Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 27 października 2011
Bardzo dawno

Bardzo dawno mnie już tu nie było, choć nie powiem - myślałam o wpadnięciu na bloga co jakiś czas i zostawieniu zapisu "ku pamięci". Niestety, na myśleniu się skończyło i w efekcie cały miesiąc zapisków mam do tyłu... a jest o czym pisać!

Tak więc, jak to tradycją stało się w ostatnich latach, zamiast długich relacji będzie streszczenie:

MMZ z nowej szkoły zadowolony. Dostaje pochwały, chodzi w miarę chętnie... choć w chwili obecnej ma przerwę jesienną i głównie dokucza P. ;)

Wyjazdów mieliśmy w ostatnim czasie mnóstwo całe: koniec września i początek października był bardzo ciepły, pogodny. W ostatni dzień tej pięknej pogody udaliśmy się na wycieczkę na Isle of Wight. Nie byłam tam wieki całe (no, ponad dziesięć lat zapewnie, choć kiedyś bywałam w miarę często)! Warto było: wyjechaliśmy po dziewiątej rano, z krótkim przystankiem na placu zabaw w Do'on. Popłyneliśmy promem z Lymington do Yarmouth, a stamtąd do kolorowych piasków... czyli Alum Bay. Wyciąg krzesełkowy wciąż działa, choć jeden ze słupów chyba zaczyna się obsuwać po zboczu - może to ostatni raz udało nam się zjechać w ten sposób na dół? Powspominałam sobie mój pobyt tam z MSH - wówczas nastolatką... zresztą okoliczności owym wspomnienim sprzyjały jeszcze kilka razy tego dnia. Po obiedzie (tu znów wspomnienia SJ) udaliśmy sie na przejażdżkę przez Freshwater Bay do Ventnor (z małym objazdem po drodze), Shanklin, Sandown, Ryde... W Ryde wjechaliśmy na molo (o mało nie zarobiłam mandatu, bo tam ograniczenie jest, a ja zauważyłam dopiero w drodze powrotnej!). Posiedzieliśmy sobie, popatrzyliśmy na Portsmouth, na wędkarzy, na promy wszelakie, i zaczeliśmy szykować się do drogi powrotnej. Tym razem przez Newport i Yarmouth znów do Freshwater Bay, bo MMZ chciał zobaczyć zachód słońca. Było bardzo pięknie, ale przez te obserwacje trafiliśmy na przystań promową już o zmierzchu, a nie mając rezerwacji przyszło nam czekać na prom kolejny. W rezultacie w domu byliśmy późno (biedny Boo!). Za to po drodze była dość kabaretowa zagrywka ze strony obsługi promu (choć pewnie jemu nie było do śmiechu). Otóż przez całą prawie drogę powrotną byliśmy na pokładzie promu patrząc na wodę przed siebie - wokół nas ciemność i światła jednostki, w oddali światła miast, nad nami gdzieś z tyłu księżyc. I w tej ciemności rozległ się nagle przez megafony podirytowany, ale i zdesperowany głos męski mówiąc coś w rodzaju komendy czy nakazu: "tam na pokładzie - proszę natychmiast zaprzestać robienia zdjęć - bo ja nic nie widzę!". Ton sprawił, że zabrzmiało to dość groteskowo, tym bardziej dla mnie - bo jako jedyna nie zauważyłam błysków lampy od czyjegoś aparatu fotograficznego (jak ja mogłam to przegapić?). Ale faktycznie, po chwili zauważyliśmy, że na naszej krętej drodze do portu niedaleko przed naszym promem desperacko próbowała nam dać miejsce jakaś mała żaglówka. Nie było wiatru, więc żagiel miała opuszczony, i w zasadzie wyglądało to na próby wyprzedzenia nas w drodze do portu, bo chociaż starali się zejść nam z drogi, to jednocześnie uparcie płynęli w tym samym kierunku... Zakończyło się jednak wszystko szczęśliwie. :)

Potem były wycieczki do Stourhead (again!), do Eden Project, czy do Old Wardour Castle. I wiele, wiele innych... jak np. wyjazd do Bristolu, który okazał się wycieczką przez M. do B.!

Ale o tym przy innej już okazji... Dobranoc. :)

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>