Moje codzienne zycia kawalki...
poniedziałek, 04 maja 2015
FEB w St. Albans

Nie pisałam już dawno, bo - jak zwykle - czasu ciągle brak.

* * *

Chciałabym jednak zapisać wrażenia z wczorajszego wyjazdu... ale zacznę może od początku.

Otóż chyba w 2009r. pojechaliśmy na kameralny koncert Shaky'ego z okazji 30-stolecia jego sukcesów na scenie muzycznej. Koncert był świetny, ale tak jak dotąd na koncertach Shakin' Stevens'a zwracałam głownie uwagę tylko i wyłącznie na wokalistę (moją wielką miłość z wczesnych lat 80-tych) tak tym razem z uwagi na bliskość sceny i niewielką (jak na takie koncerty) liczbę fanów (wpuszczono bodajże tylko 500 osób) mogłam podziwiać również i kunszt muzyków. I to wtedy właśnie najbardziej ze wszystkich wyróżnił się moim zdaniem perkusista - Howard. Gdy koncert się skończył, a wykonawcy schodzili ze sceny, Howard rzucił swoje pałeczki na pamiątkę w stronę widowni.. Tak się szczęśliwie złożyło, że jedna z nich upadła tuż koło nas, a MMZ zachęcony przeze mnie, złapał ją i w ten sposób mieliśmy jeszcze jedną pamiątkę z koncertu.

Tutaj może powinna wspomnieć, że od czasów moich nastoletnich lat, zawsze chciałam grać na perkusji, jednak nigdy nie było takiej okazji: ani sprzetu, ani nauczycieli, a w dodatku w tamtych latach jakoś nie spotykało się dziewczyn grających na tym instrumencie... Toteż nie muszę chyba nikogo przekonywać, że bardzo ucieszyłam się, gdy MMZ zainspirowany ową pałeczką zaczął interesować się bębnami... ;)

Na późniejszysz koncertach Shaky'ego często podziwialiśmy technikę i kunszt Howard'a. I wreszcie 1-go marca tego roku udało nam się z Nim umówić i spotkać. Przemiły facet, bardzo zdolny muzyk, i do tego o dobrym poczuciu humoru. :) Minęło trochę czasu, i wczoraj znów udało nam się trafić na Jego występ, choć tym razem nie ze Stevens'em. Niecałe dwie i pół godziny jazdy samochodem, i byliśmy na miejscu. Tłok niesamowity - jak widać fanów wielu, muzycy przygotowywali swoje instrumenty, a jednak Howard znalazł czas na to, by z nami przez chwilę porozmawiać. Rozmawiał z nami też podczas przerwy (MMZ miał okazję usiąść przy perkusji Howard'a i porozmawiać na tematy muzyczno-techniczne). Występ był dwugodzinny (z przerwą) i mimo wielkiego ścisku bawiliśmy się świetnie. Tj. ścisk był tylko na początku, bo potem zmieniliśmy taktykę i miejsce, z którego oglądaliśmy występ, i w rezultacie mielismy bardzo dobry widok na zespół, i na samego perkusistę. MMZ podpatrzył trochę trick'ów, które Mu pomogą w jego własnych występach w szkole (gra w Big Band), a ja miałam okazję trochę odpocząć od pracy i posłuchać bardzo dobrej muzyki. Na koniec MMZ dostał kolejną parę pałeczek od Mistrza i wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Do domu dotarliśmy o północy, ale naprawdę warto było. Kolejny wyjazd już w lipcu! :)

poniedziałek, 23 lutego 2015
Zimowe ku pamięci

Dzisiaj (09/02) był przepiękny dzień, a ja byłam w Blandford. Ale po kolei: rano była gęsta i długo utrzymująca się mgła. Na jedenastą byłam umówiona w V. Hse i tam dość długo mi się zeszło. Potem udałam się w drogę do Blandford. To już pewnie grubo ponad rok odkąd byłam tam przez pracę. Dzisiaj zaczęłam od wschodniej strony...

Natomiast dzisiaj (23/02) powróciłam na blox'a dokończyć notatkę i pojęcia nie mam co poprzednio chciałam napisać... LOL

Tak więc ku pamięci nie będzie...

czwartek, 22 stycznia 2015
Jaki ten świat mały...

Kolejny dzień przeleciał i odleciał w siną dal. Rankiem był bardzo ładny wschód słońca. MMZ poszedł do szkoły, a ja zmywałam w kuchni naczynia i oglądałam odwiedzających mnie skrzydlatych gości. Ptaszki przylatują chętnie i wymieniają się co chwila czekając (nie)cierpliwie na płocie. Wróbelki, sikorki, szpaki, jeden bardzo odważny dzięcioł w czerwonej czapeczce, gołebie leśne i kosy, strzyżyki, rudziki... Pojawia się także płochacz pokrzywnica, czasami (choć ostatnio nie widziałam) szczygieł oraz zięba. Bywają gawrony, kawki, kruki i wrony. Toteż zmywanie upływa miło i ciekawie przy dzwiękach ptasiej muzyki.

Potem czas był iść do pracy. W ciągu godziny zrobiłam połowę całodziennej roboty, ale za to druga połowa zabrałam mi kolejnych sześć godzin. Było może mało rozrywkowo dzisiaj, lecz jedna wizyta utknęła mi w pamięci: musiałam odwiedzić samotny dom położony na skraju zbocza. Dojazd nie był zbyt łatwy, bo najpierw barierą okazała się brama, którą trzeba było zamknąć za swoim pojazdem z uwagi na bliskość farmy. Potem przejażdżka w kierunku wystającego znad doliny dachu i oczom moim ukazał się dość ładny budynek. Byłam mile zdziwiona, a jak jeszcze zobaczyłam, że właścicielka jest w domu, a okolica naprawdę piękna, to od razu przestałam boczyć się na utrudnienia i stratę czasu związaną z dojazdem. Spodziewałam się mówić po polsku, bo nazwisko znajome, ale okazało się, że pani mówi bardzo płynnym angielskim, a że w chwili otwarcia drzwi rozmawiała przez telefon, to zostałam przy angielskim. Załatwiłam sprawę bezboleśnie i nawet wesoło było, bo moja rozmówczyni powiedziała, że widząc mój mundur podziewała się... ataku! LOL Nie bardzo wiem, dlaczego miałabym z kałasznikowem biegać, ani dlaczego myślała, że jestem z KGB... (podejrzewam całkiem serio, że żartowała), ale pośmiałyśmy się obie i po chwili byłam w drodze powrotnej. Ciągle rozweselona dopiero dojeżdżając do bramy uświadomiłam sobie, skąd znam to nazwisko i jakie między nami jest powiązanie: otóż jakiś czas temu uratowałam sporą część starych, polskich książek. W książkach tych było polskie nazwisko, a że interesuję się historią i genealogią, to bez trudu ustaliłam do kogo książki należały. I tak historia koło zatoczyła dzisiaj: bezwiednie odwiedziłam potomków byłego właściciela ksiązek, które są teraz w moim posiadaniu...

O czym tu pisać?

Tyle rzeczy codziennie się wydarza, tyle dni mnie tutaj nie było... trudno zacząć! I pomyśleć, że swego czasu pisywałam codziennie...

MMZ rośnie jak na przysłowiowych drożdżach. Ma już chyba 193cm wzrostu! Mój kochany Olbrzymek! Momentami jest bardzo pomocny, inicjatywę bierze w swoje ogromne dłonie i sprawia, że mama jest bardzo z niego dumna. (Zresztą dumna jest z Niego przez cały czas: fajnie się mój mlodzieniec rozwija, dobrze Mu w szkole idzie, ma talent muzyczny i dobre serce.) I tylko momentami doprowadza mnie do szewskiej pasji przez swoją filozofię życiową pt. "przewróciło się - niech leży..." i ogólne bycie typowym nastolatkiem! :P

W pracy, jak w pracy: pracy dużo, ale mam tyle luzu, że spoko. W dodatku znów mam samochód służbowy do dyspozycji, więc nie muszę się martwić o transport w pracy (a jeżdżę dużo). I tylko pogoda ostatnio kiepska. Przeziębiłam się bardzo poważnie ze dwa tygodnie temu (byłam całkiem nie do życia przez cztery dni; podejrzewałam grypę, ale GP orzekła, że to "flu-like illness"). Do tej pory sporo kaszlę, a i kichnięcia się trafiają... Deszcz i zimno nie jest w takiej sytuacji zbyt pomocne...

Wpadłam dzisiaj przelotem (ale i zostałam trochę dłużej) do Bosmana i Jego Rodziny. Wszystko dzięki Britce, która na fb skomentowała coś i przez to do Nich trafiłam. Ależ tam piękna przyroda! Szkoda tylko, że tak daleko od Nowiaka - jak jadę do PL to mam mało czasu, a w dodatku raczej nad morze w najbliższym czasie się nie wybieram.. Mimo wszystko zdjęcia bardzo ładne. Miło było pooglądać.

Wczoraj przed snem czytałam sobie stare wpisy na tym blogu. Tak trochę na chybił-trafił. Fajnie jest mieć takie zapisane wspomnienia. I tylko żal mi, że czasem tak "kryptograficznie" pisałam, bo momentami muszę nieźle się nagimnastykować, by przypomnieć sobie co autor miał na myśli... ;) Ale z drugiej strony było tak, bo starałam się chronić swoją i innych prywatność. To mi się chyba udało, ale czy trzeba było aż tak!?! LOL

OK, starczy na jeden wieczór... Dobranoc.

 

 

piątek, 16 stycznia 2015
Dzięcioł

Ps. Od kilkunastu dni, całkiem regularnie, w ptasiej stołówce pojawia się... dzięcioł. Piękny jest. I wcale nie płochliwy. Orzeszki wcina. :)

piątek, 06 czerwca 2014
Szybka zmiana

Dzień powolny okazał się być dniem wypełnionym... bieganiem.

Przed południem jakoś pod skórą poczułam, że to będzie właśnie dzisiaj...

Decyzja, na którą cirpliwie od dwóch tygodni czekałam, a na którą czekać miałam jeszcze tydzień, nagle około drugiej po południu się zmaterializowała... Po czym okazało się, że muszę zacząć się spieszyć, by Szefowej dostarczyć wypowiedzenie kontraktu jeszcze dzisiaj, bo potem Ona ma wolne do niedzieli, a w niedzielę ja znów nie pracuję. Czas gonił, drukarka nie chciała drukować, ciuchy wymagały wywieszenia na suszarkę, czas dalej pędził, na dojazd/dostarczenie rezygnacji/powrót i spotkanie z MMZ'em, z którym byłam umówiona w mieście, zostało mi ok. 60 minut. Zwykle szybki dojazd do pracy zajmuje mi ok. 22-25 minut w jedną stronę. Dziś zajął trochę dłużej niestety. Na miejscu okazało się, że niczego nie spodziewająca się Szefowa właśnie z kimś rozmawia, a potem ma jeszcze "banking" do zrobienia. Czekałam 15 minut, rozmawiałam kolejnych 10-sięć, i w rezultacie wyjechałam grubo spóźniona. Do MMZ nie udało mi się dodzwonić (okazało się później, że nie miał przy sobie komórki!)... W efekcie czekał nie wiedząc dlaczego mnie nie ma przez 25 minut... i myślał, że sobie robie z niego żarty, bo sam spóźnił się o dwie minuty... LOL

Tak więc już niedługo opuszczę Najpiękniejsze Miejsce Pracy, i wrócę do mojej Ulubionej swego czasu Firmy. :) I tylko nie wiem jeszcze, czy nie przyjdzie mi skasować wakacyjnych planów na ten rok...

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>