Moje codzienne zycia kawalki...
piątek, 17 października 2008
Jak pech - to pech!

Matka pojawila sie piec minut po czasie. Potem korki, pozniej duzy problem z drukarka. W rezultacie dotarlam do klasy na piec minut przed dwunasta (jak mawiala MM), ze zlym dziennikiem i z metlikiem w glowie. Jesli doda sie do tego trzy osoby, ktore przyszly ciutke spoznione, i po dluzszej przerwie, to nie ma sie co dziwic, ze potem szlo jak po grudzie. Niezadowolona jestem. Grrr!

I po co bylo sie przygotowywac?

czwartek, 16 października 2008
"Lepiej sie uciec..."

Minela wlasnie pierwsza, a ja dopiero teraz jako tako przygotowalam papierkowa strone lekcji na jutro. Caly dzien nie mialam kiedy; rano wisialam na sluchawce tlumaczac, a pozniej z MMZ mi sie zeszlo... Lekcja na wizytacje wyszla mi wprawdzie calkiem inna niz zamierzalam, ale trudno - bedziemy zyc niebezpiecznie. ;)

Wkurzona jestem nieziemsko, bo mi o 21-szej matka opiekunki wieczornej MMZ zadzwonila, ze tamta ma prace domowa do oddania, i nie stawi sie do pracy. Wscieklam sie, bo widzialam ja dzisiaj kolo czwartej w bibliotece - czemu wtedy nie powiedziala??? Malo tego, zaplacilam jej juz z gory (pierwszy raz, bo akurat drobnych nie mialam). I tak matka owa stwierdzila, ze dzwoni, by mnie uprzedzic... GRRR! Ja jutro caly dzien w terenie i bez mozliwosci dzwonienia po ludziach, P. zajety jak na zlosc, i jeszcze ta nieszczesna wizytacja....! W koncu Matka zapowiedziala, ze sama przyjdzie na miejsce corki. Dobre i to, ale nie wiem kiedy w takim razie obrobie sie z wypolerowaniem mieszkania na blysk - musze przeciez jeszcze wszystkie pomoce podrukowac na lekcje jutro, a w dzien nie bedzie kiedy. Teraz tez powinnam spac, ale jakos mi sie jeszcze nie chce. Jutro nie bedzie kiedy, a na piatek znow mam pizze umowiona... Na sobote pewnie tez.... Hmm.

W niedziele rano po plywaniu jedziemy do Teresy. I kiedy ja mam sie zajac soba... ze o Dziecku nie wspomne???

OK. Za oknem leje przelotnie. Moze pojde sie wykapac? Choc z drugiej strony - czy wypada sie pluskac noca?

Aha, Britka - tak, to pyszne, to angielskie. Uwielbiam angielskie roast'y. Czy nawet takiego chopa z grill'a jak w ostatnia niedziele... :P

środa, 15 października 2008
Kolejny tydzien

Minal kolejny tydzien, a wraz z nim jakze interesujacy weekend. W sobote MMZ spiewal przez pol dnia w katedrze. Pogoda byla piekna, dzien bardzo udany (ja spedzilam go w milym towarzystwie: w pieknym miescie, ogladajac przy okazji prywatna szkole i jedzac przepyszne ciasto po poludniu). MMZ wyszedl zadowolony, i powiedzial, ze... chce jeszcze....! W niedziele zas choc mielismy jechac na calodzienna wycieczke do lasu, to powstrzymala nas dopoludniowa mgla. MMZ poszedl wiec plywac i dopiero kolo poludnia ruszylismy na przejazdzke. W rezultacie - w pelni jesiennego slonca - spedzilismy pol dnia ogladajac wiktorianska mansion.

 

Najbardziej podobal mi sie pokoj z myszka w zaslonie (choc kominek wolalam oryginalny) i kaplica. Szkoda tylko, ze MMZ pokazal rozki. Ale coz... Pozniej jeszcze smaczny obiadek u Winstona i czas bylo wracac...

Za to wczoraj sie wkurzylam. I to niezle. Pojechalam na rozmowe z prywatna nauczycielka MMZ, a tam okazalo sie, ze dzieciak sie urwal i z zajec grupowych, i z lekcji. Ciekawe czy zgadniecie co robil? W kazdym razie wszystko skonczylo sie awantura i ban'em, a dzisiaj szykuje sie mi powazna rozmowa. Wciaz jestem wkurzona, i to nie tyle na MMZ, a na szkole. Zobaczymy, co wyjdzie z rozmowy, a potem jeszcze mam wywiadowke za tydzien, wiec powiem co mysle.

OK, zabieram sie do pracy, bo do zrobienia mnostwo (szkoda tylko, ze finansowych wynikow z tego nie bedzie), a czasu malo. Jutro jade na ICE, a potem mam wizytacje na lekcji, wiec trzeba spedzic dzis troche czasu na poczet jutra....

środa, 08 października 2008
Protest!

"Dostęp do tego blogu został zastrzeżony przez jego właściciela. Jako użytkownik mjones2233 nie masz do niego dostępu."

No zesz!

Britka, bo zastrajkuje!!!

wtorek, 07 października 2008
Jaskiniowe duchy...

... i takie tam inne.

Sama nie wiem gdzie ten czas pedzi. Prawda - przynajmniej w moim zyciu - okazuje sie stwierdzenie, ze z czasem czas ucieka szybciej. Pamietam, ze bedac dwunastolatka nie moglam sie doczekac swojej osiemnastki, i przerazal mnie fakt, ze to jeszcze SZESC lat! Wowczas MM mawiala, ze przyjdzie czas, a bede chciala, by byc raz jeszcze dzieckiem... by cieszyc sie beztroska i wolnoscia wieku dzieciecego. Coz, wowczas owa wolnosc jakos do mnie nie przemawiala: obowiazki szkolne, prace domowe, zakazy Rodzicow...

Od kilku lat sama decyduje o sobie (hmm, na ile okolicznosci pozwalaja). Czasem mysle, ze powinnam odwazyc sie na pewna ekstrawagancje i zaczac zyc calkiem "po swojemu"; zycie jest tylko jedno - chcialabym przezyc je wg swojego pomyslu. Ale to nie jest latwe; naginanie realiow do wlasnej wizji zycia czesto spotyka sie z banalna, a jednoczesniej jak bardzo realna bariera w postaci finansow. Moze jeszcze gdybym byla sama na tym swiecie, to moglabym sie tym nie przejmowac, ale jestem odpowiedzialna za dorastajacego mlodego czlowieka, wiec nie moge latac z motylkami...

Ech, zycie. Chwilowo aktywnie czekam. Mam nadzieje, ze sie cos odmieni.

I tak dzisiaj na przyklad bylam w L. na zebraniu mniejszosci narodowych. Rzadko tam bywam, a jak juz bywam, to mam bardzo mieszane uczucia. Nie czuje sie mniejszoscia, ale wiem, ze wielu z moich Rodakow tak czuje, wiec z jednej strony jestem jakby "detached", ale z drugiej w jakis sposob "attached" - jesli chodzi o ten temat. Ale to temat na osobny wpis, i watpie, bym go rozwijala...

Za to w niedziele bylo ciekawie; mialam byc w @Bristol, a wyladowalam w Beer. :D

I nie zaluje; Beer bylo fajne, choc podchody robilismy dwa razy - za pierwszym razem pojechalismy do Delfiniarni na obiad, a za drugim trzeba bylo prawie godzinke poczekac. Ale warto bylo: w grupie do oprowadzenia po jaskiniach bylo tylko szesc osob, w tym dwoje dzieci (w tym jedno - i tym razem nie byl to MMZ! - ktore okreslilo siebie jako: "very, very, very, very clever!"). Widzielismy (posrod wielu innych atrakcji) jednego malego nietoperza, system korzeniowy paprotki oraz - jak sie potem po sciagnieciu zdjec okazalo - duchy. Tj. duchow nie widzielismy, ale jak widac na ponizszym obrazku - byly one praktycznie wszedzie...

Miejscami (na szczescie?) ich nie bylo:

Za to tutaj obok widac samego Geniusia (ten mniejszy)...

* * *

Zblizal sie wieczór - trzeba bylo wracac.

Zanim dotarlismy do E. mialam chec poszukac rezydencji Pana G-G: zawsze tak zapraszal. Ale mialam swiadomosc, ze nie jestem sama - oraz - ze jest niedziela.

Wrócilismy autostrada celebrujac w Costa Cafe pierwszych 100 mil przejechanych przeze mnie w Spotty'm... (mozna sie przyzwyczaic, ale Macka zal...).

Wczoraj po raz ostatni pojechalam do swojego niedawnego jeszcze miejsca pracy; wszyscy byli bardzo mili, i szkoda mi momentami bylo, ze juz z nimi nie pracuje. Jednak nie wszystko zerwane; Szefowa pocieszyla mnie, ze bedziemy wspolpracowac w przyszlosci. Mam nadzieje, ze tak bedzie. :)

Zjedlismy smaczny lunch, porozmawialismy, a potem dostalam dyplom, kartke z zyczeniami i prezent: dosc niespotykany... ale moze sie przyzwyczaje... Wyszlam z nuta nostalgii zapominajac, ze znow bede w tym samym budynku juz dzisiaj...

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>