Moje codzienne zycia kawalki...
niedziela, 20 stycznia 2013
Przyszła zima

Jak na połowę stycznia przystało mamy wreszcie zimę. Zaczęło się już przedwczoraj (tj. chodzi mi o czwartek, bo technicznie, to właśnie niedziela nam się tutaj zrobiła... ale, że jeszcze nie spałam to dla mnie nadal jest sobota). ;) Było zimno i zapowiadali śnieg od północy (o godzinę chodzi mi, bo przyszedł chyba bardziej z południowego-zachodu)...

O północy jednak nie padało. Potem obudziłąm się przed czwartą nad ranem, i dalej śniegu nie było ani śladu. Żal mi się nawet zrobiło MMZ, bo dzień wcześniej w szkole zapowiedziano im, że jeśli prognoza pogody się sprawdzi i spadnie śnieg, to szkoła będzie zamknięta. ;) Tak się biedaczek cieszył na dzień wolnego, na śnieg, a tu nic!

Rano wstałam po siódmej i jedną z pierwszych czynności, które wykonałam, było uchylenie zasłonki i krótkie spojrzenie na zewnątrz. I już wszystko było jasne: świat był pobielony i to całkiem nieźle! Zajrzałam na stronę internetową szkoły MMZ i oczywiście wisiała tam już informacja o tym, że szkoła zamknięta. Cóż - pomyślałam sobie - nic takiego, przynajmniej MMZ będzie wreszcie mógł iść wypróbować nowe sanki!

I faktycznie! Zaraz po ósmej się obudził, a usłyszawszy kolegów za oknem szybko się ubrał, zjadł śniadanie i poprosił o... sanki! Sanki wprawdzie nie takie nowe, bo kupione przez eBay'a dwa sezony temu od Polaka w Szkocji. Do tej pory jednak nie było okazji ich wypróbować. Przyznam, że miałam co do nich mieszane uczucia: gdy je wybierałam, to chodziło mi o kupno takich jakie miałam w dzieciństwie - solidne, drewniane, polskie. Gdy znalazłam je online i okazało się, że sprzedaje Polak to nawet ucieszyłam się, bo pomyślałam, że będą polskie właśnie. Cóż, gdy wreszcie do nas dotarły okazało się, że owszem - drewniane, i o podobnej do moich (oryginalnych) w budowie. Jednak zrobione domowym sposobem: drewienka niezbyt równe, niezbyt równe, gwoździe wystające. Zła byłam, bo dałam jak za nowe, ale nie chciało mi się walczyć o zwrot pieniędzy: głównie dlatego, że pracowałam wtedy na cały etat i nie było jak umówić się z kurierem o odbiór. Sanki zostały.

MMZ poleciał z nimi, i z kolegą, zaraz po ósmej. Dochodziła jedenasta: na zewnątrz zimny, silny wiatr sprawiający, że padającym wciąż śniegiem nieźle zawiewało i zamiatało, a ich dalej ani śladu. Tj. ślad właściwie to był, bo przez okno kuchenne widziałam ich w oddali na górce. Ale za daleko byli, by wołać, więc darowałam sobie wołanie. Pomyślałam, że kiedyś wrócą. Faktycznie, wrócili. MMZ upaprawy błotem (po drodze było), mokry cały, ale szczęśliwy. I bardzo zadowolony z sanek! :)

Ponieważ śnieg nadal walił wśród ostrych powiewów wiatru zdecydowałam, że do pracy nie pójdę. Posiedziałam w cieple, porobiłam trochę domowych porządków na które zazwyczaj brakuje mi czasu... Dziś natomiast (tj. w sobotę) trochę popracowałam (bo odrobić stracony czas jednak trzeba) - ale niezbyt dużo, bo mimo roztopów miejscami mróz wciąż trzymał, że o zimnym wiaterku i wciąż zalegającym śniegu nie wspomnę. Popracowałam zatem pół dnia zamiast całego resztę zostawiając na przyszły tydzień...

I tutaj niespodzianka: otóż mimo wcześniejszych zapowiedzi, że ma być u nas deszcz, ocieplenie, etc. - czeka nas tydzień śniegu, lodu i mrozu nocą. Tego to już nie chcę, bo każdy dzień bez pracy to dzień bez zarobków (urok pracy na własny rachunek!)... I tym niezbyt optymistycznym akcentem skończę trochę przydługą odpowiedź na temat pogody u mnie (see: komentarz w poprzednim wpisie).

Wszystkim Czytaczom życzę dobrej nocy. :)

piątek, 18 stycznia 2013
Weather today

Przejmujące zimno i tylko śniegu (jeszcze) niet...

sobota, 05 stycznia 2013
6 minut o pogodzie i kotach

Mam sześć minut na wpis, bo czekam na MMZ-a. Ma być gotowy o 21:20 (pożyjemy, zobaczymy). ;)

W każdym razie krótko będzie, ale chcę pisać, by ponownie wdrożyć się w jako-taką rutynę wpadania tutaj w wolnej chwili. :)

Ogólnie przyznać muszę, że OK jest. Pogoda znośna (może mało słońca - no, prawie wcale, ale za to nie jest zimno jak na styczeń). W domu cisza. Cieplutko, przytulnie. Obok kompa śpi zwinięty w kłębuszek Boo. W tym miesiącu obchodzi swoje piąte urodziny. Kiedy dokładniej - pojęcia nie mam, ale myślę, że to wszystko jedno (przynajmniej jeśli chodzi o niego). LOL

Boo jest dwa razy większy niż był, gdy go zaadoptowaliśmy w listopadzie 2009r. Dobry z niego kot. I mądry. Za to sąsiadów kot, Ginge, właśnie mi podpadł. Nigdy nie było z nim kłopotów jeśli chodzi o mój ogródek. Dzisiaj zaś znalazłam dwie dziury (dobrze, że cebulek tam zasadzonych nie wykopał) - ot, potraktował moje rabaty jako swoją wygódkę. Miałam wobec tego kupić "Silent Lion Roar" czy jak mu tam, ale wpadł mi w oko inny naturalny produkt. Dużo tańszy. W każdym razie już w domu okazało się, że produkt zawiera granulki o bardzo intensywnym, czosnkowym smrodzie. Nie zapachu, ale właśnie niesamowitym smrodzie... Ciekawe, co na to powiedzą sąsiedzi, bo rozsypawszy ów wynalazek na tyłach domu wyperfumowałam tym samym całą okolicę... Jutro sprawdzę, czy zadziałało. I tym optymistycznym akcentem skończę ten wpis, bo MMZ za chwilę powinien mnie wołać na polskie czytanie. :)

Wg obietnicy...

Hihihiii! Przed chwilą złapałam się na napisaniu w tytule: "wg obiednicy"! LOL; a nie mówiłam!

* * *

OK, nim przejdę do regularniejszych zapisków krótki "update" gdzie jestem/jesteśmy obecnie:

Rok 2012 obfitował w liczne zmiany związane z pracą: najpierw w marcu skończyłam pracę w firmie charytatywnej, z którą związana byłam od ponad trzech lat. Nie mogę powiedzieć, że tęsknię za nimi: zbyt dużo finansowego stresu przez nich przeżyłam (że o innym stresie nie wspomnę). Zaczęłam wówczas też pracować w najpiękniejszym miejscu w Anglii (well, jednym z naprawdę pięknych). Pracy starczyło tam do końca listopada, po czym nastąpiła zimowa przerwa. Od września, przewidując ową przerwę, zaciągnęłam się do pracy w ekskluzywnym hotelu/spa. Ale mimo tego, że praca sama w sobie była OK, to zarobki były kiepściuchne, że o podejściu właściciela firmy nie wspomnę. Z ulgą przestałam u nich pracować pod koniec listopada, i przez chwilę prawie panikowałam, bo z pracą (na warunkach i w godzinach, które by mi odpowiadały) na naszym terenie jest bardzo źle. Ale w ciągu dwóch dni udało mi się najpierw podpisać kontrakt o samozatrudnieniu w jednej z najlepiej znanych, ogólnokrajowych firm, a po kilku następnych dostałam również ofertę pracy w olbrzymiej firmie znanej w wielu krajach na całym świecie. Wybrałam tę ostatnią jako pracodawcę, bo tutaj przynajmniej przychody miały być regularne (nie sama prowizja, jak w opcji pierwszej). Zaczęłam pracować od 4-go grudnia po czym okazało się, że pierwsza wypłata dopiero 10-go stycznia! Przede mną zaś były Święta, konieczność osobistych wydatków związanych z nową pracą, a za mną cieniutki rok - cieniutki jeśli chodzi o przychody). W rezultacie dalej w tej firmie pracuję, ale jako samozatrudniona. Nie jest to dla mnie wyjście takie, jakiego bym pragnęła, ale przynajmniej wypłatę mam co tydzień. :)

Co będzie dalej nie wiem: mam ofertę powrotu do pracy sezonowej w najpiękniejszym miejscu na angielskiej ziemi, ale co potem? I to znów wiązało by się z redukcją godzin (obecnie pracuję na cały etat, a nawet i więcej).

Jeśli chodzi o dobre wieści, to okazało się w połowie grudnia, że jednak nie mam raka (jak obawiali się specjaliści od tych spraw). Biopsje to jednak wykluczyły. Dobrze, że nie martwiłam się na zapas. :) Doświadczenie jednak uczy, że nie ma się co martwić, bo 95% spraw, które napawają nas lękiem nie powinno nas niepokoić - szkoda zdrowia.

MMZ rośnie jak na drożdżach (buty nr 10, ubrania jak na mnie: jest już ode mnie wyższy!): jednym słowem kawał chłopaka z niego! Prawie mężczyzna! ;) W poniedziałek wraca do szkoły.

* * *

OK, chyba starczy jak na jeden raz. :) Pozdrawiam!

środa, 21 listopada 2012
21/11/12 (część pierwsza)

Taka fajna data, a dzień okazał się być prawdziwą huśtawką dla nastroju...

Z samego rana okazało się, że za oknem leje. Ponieważ wybierałam się na wczesną godzinę do szpitala, to postanowiłam podrzucić MMZ do szkoły. To był błąd, bo choć w ten sposób uzyskiwałam pewność, że nie zmoknie i nie będzie zdany na autobus, to jednak w rezultacie wpakowałam się w poranne korki.

Owe korki już na samym początku okazały się dość powolne. Nie było jednak tragicznie. Przebiwszy się przez "nasze" miasto udałam się w kierunku następnego. Droga była podtopiona, a miejscami porządnie zalana. W miarę szybko, mimo wszystko, udało mi się dotrzeć na przedmieścia celu mojej dzisiejszej podróży tam niestety natknęłam się na korki potwornych wręcz rozmiarów. Czas uciekał, ja przebijałam się w kierunku szpitala, a ciśnienie rosło mi z minuty na minutę. Wbrew przeciwnościom dotarłam na podszpitalny parking na pięć minut przed godziną wizyty... I tu czekały mnie dwie niespodzianki: podniesione barierki (zazwyczaj parking jest słono płatny) i miejsce parkingowe. Wprawdzie by do niego dotrzeć miusiałam dokonać pewnej akrobacji, ale w recepcji stawiłam się na dwie minuty przed czasem...

C.d.n

wtorek, 16 października 2012
Dobranoc

Oj, coś mi to pisanie całkiem na psy zeszło. Odkąd zakluczykowałam bloga nie chce mi się już pisać. Ale i otwierać go na nowo nie ma sensu, bo piszę przecież głównie dla siebie, do szuflady, na pamiątkę... Nie o kibiców mi chodzi... czy też towarzystwo wzajemnej adoracji... Choć przyznaję, że kiedyś otrzymując komentarze (mówię o czasie sprzed 6-ciu czy 7-miu lat) miałam chęć pisać codziennie.

Dużo się zmienia: wszystko płynie bardzo szybko, dzień ucieka za dniem. Znaki jakby ostateczne coraz częstsze, ale może to po prostu znaki ostatecznie-indywidualne? Bóg Jeden wie.

MMZ jest równy ze mną, a może nawet wyższy? But to już więcej jak ósemka. Ciuchy nosi już w rozmiarze M. Rośnie jak na drożdżach.

Za to ja pomalutku tracę flabba... :)

Pracuję w dwóch miejscach teraz i przez większą część czasu padnięta jestem. Powinnam chodzić wcześniej spać, ale ciągle coś wypada i tym sposobem sypiam po sześć, czasem siedem godzin...

Dziś Spotty przeszedł MOT (hurra!), ale nie obeszło się bez kosztów (w tym roku dużo wyższych od poprzednich lat)... zresztą nie ma się co dziwić, samochód coraz starszy.

Dzisiaj też Lisy nie było w pracy, więc z Chloe musiałyśmy sobie same poradzić. Nawet miło było, choć niestety roboty było bardzo dużo. Jutro znów sama będę (tj. z Wendy), ale we środę powinnam odpocząć. :) Czekam zresztą na środę z ciekawością: dzisiaj byłam nieoczekiwanie headhunted i za dwa dni okaże się, czy warto zawracać sobie głowę... :)

Wczoraj o mały włos zgodziłabym się na tabby kitten o imieniu Poppy. Na szczęście rozsądek zwyciężył. Teraz tylko czeka mnie wykonanie telefonu i powiadomienie o mojej (negatywnej) decyzji...

I to tyle w wielkim skrócie.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>