Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 31 października 2007
Jeszcze zyje

...choc roznie to ze mna bywa. ;)

W kazdym razie po wczorajszym pieknym, i niespodziewanie zadowalajacym dniu dniu, dzisiaj mialam dzien troche szalony...

Ale zacznijmy od wczoraj. Odwiozlam MMZ do szkoly (choc miala to zrobic opiekunka, ale sie nie wyroblismy). ;) Potem w C. zaparkowalam w nowym miejscu, bo zwykly parking byl juz zapelniony... i mimo, ze w C. pracowalam swego czasu raz w tygodniu przez rok, to znalazlam calkiem nowa droge (tj. wiedzialam, ze jakas droga tam jest, ale nigdy nia nie chodzilam), a przy niej piekny zabytkowy kosciol i sielskie widoki! :) Zajecia byly wyjatkowo udane, prace domowa mialam wyjatkowo odrobiona, a i wieczorem lekcja tez poszla OK. Za to wieczorem siedzialam do poznej godziny, bo okazalo sie, ze o stanowisko, o ktorym kiedys z S. rozmawialam mozna ubiegac sie tylko do dzisiaj - musialam przygotowac papiery (i wlasnie sie dowiedzialam, ze juz jestem zaproszona na rozmowe!). Troche o zlym czasie sie ta praca pojawila, ale widac tak ma byc - jesli ja dostane, to wreszcie bede robila choc troche tego, co lubie za bardzo dobre (jak na moje okolice) pieniadze.

Natomiast dzisiaj bylo troche bardziej "crazy": najpierw z rana odwiozlam MMZ do szkoly. Tam mialam dosc dluga, choc niezapowiedziana rozmowe z dyrektorka (- bardzo mila rozmowe zreszta). :) Wrociwszy do domu nie dalam rady dojechac na czas do miasta na czyszczenie kamienia (oj, przyjdzie mi wybulic za cancellation, ale trudno). Po zalatwieniu spraw domowych popedzilam do BC pomagac Sarah B. Pozniej trzeba bylo na druga jechac do E'ton na spotkanie network'owe. Tam spotkalam calkiem niespodziewanie "S" - ale tylko przelotem. Wrocilam po MMZ, popedzilismy na Jego plywanie. Juz zaparkowawszy stwierdzilam, ze nie mam przy sobie drobnych (bylam w innej niz ostatnio kurtce) i byl z tego klopot: jak tu zostawic samochod bez zaplacenia parkingu (no, mozna ryzykowac z kartka w oknie), ale jednoczesnie wziac MMZ na lekcje, ktora zaczyna sie dopiero za 8 minut, a do ktorej musi sie przebrac, etc. Jakos sprawe zalatwilam. :) Teraz jeszcze mam cala mase spraw do zalatwienia - napisac kilka e-mails, pochowac suche juz pranie, sprzatnac w kuchni i nadrobic zaleglosci w ksiegowosci. Pisanie pracy zaliczeniowej na jutro zostawie sobie na jutro rano. ;) Mam nadzieje, ze do popoludnia sie wyrobie... Obym tylko temat zadany znalazla (przed przyjazdem MSH i Jej MMSH gdzies bezpiecznie wszystko ukrylam...).

poniedziałek, 29 października 2007
Co nas nie zabije...

Piszac te notke juz przeczuwam trudnosci nocno-zoladkowe... Zachcialo mi sie parowek. Dobrze chociaz, ze Dziecku nie dalam... Jad kielbasiany pewnie... albo insze licho. Na domiar zlego nie mam Galviscon czy jak mu tam.            :(       ....Walnelabym sete, ale tez nie moge - jutro od rana mam obowiazki i na kaca pozwolic sobie nie moge. Ech...

Wrocilam dzis kolo dziesiatej. Oj, co to byl za weekend.

W piatek wyjezdzalismy jak zwykle spoznieni. MMSH umieral z przeziebienia, pogoda byla taka sobie (tj. nie padalo, ale sie zachmurzylo, i zrobilo sie chlodniej). Na szczescie po drodze jednak Dzieciaki daly sie namowic na Stourhead. Wprawdzie Mlodzi chcieli ogladac dom, ale przekonalam Ich, ze spacer lepiej im zrobi. ;) Przechadzka byla w miare udana, ale na zwiedzanie katedry w Salisbury nie starczylo czasu. Szkoda. W dodatku chcac Im pokazac Downton musialam nadrabiac drogi, bo mosty byly w mojej starej wiosce nieczynne. Za to tuz pod moim starym domem spotkalam Carol (?) - listonoszke-dawna sasiadke. Nic, ale to nic sie przez tych szesc lat nie zmienila. Za to powiedziala mi, ze drugi sasiad - Wloch - ktory wowczas przechodzil separacje i czekal go rozwod, ma druga zone i troje (!) dzieci.

Pojechalismy dalej. Po drodze zaliczylismy New Forest, ale juz na zwiedzanie Southampton, Portsmouth czy Chichester nie bylo co liczyc. Dotarlismy do BR pozno - okolo 19:30 (via dom tesciowej i byla (?) rezydencje RSmith'a) . Mlodzi zjedli "nasz" obiad, i zaraz (po pokazaniu Im mojego starego domu) udalismy sie w kierunku Ich noclegowni - MMSH coraz bardziej sie rozpadal, choc trzeba Mu przyznac, ze probowal sie trzymac dzielnie... Zostawilismy Ich na pastwe Travelodge, a sami z MMZ poszlismy na obiad w Little Chef. :)

Nasza nocka nie byla zbyt dobra - pozno zasnelismy, a juz z samego rana obudzil mnie dzieciak sasiadow; po raz pierwszy trafilo mi sie mieszkanie dzielone z sasiadka tylko zwyklymi drzwiami i slychac bylo doslownie wszystko. Nic to. Byl oto kolejny dzien i po sniadaniu popedzilismy (via Tesco) po Mlodych. Tym razem w programie byl Arundel, a dokladniej zamek. Jako, ze bylam tam dwa lata temu, probowalam MMZ namowic na spacer po miescie, a na zamek wyslac Mlodych samych. Ale MMZ sie namowic nie dal, tak wiec zaliczylismy i my ow zamek. Ciekawie bylo, nie powiem. Dowiedzielismy sie m.in. o perukach, i o wyroku... Po poludniu jednak zaczelo mzyc, wiec juz tylko krotkie odwiedziny z drugiej (zamkowej) strony starego kosciolka przy wysokim drzewie, i juz jechalismy do BR (MSH chciala tam powrocic, bo Jej sie przypomnialy lata 90-te)... Oni przeszli sie sea-front'em, i pograli w mini-golf'a, a ja w tym czasie skoczylam zobaczyc, czy Anna wciaz pracuje gdzie pracowala (ponoc tak!) i zrobilam male zakupy.

Pozniej juz tylko pozostalo odwiezc Mlodych do Gatwick (nie obylo sie bez malego krazenia celem znalezienia kolejnej Travelodge)... Jeszcze tylko ostatnie pozegnanie i juz jechalismy wsrod ciemnosci, ktora w miedzyczasie zapadla, w droge powrotna. Zatrzymalismy sie w tym samym Little Chef, zjedlismy podobny obiad (nasz nam w miedzyczasie przepadl) i udalismy sie do Butlins. W niedziele znow obudzil nas smarkacz sasiadki, potem poszlismy na sniadanie (mile zdziwieni tym, jak jest wczesnie!). Potem bylo Tesco (musialam oddac kupione dzien wczesniej spodnie) i gigantyczny korek, w ktorym malo bylo zrozumienia, i ktory rozladowal dopiero policjant. Potem ogladalismy Rat2; MMZ chcial wyjsc w polowie (myslalam, ze cos z Nim nie tak, bo kiepsko wygladal, ale okazalo sie, ze po prostu sie denerwowal); teraz twierdzi, ze Mu sie podobalo! Pozniej chwila w pokoju, obiad, i Msza sw. (- przy czym okazalo sie, ze ponoc jest co niedziela o 19-stej Msza po polsku - tez maja rezydenta!)... Pozniej juz tylko jeszcze jedna wycieczka do samochodu i skok do Paul'a (tym razem MMZ rowniez bral udzial w uczcie), a potem juz tylko sen...

Rano ciezko bylo wyrwac sie z wygodnego lozka. W dodatku klamka sie zepsula! (- Cos to sie ostatnio czesto MMZ przydarza.) MMZ poczatkowo zamierzal spac, jednak w okolicach So'ton Airport stwierdzil, ze jest Mu zimno i niedobrze. Zatankowalam przy services przy rondzie: Totton/Salisbury/Romsey i poszlismy na herbate do McDonalda. Dobrze, ze poszlismy, bo MMZ byl zimny jak marmur. Po prawie godzince nabral troche ciepla, i ruszylismy dalej - tym razem wiedzialam juz, ze sie spoznimy.

Do szkoly MMZ dotarl (po przebraniu sie) o 10:30 (czyli mielismy 1.5h spoznienia, bo zwykle wracamy na czas). Ale nie przeszkadzalo mi to zbytnio; byla dzisiaj bardzo pozna, ale sloneczna zlota jesien i milo sie jechalo.

Teraz czeka mnie jeszcze czekanie na dokonczenie prania, i ze trzy tony papierzysk na jutro, ale pewnie padne na nos i zasne w ciagu pol godziny. Strach sie bac co bedzie jutro! I czy jutro w ogole bedzie? ;)

piątek, 26 października 2007
Zbyt szybko to leci

Jak ten czas szybko ucieka! Dopiero mi Siostra ze swoim Mezem przyjechala, a zaraz beda odjezdzac. Tj. moze nie zaraz, ale zaraz to my wyjezdzamy...

Ale zaczne od poczatku:

Wtorek byl dniem bardzo udanym - zrobilismy sobie wycieczke na trasie: Glastonbury (przejazdem) - Wells (galopkiem po miescie, biskupi palac z zewnatrz, katedra z przewodnikiem) - Wookey Hole (trafil nam sie fajny przewodnik, poza tym MMSH wyprodukowal ladny papier, etc.) - Cheddar Gorge (w ktorej to bylo wlasnie wielkie wylewisko - chyba rura pekla - ale gdzie! w gorach???)... - obiado-kolacja w BrentKnollskim Brewsters i krotka wizyta w BOS.

We srode pojechalismy pozno w okolice Tiverton (Knightshayes czy jakos tak - nie mam pamieci do nazw, choc bylam tam juz w tym roku). Bylo milo; a zwiedzanie domu zakonczylismy samotnym spacerem po parku. Pozniej siedzielismy juz u nas do drugiej w nocy przy winku, wspominajac glownie MPM... ;)

Dzisiaj wstalismy bardzo pozno (sniadanie wypadlo juz po dwunastej). Troche porobilismy przy domu (MMSH skosil trawe i pomogl przy obiedzie, MSH wywalila mi tony moich skarbow z kuchni - i od razu kuchnia przejrzala, ja troche robilam to tu, to tam, ale glownie moj dzien polegal na przekladaniu papierow, wieszaniu i zdejmowaniu prania, jak rowniez energicznym czyszczeniu czerwono-zielono-kremowego dywanu z bardzo intensywnych niebieskich plam, ktore zafundowal mi MMZ. Przy okazji zawiadamiam, ze niebieska farba z kompletu zabawkowego "Works" (ciuchcia do zlozenia, pomalowania i ponaklejkowania) jest niesamowicie wydajna, i bardzo latwo sie roznosi; zaczawszy od przewrocenia sloiczka z rozmazem po stole i podlodze... kolor znalazl sie doslownie wszedzie - na MMZ, na MMSH, na mnie, na butach, skarpetkach, w wiekszosci pomieszczen na dole, na muszli klozetowej, na zlewie, na sofie i na podlodze na pierwszym pietrze. Zaloze sie, ze to nie koniec!

Potem Rodzinka pojechala ze mna w strone miasta (MSH po zakupy dla siebie, ja z MMSH na zlomowiska szukac czesci do jego samochodu, potem MMSH z MMZ grac w pilke...). Teraz juz wszyscy spia; wszyscy oprocz mnie, ale i ja zaraz udam sie na spoczynek. Jutro czeka nas bardzo dluuuugi dzien. W programie Stourhead, Salisbury Cathedral, Downton, New Forest i... BR.

OK, uciekam pospac...

poniedziałek, 22 października 2007
Spojrzenie w przeszlosc

Oj, co to byl za weekend! Mile towarzystwo, piekna pogoda, znajome katy, a do tego tyle wspomnien!!!

Wyjechalismy z MMZ dosc pozno; pozniej, niz zamierzalam. W rezultacie na miejscu bylismy poltorej godziny pozniej, niz chcielismy... Ale po odebraniu MSH i Jej Malzonka szybciutko zaczelismy to opoznienie nadrabiac. Najpierw udalismy sie do Richmond Park - na obiadek i spacer. Obejrzelismy St. Paul's z daleka. Pogoda dopisywala... ale nie bylo sensu jeszcze jechac do samego centrum, bo hotel otwierali o trzeciej, wiec poki bylismy w okolicy chcialam tam najpierw pojechac. Zostala nam godzinka, to skoczylismy sobie do samego Richmond na kolejny spacer... Wspomnienia zaskakiwaly mnie za kazdym rogiem. Pora roku odpowiednia, miejsce rowniez. Ech, Richmond Bridge House, most, laweczka z widokiem... Ech. Do hotelu wrocilismy przez Kingston. :)

Potem byl Tolworth - i tutaj znow kazdy kat znajomy. Troche mi bylo zal, bo choc odwiedzilam Vincent Avenue, a potem Villiers Avenue (Surbiton, gdzie - o zgrozo - zburzono The Rising Sun!!!) to nie udalo mi sie zajrzec do Fr. Ford'a (o ile On tam wciaz jest)... Natomiast w hotelu przyszla nas obsluzyc... Polka.

Wreszcie udalismy sie blizej Londynu. Pojechalam przez Hammersmith Bridge - oh, boy - kiedys jezdzilam tedy z MPM... Zaparkowalam na swoim zwyklym miejscu - tradycyjnie. Niewiele sie tam zmienilo; no, moze wiecej smieci lezalo wokolo. :/ Poszlismy pieszo przez Victorie pod London Eye (po drodze zaliczajac Westminster Cathedral w srodku, Westminster Abbey od zewnatrz, Houses of P. - gdzie o dziwo wciaz dal sie slyszec Big Ben - a moze bylo to tylko nagranie?)... Prawie z kazdym krokiem wiazalo sie jakies wspomnienie...

Zanim wsiedlismy do naszej kapsuly zrobilo sie prawie ciemno. Widok byl przepiekny, a mi tym blizszy, ze z Londynem wiaze mnie tyle wspomnien - i mimo dzielacej mnie od niego odleglosci wciaz czuje sie tam jak w domu. Chcielismy jeszcze zaliczyc wycieczke statkiem po Tamizie, ale bylo juz za pozno. Wrocilismy przez Trafalgar Sq. i B.Palace - pieszo do samochodu... Pozniej zrobilismy sobie wycieczke samochodowa: najpierw slynny Harrods, potem Muzeum przy Cromwell Rd., pozniej w druga strone: P.Circus, Tower of London i Tower Bridge. Wrocilismy do hotelu przez Clapham i Wandsworth (oj, tutaj znow wspomnienia)...

Rano, juz po sniadaniu, a wlasciwie prawie w porze lunchu pojechalismy (znow przez R. Park - ogladajac jelenie) do POSKu. Tlumy rodakow, nigdzie miejsca do parkowania. MSH i Jej Maz wyskoczyli zaglosowac. Ja dwa razy objechalam okolice, i wreszcie dotarla do mnie wiadomosc przyniesiona przez M., ze zejdzie sie pewnie z pol godziny... Zaparkowalam pol kilometra dalej i z MMZ udalismy sie do wloskiej restauracji. Zaraz za progiem okazalo sie, ze obsluguje nas... Polka. Zjedlismy do spolki pizze, potem deser. Minely dwie godziny - trzeba bylo wychodzic... Poszlismy na krotki spacer i na szczescie po chwili dotarli do nas nasi Goscie...

Pojechalismy do Windsor. Potem do Bath. Wrocilismy do domu podziwiajac po drodze wiszacy most w Bristol...

Wczoraj spalam malo, a dzis spedzilam dzien w Exeter. MSH ma temperature, dom wypelniony jest zapachem czosnku (yuck!), MMZ wreszcie sie polozyl, a mi peka globus (wszystko przez migajaca przez trzy godziny podczas Strategii Biznesu jarzeniowke...). :/

Weekend'owych wspomnien mam jednak tyle, ze starczy mi na bardzo dluugo.

czwartek, 18 października 2007
Wagary

W tym tygodniu wyraznie wagaruje. :/

Zaczelo sie od poniedzialku; podjelam "executive decision", ze nie pojade na wyklady - mam kupe cala roboty w domu (we srode mieli przywiezc nowe meble)...

Apropo slowka "przywiezc" - dolaczylo do kilku innych, ktore po pietnastu latach pobytu z daleka od Polski sprawiaja mi trudnosc w pisaniu (zacytowalabym i te inne, ale nie mam slowniczka ortograficznego pod reka, a jak juz pisalam - nie jestem pewna ich pisowni...). I tak powyzsze owo slowko meczy mnie, czy pisze sie je z "c" z kreseczka, czy tez "dz" z kreseczka nad "z". Wybor moj padl na to pierwsze. Trudno az mi uwierzyc, ze po nauczce, jaka dala mi MM gdy bylam w trzeciej bodajze klasie (i.e. wypisala recznie ze slownika ortograficznego wszystkie regulki, pokolorowala je - dla mojego lepszego zapamietywania, i wymusila ich przyswojenie...) przez lata nie mialam zadnych klopotow z ortografia czy interpunkcja. Interpunkcja polska padla nagle na pysk ze trzy lata temu, gdy przeszlam szkolenie w interpunkcji angielskiej na zajeciach Business English. Jak widac moj umysl radzi sobie tylko z jednym jezykiem "at the time". (- Koniec dygresji.)

W poniedzialek rowniez wymienilam zamowione biurko i szafke na regal. Nie zaluje. :) We wtorek znow zawalilam kurs pedagogiczny, bo wiedzialam, ze nie wyrobie sie z praca w domu. We srode zamiast cos kreatywnie robic siedzialam przez cale przedpoludnie i czekalam na dostawe mebli. Spoznili sie - przyjechali w porze lunch'u. Wymiana mebli trwala dluzej, niz bym chciala. W dodatku na koniec zostalam z ustawianiem regalow sama, i gdy skonczylam bylam calkiem wyczerpana. Pojechalam po MMZ do szkoly, potem mialam wywiadowke, i nim wrocilismy po zakupach bylo juz pozno. Usypiajac Go na nowym miejscu sama usnelam... Obudziwszy sie w srodku nocy nie bylam w stanie juz nic robic.

Dzisiaj znow wypadl mi cyrk z zamkiem centralnym od samochodu. Nim sprawe zalatwilam znow prawie poludnie. Kolo dwunastej musze byc na spotkaniu w sprawie angielskiego dla SPCG. Potem mam tutorial pedagogiczny, i powinnam isc na CIPD. Pewnie tylko glowe wsadze przez drzwi, pozdrowie i uciekne, bo NIE WYROBIE z ukladaniem rzeczy/papierow, etc. przez przyjazdem MSH i Jej M. To juz w sobote rano. Jutro MMZ ma wolne w szkole, wiec i tutaj problem - nie uda mi sie pozbyc zbyt wielu rzeczy, ktore od miesiecy leza calkiem przez Niego nie uzywane, a ktore nadal sa "skarbami". Wiem, ze nawet nie zauwazy, ze ich nie ma, ale wyrzucic sam z siebie oczywiscie nie da... I pomyslec, ze jeszcze ze dwa lata temu nie bylo z tym zadnego klopotu (- sam siedzial i rozdzielal, co do zatrzymania, a co do oddania...). Poza tym jutro powinnam jechac na wyklady. Jesli nawet na wyklady nie pojade, to musze na popoludnie jechac do E. i wcielic sie w c.d. roli Anny Debinskiej... Grrrrr.

poniedziałek, 15 października 2007
Z niedzieli na poniedzialek

Czas nieublaganie ucieka. Miedzy innymi widze to, gdy zagladam tutaj. Niby dopiero co cos napisalam, a tu juz kilka dni minelo...

Czwartek spedzilam negocujac "deal" z lokalnym college'm dla chcacych uczyc sie Polakow. Chyba sie udalo - czas pokaze. :) Poznym popoludniem udalam sie na zajecia CIPD; znow bylam w grupie ze Steve'm - ale wyszlo nam OK.

Piatek - pojechalam z rana do E. Zdziwilam sie widzac sporo miejsc parkingowych. Wniosek: zaczne chyba jezdzic do E. w poniedzialki rowniez wczesniej; bedzie latwiej zaparkowac.

Sobota: MMZ pojechal na caly dzien do Wojtusia i Leszka. Ja - na recollection day do T. :) Znow bylam prawie najbardziej wygadana. Skad ja to mam? ;) Bardzo podobalo mi sie podejscie Fr. Michael H. Zastanawiam sie, skad ja o Nim slyszalam? Po powrocie z T. odebralam MMZ i pojechalam do P. zamienic Macieja na Macka. Oczywiscie wyszlo tak, ze musielismy jechac na "mystery tour". Wyladowalismy w WSM, a potem ja dogadalam sie przez komorke z mezem Jill (tej z Leicestershire) i w rezultacie musialam jechac na services kolo Bristol. Gdy dojechalam, oni (tata, syn za kierownica pieknego, srebrnego BMW estate, zona syna i dziecko) juz czekali. Odebralam co moje, i nasze drogi sie rozeszly. W oczach zostaly mi ich... koszule. Byly chyba markowe, w takie cienkie pionowe paski o cieplych odcieniach czerwieni i rozu przeplatanych bialym. Podobaly mi sie. :)

Dzisiaj (a wlasciwie wczoraj) wstalismy pozno (MMZ budzil mnie wprawdzie o osmej rano, ale udalo mi sie Go namowic na dalsze spanie). W rezultacie ja wstalam o 9:15, a MMZ o 10:45. Chwila rozmowy, zabawy i czas bylo wyruszyc do 1/2 mile Inn. Jak zwykle pyszny obiad. Towarzyszyl nam (procz P.) taki Ron, ktory od urodzenia jest calkowicie gluchy. Wesolo bylo porozumiewac sie z nim; sympatyczny gosc, choc wiek (76lat) zaczyna chyba robic juz swoje... Wyjezdzajac z parkingu zauwazylam, ze Ron wyruszyl do B. bardzo niebezpieczna droga na piechote. Podwiezlismy go; mieszka na tylach mojego domu (S.A - tam gdzie kot, ktory kiedys do nas przychodzil do domu chadzal...). Pokazal nam swoj "pride & joy" - Austin Chummy 1928. Fajny wozik. :)

Po powrocie do domu szybko sie przebralismy i pedem do T. MMZ spozniony byl wprawdzie na trening o 30 minut, ale okazalo sie, ze nic nie stracil. Gral do piatej. Mimo, ze wg planu mialam zostac w T. na Msze wrocilismy do B. na pol godziny. Wrocilismy przez QHills - podjechalam do Becky oddac cheque, potem do domu - MMZ sie przebral, a ja wzielam co mi bylo potrzebne. Udalo nam sie dojechac do kosciola na czas (dzis bylam pierwsza na liscie - musialam sprawdzic). :* Potem, wychodzac juz, Joe odwazyl sie wreszcie zapytac, czy bym nie poszla z Nim na obiad. Ma czarujacy usmiech, i ogolnie Go lubie, ale niedoslyszy i ciezko sie przez to dogadac. Moze to tylko dlatego, ze to w kosciele, wiec i krzyczec nie chce? Pytal, czy bede za tydzien. Odpowiedzialam, ze nie, bo na dwa tygodnie planuje byc w weekend gdzie indziej. W takim razie wyrazil nadzieje, ze za trzy tygodnie dostanie "dobra wiesc". ;)

Zapomnialam wspomniec, ze w drodze do B. po meczu MMZ zaczal jeczec, ze Go raczka boli. Srodkowy paluszek lewej reki napuchl, i na srodkowym stawie od srodka dloni podszedl lekko krwia. Tak wiec po kosciele pojechalismy do A&E w Musgrove. Znow nam sie udalo; nie czekalismy dluzej nic 5 minut. MMZ paluszek przeswietlono dwukrotnie i okazalo sie, ze na szczescie to pewnie tylko nadwyrezenie palca. Ma zakazany wf/football. Ciekawe, jak dlugo ten zakaz sie utrzyma (ma byc dopoki boli - zaloze sie, ze od jutra przestanie bolec...). ;)

Ale swoja droga MMZ nareszcie przejrzal na oczy i widzi to, co ja widzialam juz dawno temu. I nareszcie chce zmienic klub. Pytanie tylko, czy teraz sie da???

Ja zas obudzilam sie z godzine temu z bolem w klatce piersiowej z promieniowaniem pod lewa lopatke. Ten bol czulam przez sen, bo pamietam, ze we snie o nim myslalam. Gdy mnie wreszcie obudzil pomyslalam, ze tak pewnie bolaloby serce w stanie przedzawalowym. Postanowilam wstac i... posprzatac troche. Przerazila mnie mysl, ze lekarz moglby musiec przyjechac do takiego grochu z kapusta: spodziewam sie we srode mebli i powyciagalam juz torche rzeczy ze starych... Jesli do tego dodac tony walajacych sie papierow, ktore czekaja na posortowanie, i MMZ zabawki (well, glownie konstrukcje roznego typu), to naprawde zawalu mozna dostac wchodzac...

Bol "serca" momentami przechodzi, momentami wraca. Ide wreszcie troche ogarnac chalupe, a potem sie poloze. (Wprawdzie wyczytalam, ze powinnam albo lezec-odpoczywac, badz tez pedem leciec do lekarza, ale nie wyobrazam sobie polozenia sie w obecnych warunkach - nie usnelabym, a jeszcze bardziej pewnie denerwowala.)

Raz jeszcze stara prawda "co masz zrobic dzisiaj - nie odkladaj na jutro" znalazla potwierdzenie...

OK, uciekam. Mam nadzieje, ze "do zobaczenia!" ;)

 
1 , 2
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>