Moje codzienne zycia kawalki...
wtorek, 16 października 2012
Dobranoc

Oj, coś mi to pisanie całkiem na psy zeszło. Odkąd zakluczykowałam bloga nie chce mi się już pisać. Ale i otwierać go na nowo nie ma sensu, bo piszę przecież głównie dla siebie, do szuflady, na pamiątkę... Nie o kibiców mi chodzi... czy też towarzystwo wzajemnej adoracji... Choć przyznaję, że kiedyś otrzymując komentarze (mówię o czasie sprzed 6-ciu czy 7-miu lat) miałam chęć pisać codziennie.

Dużo się zmienia: wszystko płynie bardzo szybko, dzień ucieka za dniem. Znaki jakby ostateczne coraz częstsze, ale może to po prostu znaki ostatecznie-indywidualne? Bóg Jeden wie.

MMZ jest równy ze mną, a może nawet wyższy? But to już więcej jak ósemka. Ciuchy nosi już w rozmiarze M. Rośnie jak na drożdżach.

Za to ja pomalutku tracę flabba... :)

Pracuję w dwóch miejscach teraz i przez większą część czasu padnięta jestem. Powinnam chodzić wcześniej spać, ale ciągle coś wypada i tym sposobem sypiam po sześć, czasem siedem godzin...

Dziś Spotty przeszedł MOT (hurra!), ale nie obeszło się bez kosztów (w tym roku dużo wyższych od poprzednich lat)... zresztą nie ma się co dziwić, samochód coraz starszy.

Dzisiaj też Lisy nie było w pracy, więc z Chloe musiałyśmy sobie same poradzić. Nawet miło było, choć niestety roboty było bardzo dużo. Jutro znów sama będę (tj. z Wendy), ale we środę powinnam odpocząć. :) Czekam zresztą na środę z ciekawością: dzisiaj byłam nieoczekiwanie headhunted i za dwa dni okaże się, czy warto zawracać sobie głowę... :)

Wczoraj o mały włos zgodziłabym się na tabby kitten o imieniu Poppy. Na szczęście rozsądek zwyciężył. Teraz tylko czeka mnie wykonanie telefonu i powiadomienie o mojej (negatywnej) decyzji...

I to tyle w wielkim skrócie.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>