Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 27 października 2010
Pogrzeb

Dziś pożegnaliśmy Babcię Marion. Wróciły wspomnienia. Poryczałam się ciutkę. Ale potem było już dobrze: z Pam, z Ann, z Ian'em bodajże, i oczywiście z Tom'em sobie porozmawiałam. Była też przekochana Gina z F. i ogólnie miło spędziliśmy czas. Szkoda, że nie mogliśmy zostać na dłużej, bo to jednak kawałek drogi. Ale jutro do pracy, więc co zrobić!

poniedziałek, 25 października 2010
Dzisiaj

Dzisiaj chyba juz prawdziwie pozegnalismy zlota jesien: pogoda byla wprawdzie przepiekna, ale zimno juz i wiatr niewiele sobie robil z mojej polarkiem podszytej kurtki. Dzis w nocy jest pelnia w calej pelni i zapowiadaja temperature minusowa. Lisci tez z kazda godzina mniej na drzewach, a wczoraj przewalily sie przez moja okolice kilka razy gwaltowne opady deszczu z gradem i oczywiscie piorunami... Do tego stopnia, ze niektore ulice byly ciutke podtopione...

Dzisiaj bylismy w naszym starym, dobrym D'ton. Wprawdzie wybieralismy sie calkiem gdzie indziej, bo do: http://www.forestry.gov.uk/westonbirt - ale juz ktorys rok z kolei tam nie dojechalismy (- w dodatku tym razem z calkiem prozaicznego powodu: otoz przed wyjazdem MMZ oswiadczyl mi, ze kupione nieco ponad dwa miesiace temu kalosze nie wchodza Mu na noge. I to wcale nie z powodu dlugosci stopy, ale przez MMZ'a wysokie podbicie!). Nie chcialo mi sie jezdzic po sklepach dzisiaj (ogolnie nie lubie, wszak niedziela!), wiec zmienilismy plany... D'ton okazalo sie OK jak zwykle: najpierw pyszny obiad u Bull'a, a potem pogralismy sobie w trójke w pilke nozna i cricket'a (oba sporty w odmianie na wesolo!). :)

Dzisiaj takze bylismy w naszym ostatnio odwiedzanym kosciolku, i troche widze, ze sie niepotrzebnie zgodzilam na dyzur w przyszlym tygodniu, bo za tydzien przeklety halloween, i nie chcialabym wieczorem zostawiac kota samego w domu. Hmm. Zobaczymy co wymyslimy...

Dzisiaj juz wiecej nic nie napisze, bo sen mnie zaczyna nachodzic, a jeszcze przygotowac sie do spania trzeba... Zatem dobrej nocy zycze sobie i wszystkim potencjalnym tutaj gosciom. :)



 

wtorek, 19 października 2010
Zatrzymajcie karuzele! Ja wysiadam!

Szaleństwo jakieś na tym świecie (a może tylko w moim życiu???)!

Momentami mam wrażenie, że czas już dawno temu ruszył w jedynie sobie wiadomy wyścig i wcale nie ma zamiaru zwolnić choć na pewnien czas...

Całkiem już nie mam siły walczyć, bo to chyba nie ma sensu. Mój mózg bombardowany informacjami ze wszystkich stron nie ma kiedy tego wszystkiego przetworzyć i coraz częściej czuję, że jak stary komputer traci pamięć i nie nadąża. Przypomina mi się przy tym prosty model sprzed wielu lat (input-process-output) przedstawiony mi swego czasu przez św. już pamięci Tony'ego... Taaak. Czas ucieka, ludzie odchodzą, i wszystko idzie ku końcowi.

Babcia Marion umarła. Dobrze chociaż, że MMZ zdążył wysłać Jej kartke z podziekowaniem za pamięć i prezent. Umarła nagle, i znów te poczucie niezdążenia na czas... Przez ostatnich kilka dni przed wiadomością o Jej śmierci przychodziła mi na myśl i teraz nie zdąze juz do Niej zadzwonić - może jedynie zdąże na pogrzeb, by Ją pożegnać. :(

MMZ reprezentuje swoją szkołę, trenuje, by reprezentować hrabstwo, pomału przygotowywuje się do zmiany szkoły... Ja zaś... pomału przygotowywuję się na bezrobocie (od września ub. roku nic ciekawego nie mogę znależć w okolicy!) i do zaciskania pasa.

Zima idzie. Szybko tak jakoś - dopiero było słońce, ciepło, a tu już gadka o śniegu, a conajmniej lodzie...

MPM napisał kilkakrotnie, w tym deklarując swego rodzaju przeprosiny i dozgonną miłość. Dobre i to, ale czy to szczere? Czy On wogóle wie, co to znaczy "kocham cię" czy też np. "now I know how much you mean to me". Dobrze, że chociaż wie, że nie wróci czasu i że nigdy nie będziemy razem - sam to przyznał. Zresztą, może to były kolejne jego mind games? Nigdy się nie dowiem, i nie ma co nad tym rozmyślac. Niemniej jednak żal, złość, bezradność i pusty śmiech przelewają mi się emocjami przez dusze od czasu do czasu. I pomyśleć, że tak już było dobrze - od kilku lat nie byłam emocjonalna (mój ostatni "zwiazek" z emocjonalności zdał mi się mnie wyleczyć...).

MMZ chce, bym skontaktowała Go z Jego ojcem. Dałam Mu czas do namysłu do Świąt, bo nie chcę pochopnych decyzji, niemniej jednak jeśli się uprze, to chyba będę musiała. Tymczasem dostałam oficjalne potwierdzenie na piśmie, że tyle, a tyle jest nam dłużny. Jedyne co z tego mam, to pewna moralna satysfakcja i chyba sobie to pisemko w ramki oprawie. LOL - innego pożytku z tego nie będzie. :/

Muszę wygrać w Lotto, albo może Euro Millions w piątek. Czy ktoś mógłby mi podpowiedzieć właściwą kombinację?

Wracając do realności: roboty cała masa, a ja za Chiny nie mogę się na niczym skoncentrować. Zmęczona jestem, i już. Do tego znajome blogi padły (podobnie jak mój), bądź zostały zamknięte. Coraz mniej mnie trzyma w rzeczywistosci virtualnej, ale w realu też niewiele. Deprecha na całego. Dobrze, ze MMZ mam. :)


 

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>