Moje codzienne zycia kawalki...
wtorek, 19 października 2010
Zatrzymajcie karuzele! Ja wysiadam!

Szaleństwo jakieś na tym świecie (a może tylko w moim życiu???)!

Momentami mam wrażenie, że czas już dawno temu ruszył w jedynie sobie wiadomy wyścig i wcale nie ma zamiaru zwolnić choć na pewnien czas...

Całkiem już nie mam siły walczyć, bo to chyba nie ma sensu. Mój mózg bombardowany informacjami ze wszystkich stron nie ma kiedy tego wszystkiego przetworzyć i coraz częściej czuję, że jak stary komputer traci pamięć i nie nadąża. Przypomina mi się przy tym prosty model sprzed wielu lat (input-process-output) przedstawiony mi swego czasu przez św. już pamięci Tony'ego... Taaak. Czas ucieka, ludzie odchodzą, i wszystko idzie ku końcowi.

Babcia Marion umarła. Dobrze chociaż, że MMZ zdążył wysłać Jej kartke z podziekowaniem za pamięć i prezent. Umarła nagle, i znów te poczucie niezdążenia na czas... Przez ostatnich kilka dni przed wiadomością o Jej śmierci przychodziła mi na myśl i teraz nie zdąze juz do Niej zadzwonić - może jedynie zdąże na pogrzeb, by Ją pożegnać. :(

MMZ reprezentuje swoją szkołę, trenuje, by reprezentować hrabstwo, pomału przygotowywuje się do zmiany szkoły... Ja zaś... pomału przygotowywuję się na bezrobocie (od września ub. roku nic ciekawego nie mogę znależć w okolicy!) i do zaciskania pasa.

Zima idzie. Szybko tak jakoś - dopiero było słońce, ciepło, a tu już gadka o śniegu, a conajmniej lodzie...

MPM napisał kilkakrotnie, w tym deklarując swego rodzaju przeprosiny i dozgonną miłość. Dobre i to, ale czy to szczere? Czy On wogóle wie, co to znaczy "kocham cię" czy też np. "now I know how much you mean to me". Dobrze, że chociaż wie, że nie wróci czasu i że nigdy nie będziemy razem - sam to przyznał. Zresztą, może to były kolejne jego mind games? Nigdy się nie dowiem, i nie ma co nad tym rozmyślac. Niemniej jednak żal, złość, bezradność i pusty śmiech przelewają mi się emocjami przez dusze od czasu do czasu. I pomyśleć, że tak już było dobrze - od kilku lat nie byłam emocjonalna (mój ostatni "zwiazek" z emocjonalności zdał mi się mnie wyleczyć...).

MMZ chce, bym skontaktowała Go z Jego ojcem. Dałam Mu czas do namysłu do Świąt, bo nie chcę pochopnych decyzji, niemniej jednak jeśli się uprze, to chyba będę musiała. Tymczasem dostałam oficjalne potwierdzenie na piśmie, że tyle, a tyle jest nam dłużny. Jedyne co z tego mam, to pewna moralna satysfakcja i chyba sobie to pisemko w ramki oprawie. LOL - innego pożytku z tego nie będzie. :/

Muszę wygrać w Lotto, albo może Euro Millions w piątek. Czy ktoś mógłby mi podpowiedzieć właściwą kombinację?

Wracając do realności: roboty cała masa, a ja za Chiny nie mogę się na niczym skoncentrować. Zmęczona jestem, i już. Do tego znajome blogi padły (podobnie jak mój), bądź zostały zamknięte. Coraz mniej mnie trzyma w rzeczywistosci virtualnej, ale w realu też niewiele. Deprecha na całego. Dobrze, ze MMZ mam. :)


 

wtorek, 07 września 2010
Kolejny dolar

Jak to kiedys mawiano: "another day, another dollar"... Wlasnie zauwazylam u Siostry swojej wlasnej, ze mój blog spadl do kategorii "Zamilkly" - i tak wywolana do tablicy wrócilam na swojego bloga (inne blogi czytam czasem jeszcze, na swojego nie mam - jak zwykle - czasu!) i zauwazylam, ze znów prawie minal kolejny miesiac.

Cos strasznego z tym czasem, jak on leci. Nie dalej jak ze dwa dni temu jadac samochodem rozmyslalam na ten temat i doszlam do wniosku, ze w tej chwili to jak dla mnie powinien byc gdzies maj, a tu juz wrzesien. Wprawdzie jeszcze dzieckiem bedac slyszalam od starszych, by nie chciec dorosnac za szybko, bo potem czas leci nie wiadomo jak i kiedy, ale nie przesadzajmy! Jakim cudem juz jest wrzesien???!??! Niestety, z przykroscia zauwazam, ze z kazdym rokiem czas galopuje coraz bardziej. :(

Przyklad? Oczywiscie, moge dac - czemu nie? MMZ byl w sierpniu na dwoch obozach - nazwijmy je - sportowych. Kazdy z nich trwal ok. pieciu dni. Pierwszy obóz minal, pojechalam MMZ odebrac, i pytam Go, czy Mu szybko czas zlecial. On na to, ze nie - dlugo bylo i choc obóz bardzo fajny, to momentami tesknil za domem. Cóz. Ja musze przyznac, ze nawet nie wiem, kiedy mi te dni minely: do pracy, z pracy, troche snu, i na nowo... Ech! Mlodym byc!

Obozy w kazdym razie byly udane, a miedzy obozami i wycieczka nam sie trafila nad moja ulubiona zatoke. Pogoda dopisala, wiktorianska winda wodna tez, widoki przesliczne. I tylko czas gonil, a po drodze Maciej prawie ataku serca dostal i stanal deba wjezdzajac pod górke o kacie nachylenia 25%. Choc uwazam siebie za dobrego kierowce, to juz zaczynalam sie pocic ze strachu, bo akurat na bardzo stromym zakrecie zdecydowal uparciuch odmówic posluszenstwa i juz mialam wizje staczania sie tylem w nadjezdzajce pojazdy. Jednak ruszylam w miare szybko i sprzeglo tylko troche smierdzialo. ;)

Od tamtego czasu pogoda zdazyla zmienic sie kilka razy. Bylismy w muzeum czolgów, gdzie troche dokuczaly nam podczas lunch'u osy, ale za to przejazdzka po arenie byla fajna (nawet mi sie podobalo, wiec to juz cos!). Tydzien wczesniej zas mielismy przygode z pistoletem, a potem spedzilismy bardzo fajnie czas w WSM odwiedzajac przy tym nasz stary kosciólek. Wrócilismy przez Cheddar i Wookey. Lubie takie chwile (jak nasz spacer w WSM) z MMZ, kiedy dobrze sie bawimy w swoim towarzystwie. I tu kolejna rozterka: z jednej strony jestem z Niego bardzo dumna, bo rosnie jak na drozdzach, w madrosci jak i w wysokosci fizycznie pojmowanej; ladny chlopak, zdolny, dobry. Z drugiej rosnie za szybko - juz niedlugo nie bedzie pewnie chcial z matka czasu spedzac, bo przyjda koledzy, kolezanki... Ech, zycie.

Zaczela sie szkola, pierwszy trening w druzynie reprezentacji hrabstwa, pierwsze prace domowe. Jutro czeka MMZ pierwsza w tym roku zbiórka. Musialam Mu chuste nowa kupic, bo swoja poprzednia zostawil w PL.

Oczywiscie przy okazji chcialabym wspomniec Fione. Bylismy na Jej chrzcinach wczoraj. Szkoda, ze juz niedlugo Jej z nami nie bedzie. Ale widac tak ma byc. Amen.

I tyle by bylo jesli chodzi o "update"; jutro znów do pracy... Dobranoc.

piątek, 21 maja 2010
Kurza melodia!

Kurza melodia. Znów sie dzis jakos we wspomnienia uwiklalam: w pracy wspominalam (nie mam pojecia skad i dlaczego mi sie to wzielo!) AH, a dzis wieczorem Babcie i Dziadka z Górskiej... jak równiez moje dziecinstwo, moja paczke oraz... pomocnik! I zal mi, ze to juz nigdy nie wróci. Wydaje sie byc na wyciagniecie reki - ot, wczoraj jeszcze... gdyby tak móc wrócic do tamtych dni, poszalec z przyjaciólmi na rowerach po Pólku i okolicach, posluchac Babci powracajacej do swoich wspomnien, dostac od Dziadka narecze bzu albo choc spotkac AH z tych pierwszych miesiecy...

Ale - niestety - "to co bylo - minelo, to co bylo - nie wróci..."

Tymczasem widze coraz wiecej znaków ostatecznych. Ogladam dlonie i momentami jakos tak strasznie zal, to znów - jak dzis w drodze na zebranie - czuje swój wiek i jego powage. Hihihihi. I tym optymistycznym akcentem skoncze w tym momencie te wywody!

W Warszawie fala powodziowa, tutaj niestety nic na ten temat w TV - wiem tyle, co wyczytam z polskich stron internetowych.

Z wiesci bardziej optymistycznych moja przybrana Siostrzenica prawie zdala dzis rozszerzona mature z angielskiego na 100%! I jak tu nie byc dumnym z takiej Mlodej Kobietki! Well done, Ringo! ;)

Kolejna zmiana sceny: pranie zrobione i powieszone, Internet wyczytany, kot nakarmiony, MMZ spi. Czas wylaczyc kompa i isc sie uspic. Dobranoc.

czwartek, 20 maja 2010
Po miesiacu

Miesiac prawie przelecial, a mi jakos codziennie udaje sie nic nie napisac... Bywa, ze mam dobre zamiary, ale potem brakuje juz energii i zamiast brac sie za pisanie wole czytac...

Pokrótce podsumowywujac, oto co sie wydarzylo w miedzyczasie:

  • Przez chwile kwitly drzewa owocowe, ale to zaraz sie skonczylo... za to przepieknie w tym roku kwitna bzy - dosc dlugo (choc juz sie pomalu koncza) i bardzo obficie. I tylko ja nie jestem usatysfakcjonowana, bo pomimo róznych wyjazdów nie udalo mi sie znalezc krzaka bzu, z którego moglabym sobie urwac choc jedna kwitnaca galazke... Ba, nawet powachac moich ukochanych kwiatów nie bylo mi jeszcze dane w tym roku! Wszystko to troche przez P., który po raz kolejny naobiecywal, ale jakos nie dotrzymuje.... :/
  • Gdzie my nie bylismy! Trudno to wszystko spamietac - wspomne wiec tylko wypad do Poole w ub. weekend. Troche pózno sie zorientowalam, bo trzeba bylo jechac wczesniej i kawalek dalej (do Exbury Gardens kolo Southampton), a powitalaby nas gama kolorów... Ale i tak bylo ciekawie: odnalazlam (z mala trudnoscia) swoje stare biuro - nie bylam tam od dziewieciu lat i jak sie okazuje pamiec juz zaczyna mnie zawodzic - tj. znalazlam bez przekonania... ot tak, z nadzieja...
  • W ub. tygodniu przez dwa dni próbowalam pisac prace na studia. W przyszly piatek wszystko musze zawiezc, a tu jeszcze CALA MASA ROBOTY! AAAAAAA!!!!!
  • Od Nowego Roku wozilam sie z wysylka ciuszków dla Zochy, bo jak sie okazuje w koncu wyrosnie! Mialam nawet wszystko ladnie spakowane tak, by wyslac na imieniny, ale znów mi sie nie udalo - brak mozliwosci (nie bylam wystarczajaco dlugo w T. wiec nie bylo jak dotrzec do DHL). W ub. sobote poswiecilam sie i wraz z MMZ udalismy sie do naszego lokalnego DHL (do którego nb. nie jest sie latwo dostac, bo w samym centrum miasta, a podjechac pod punkt sie nie da). Reka mi juz prawie odpadala (nie od ciezaru co prawda, ale od niewygody), gdy dotarlismy i okazalo sie, ze "nie ma nikogo kto bylby wyszkolony do nadania paczki" (byla sobota). GRRRR! Dzis korzystajac z okazji, ze szlismy z MMZ obok do lekarza, wstapilismy z paczka do punktu wysylki. Juz zaraz po przejsciu przez glówne drzwi uslyszelismy pytajacy krzyk (czy idziemy do DHL). Na moja twierdzaca odpowiedz uslyszlam, ze niestety osoba wyszkolona juz poszla do domu i nie ma kto paczki przyjac.... GRRRRRRRRR!!!! Zlozylam skarge, i poszlam na poczte (stare, dobre Parcel Force/Post Office). Hihihihi - przypomnialo mi sie, ze kiedys w pracy nie mówilismy Parcel Force tylko Parcel Farce... W kazdym razie na poczcie przeuprzejma Pani poinformowala mnie, ze jesli przepakuje do dwóch mniejszych paczek, to moge wyslac za mniej jak pól ceny. Ja jednak mialam juz tego wszystkiego serdecznie dosc i stwierdzilam, ze jesli juz tam jestem, to wysle tak jak jest, bo nie mam juz zdrowia ani cierpliwosci do latania z nieporecznym pakunkiem...
  • Co jeszcze? W pracy dostalam kontrakt na pismie (tj. odnowienie kontraktu). Ale jak bedzie - któz to wie? W kazdym razie moja jesienna szansa na powrót do RM przepadla - skonczyl sie szesciomiesieczny okres... :(
  • Sa momenty, ze najchetniej bym to wszystko rzucila, ale z drugiej strony... MMZ potrzebuje stabilnosci w zyciu codziennym, wiec zagryzamy zeby i brniemy dalej w zycie. Musi byc dobrze.
  • MMZ chodzi na karate, a do tego na zbiórki zuchowe, pilke nozna, cricket, badminton i nauke gry na gitarze. Z tego wszystkiego ja wymyslilam tylko zbiórki i karate. LOL Reszta jest w szkole i MMZ sam sie pozapisywal. Ciekawe, jak dlugo wytrwa.
  • OK, uciekam stad, bo trzeba sie przespac. Jutro zaczynam od samego rana... Dobranoc!
  • Aha, jeszcze tylko zdjecie... zostalam wywolana do tablicy przez MSH. Oto zdjecie nr 10 z mojego kompa:

 

- oto B* jeszcze u swojej bylej wlascicielki... (zdjecie zrobione przez T.) - chyba je juz kiedys tutaj wstawialam...

Tymczasem zapraszam Brytke, Mame Bele i Searover'a do wspólnej zabawy - ponoc nalezy wstawic na swojego bloga zdjecie nr 10 (o ile wlasciwie zrozumialam instrukcje)... LOL

środa, 21 kwietnia 2010
Ciag dalszy konca

... dojechalismy do pizzerii, która MMZ bardzo lubi. Tlumów nie bylo (wrecz przeciwnie), za to obsluga bardzo mila, jedzonko swieze, a za oknem sloneczko. :) Po wielkiej uczcie ruszylismy w kierunku domu, ale postanowilam po drodze Ich zaskoczyc i zawiozlam Ich do Siedziby Króla Artura. Wioska mnie oczarowala (moze zrobil to bezwietrzny dzien i póznopopoludniowe slonce?), a dawna Posiadlosc Legendarnego Króla przypadla mi do serca. :) Zalowalam tylko, ze nie mam znów dziesieciu czy dwunastu lat, mojej dawnej Paczki przy mnie, i beztroski lat dzieciecych...

Dochodzac do podzamcza udalismy sie w lewo. Przed nami bylo wielkie, stare drzewo, a troche wyzej sciezka wiodaca po obwarowaniach. Tu i ówdzie pojawialy sie stare mury, widok z nich byl przesliczny. W srodku wewnetrznej przestrzeni bylo jeszcze wyzsze wzgórze, na którym akurat bawila sie grupa mlodych chlopców. Znów serce scisnelo sie na wspomnienie mojej Paczki/Grupy/Bandy - jakby Ich nie zwal. Ech, to byly czasy!

Tymczasem wspomnienia rozwialy sie, bo moja uwage przykul wielki (by nie powiedziec olbrzymi) czarny pies. Lezal dostojnie powyzej chowajacych sie w tej chwili na zboczu chlopców i wygladal jak dostojny, czarny lew (bez grzywy wprawdzie, ale wymiarami prawie pasowal). Zdziwilam sie, bo wczesniej owi mlodziency nas mijali, i nie mieli ze soba psa. Od razu oczywiscie przypomnialy mi sie tutejsze legendy o wielkich czarnych psach... ten jednak nie wygladal strasznie, lecz raczej dostojnie.

Pora byla wracac. Jeszcze tylko kilka zdjec, jeszcze bitwa na pokrzywy, i chwila spedzona przy pustej chatce na rogu (bardzo mi sie podobala)... Potem w droge - trzeba bylo udac sie do S., by zabrac Spotty'ego i zyczyc P. dobrej, bezpiecznej drogi. Mam nadzieje, ze popioly z Islandii nam nie zaszkodzily; pod wieczór powietrze nie bylo juz az tak przejrzyste - w oddali wisiala jakby mgla nadajaca powietrzu nad horyzontem sinawy kolor...

Podsumowywujac: caly dzien byl bardzo udany. Az zal bylo, ze dobiegl konca. Oby wiecej takich dni. :)

niedziela, 18 kwietnia 2010
Koniec ferii Wielkanocnych!

MMZ jutro idzie do szkoly. Zal Mu straszliwie, bo luzy mial wielkie przez ostatnie dwa tygodnie. Dzis nawet wspominal, ze trzeba bylo pojechac do Babci na Wielkanoc, to bysmy nie mogli wrócic na czas do szkoly (- wiadomo, popioly z wulkanu przeszkadzaja w powrotach)... LOL

Dzisiaj dzien minal nam dosc nieciekawie: troche MMZ ogladal w TV to, co Go ciekawilo, a troche ja wypatrywalam wiadomosci z Krakowa, z pogrzebu Prezydenta i Malzonki. BBC News 24 malo co informowalo, i to gdzies pod koniec serwisów - ot, kilka minut z Bazyliki z Rynku, to znow z Trafalgar Square w Londynie. Pózniej znów scena wyprowadzenia z Bazyliki - tym razem info jeszcze krótsze. Pózniej poszlismy do kosciola na polska Msze. Dobrze, ze x.A odprawial - bylo dostojnie i jak powinno byc. Po powrocie znów czekalam chyba ze 40 min przed telewizorem, ale tylko krótki raport na zywo - w tle Wawel w nocy (choc u nas jeszcze widno).

Dopiero ciutke wiecej pokazala telewizja rosyjska (RT). Tez nie za duzo, ale jednak wiecej. Czuje niedosyt. I pomyslec, ze moglabym teraz miec polska TV, ale powymyslali jakies nowe przepisy - wlasciciel domu sie zgadza pod warunkiem, ze zaprezentuje profesjonalne rysunki podlaczenia instalacji, wraz z kopiami ubezpieczenia i kwalifikacji podlaczajacego!

Wracajac jednak do dnia wczorajszego musze powiedziec: och, co to byl za dzien! :)

Pogoda byla przepiekna. Spotkalismy sie z P. w Szerokiej Ulicy w S. Tam zostawilam swój pojazd, a pojechalismy dalej Maciejem. Plan mialam taki, by jechac na lunch, a potem w okolice Swindon (P. mial cos tam do zalatwienia, a mi to nie przeszkadzalo, bo juz dawno tam nie bylam i pomyslalam, ze wpadniemy przy okazji tu czy tam...). Juz w drodze okazalo sie, ze P. nie musi jechac tam, gdzie zapowiadal, ze musi... tak wiec choc kierunek byl juz obrany, to pole do popisu otwarte. Zaczelismy jechac znana mi dosc dobrze droga, po czym przejezdzajac w poblizu L. stwierdzilam, ze nie ma co caly dzien tylko jezdzic, i trzeba skorzystac z pieknej pogody. Pod wplywem impulsu skrecilam i zatrzymalismy sie na malutkim parkingu przy wzgórzu, na którym bylam z MMZ tylko raz, przed laty, z kims wówczas mi bliskim. Niesamowite, ile juz z pamieci wylecialo - okazalo sie, ze droga byla dluzsza, niz pamietalam, a wzgórze bardziej skomplikowane. ;) Ale ku mojemu zdziwieniu wspielam sie wraz z Mezczyznami bez zadnej zadyszki. Siedlismy sobie na szczycie patrzac w strone Bath. Z powodu chmury wulkanicznej chyba widok nie byl zbyt wyrazny - ot, choc bylo slonecznie to widnokrag wydawal sie byc "zamglony". Bylo wspaniale. Nie za goraco, ale cieplo w sam raz. Wiatru wcale nie bylo, za to nad glowami lataly nam tabuny cale malych samolotów (chyba wykorzystywali ladna pogode i zamkniete dla komercyjnych lotów niebo). Górka sprawiala dziwne wrazenie - zdawalo sie, ze w srodku jest pusta (nawet pukajac w ziemie byl taki odglos jakby pod podziemnym sklepieniem bylo pusto). Ladna pogoda, dobre towarzystwo, widoki... az zal bylo wracac. Wrócilismy jednak w koncu do samochodu, po drodze mijajac ponownie interesujace stado czarno-bialego bydla (mam nadzieje, ze dodam wkrótce kilka zdjec). Pojechalismy znów na azymut i po kilkunastu milach dotarlismy do... (c.d.n)

 

 

Archiwum
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>