o tym, że warunkiem akceptacji jest zastosowanie się bardzo dokładne do podanych na stronie wymogów, a w tym właśnie owych kodów kreskowych...

Nic to. Wprawdzie Kuzynka w domu drukarki nie miała, ale jako, że prowadzi swój własny sklep zaoferowała, że podjedziemy tam i wydrukujemy raz jeszcze. Po czym spędziłam w owym sklepie w ogromnych nerwach ponad godzinę, bo najpierw wszystko długo się ładowało, a potem po przejścu procedur dojścia do kart pokładowych, po naciśnięciu na link bądź to internetowy, bądź PDF, strona wracała do punktu wyjścia - czyli do logowania rezerwacji od początku... Bilet Cioteczki udało mi się szczęśliwie wydrukować po ok. 15-stu minutach, ale biletu MM nie szło otworzyć. Nareszcie, po wielokrotnych, frustrujących próbach udało się go otworzyć i tu znów zawiodła drukarka - tym razem Kuzynki - choć również Epson, ale inny... Przygotowywała drukowanie tak długo, że zwątpiłam, czy kiedyś wydrukuje... Udało się, ale do odlotu pozostawało coraz mniej czasu, a w perspektywnie miałyśmy wciąż obwodnicę londyńską między A3, a M1 - a tam różnie bywa.

Udało się dojechać OK. Celowałam na trzy godziny przed odlotem (na wyrost, bo MM dostała sms'a od WizzAir z poradą, by być na 3 godziny przed odlotem, bo straszny tłok ponoć, a ja nie chciałam, by MM martwiła się na zapas bądź by mi potem głowę suszyła, że przeze mnie nie zdąźyły). Oczywiście na miejscu okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Bagaż oddałyśmy po długim czekaniu jako drugie (bagaż to oddzielna załamka, bo MM zostawiła pakowanie na ostatnią chwilę, przy czym okazało sie, że nie mam bardzo dużych walizek i połowa rzeczy nie weszła, a w kilogramach było tego co zabrane tylko 16.6kg).... Potem jeszcze czekaliśmy czy przeszły z bagażem podręcznym OK: MM miała trzy sztuki bagażu zamiast jednej, a Cioteczka dwie, ale jedną dużo większą niż wymagane rozmiary... Przeszły. :) Majątek za to poszedł na opłatę parkingową. ;)

Na koniec, jak to mówi MSH, perełka MMZ:

Tłumaczę Mu dzisiaj, że dziewczynki/kobiety, nie bije się niczym, a jeśli już, to co najwyżej kwiatkiem. On na to: "w takim razie użyję róży". Nic dodać, nic ująć. Cały mój MMZ.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>