Moje codzienne zycia kawalki...
niedziela, 29 października 2006
An update (pol)

Caly tydzien przelecial nie bardzo wiadomo kiedy... W miedzyczasie bylismy na kilku wycieczkach; m.in. zaliczylismy wielki, stary dom w South Somerset (i to praktycznie dwa razy!), bylismy na spacerze w Mendip Hills nad Wookey Hole, na zakupach w Street, w kosciele-rotundzie nad morzem i w kilku innych miejscach.

Wczoraj pozny wieczor spedzilam u A. Do domu wrocilam po jedenastej...

Ale od jutra wszystko sie zmienia; zaczynam dojazdy do E. Ciekawe, jak dlugo wytrzymam...

Chcialabym, by juz przyszlo rozwiazanie. Ale wiem, ze musze byc BAAAAARDZO cierpliwa. To jest najtrudniejsze. Sprobuje jednak zaufac. :)

wtorek, 24 października 2006
Specjalnie dla Brittany

Juz mi przeszlo - doszlam do siebie. :)

Ale, specjalnie na zamowienie Brittany odpowiadam:

"Dziwna noc", bo:

...Wrocilismy z kina pozno. MBM pokazywal mi swoje zdjecia z Iraq'u. Potem jeszcze ja pokazywalam Mu nasze zdjecia: MMZ, dom Rodzicow, etc. Torche pogadalismy, po czym zaczelismy rozmowe pt. gdzie On bedzie spal (nie przewidywalam Jego pobytu nocnego u mnie, wiec zdziwil mnie przywozac ze soba spiwor i recznik, i mowiac, ze bedzie spal na sofie). Dalam Mu do wyboru spanie w moim pokoju, w pokoju MMZ, badz wlasnie na sofie. Stwierdzil, ze na sofie...

OK, umowilismy sie, o ktorej wstajemy (o 7-ej rano), bo ja mialam zaraz po osmej wyjazd, a chcielismy jeszcze pogadac. On skorzystal pierwszy z lazienki, po czym powiedzial dobranoc i udal sie spac. Po kilkunastu chwilach i ja rowniez udalam sie na spoczynek - w pokoju MMZ (bo moj byl przygotowany dla MT - chwilowo nieobecnego - a nie chcialo mi sie zmieniac poscieli). Na dobranoc naszlo mnie, ze to pierwsza "nasza" noc pod jednym dachem od ponad dziewieciu lat. Mialam to skomentowac, ale MBM powiedzial, bym lepiej nic nie mowila (choc nie wiedzial, ze wlasnie o tym myslalam).

Przez kilka minut byla cisza przerywana monologiem MBM skierowanym do kota, ktory pewnie po Nim lazil probujac sie ulozyc... Potem MBM zasmial sie. Znow ze dwie minuty ciszy, i znow smiech - taki dosc glosny. Zdziwilam sie (a i przestraszylam, bo panicznie boje sie wariatow, a wiadomo co Mu tam po tym Iraq'u do glowy moze strzelic). Potem znow sie odezwal do kota, wiec doszlam do wniosku, ze pewnie z kota sie smial. Potem slyszlalam, ze przyszedl do Niego sms's i pomyslalam, ze moze ktoras z Jego "przyjaciolek" pisze... Ale nie bylam zazdrosna. Zasnelam.

Nagle obudzilam sie w "srodku" nocy (- zwazywszy, ze poszlismy spac kolo pierwszej, musiala byc pewnie druga badz trzecia). MBM uzywal ubikacji, a ze ta byla przez sciane, to i mnie niechcacy obudzil. Nie przyznalam sie, ze nie spie. Zszedl cichutko na dol. Potem troche drzemalam, ale spac porzadnie nie moglam, bo slyszalam, jak On wzdycha, kreci sie, i ogolnie nie moze zasnac. Zaczelam mimowolnie myslec, ze On z natury msciwy, a na mnie jakos nigdy nie zemscil sie za to, ze odeszlam, i ze teraz mam dziecko z kims innym. Pomyslalam, ze gdyby zemscic sie chcial, to az strach pomyslec... znow przypomnialo mi sie, ze boje sie wariatow... Zasnelam dopiero slyszac Jego pochrapywanie... Snilo mi sie, ze MBM chcial mnie zamordowac.

Nagle obudzilam sie. Bylo wciaz ciemno, ale wyraznie uslyszalam na dole rozpinany suwak torby. Wciaz w polsnie i pod wrazeniem moich nocnych mysli wyobrazilam sobie, ze wyjmuje cos niebezpiecznego z tej torby. Po chwili uslyszalam, ze wstaje z sofy, i zaczyna cichutko isc w kierunku schodow. W nocy wszystko wydaje sie straszniejsze wiec wyobrazilam sobie Bog wie co! Ale zebralam sie na odwage i zapytalam, czy nie moze spac... On na to, ze musi jechac do siebie. Teraz. I zebym nie schodzila na dol - sam siebie wypusci...

Oczywiscie szybciutko sie ubralam i popedzilam na dol. Powiedzial, ze ten sms byl od Jego mamy; wujek, ktory dzien wczesniej mial wylew i byl w szpitalu pewnie umiera, bo nakazala, by natychmiast wracal. Powiedzial, ze nie przeczytal tego sms'a az do tej pory (trudno mi w to bylo uwierzyc - mysle, ze raczej nie chcial mnie budzic i poczekal, az bedzie prawie piata nad ranem). Wlaczylam czajnik, ale powiedzial, ze musi jechac natychmiast, bo chce zdazyc przed rush-hour. Przytulil mnie do swojej juz gotowej do wyjscia piersi, podziekowal za pobyt i obiecal, ze da znac, ze dojechal OK. Faktycznie, za dwadziescia osma rano zadzwonil mowiac, ze juz dojechal, ale nic nadal nie wie...

Z ostatnich doniesien wynika, ze z wujkiem jest OK. Sama powiedz Brittany, czy nie dziwna noc?

poniedziałek, 23 października 2006
Tesknica

Strasznie mi jakos teskno. Powiedziala moze bym, ze to nostalgia, z tym, ze to nie za ojczyzna tesknota... Sama nie wiem za czym. MBM przyjechal i bylo milo. Zjedlismy super-obiad, potem bylo duzo smiechu, a potem film - jak przed laty. Zabraklo mi jego przytulenia w kinie, ale tego nie bylo w planie. Pozniej dziwna noc i nagle rozstanie. Wiele rzeczy niedopowiedzianych. Ale chyba nie chcial, by je dopowiadac. Zreszta fatum temu dopomoglo (w nocy mial wiadomosc, ze musi nagle wracac, bo jego ulubiony wujek, ktory dzien wczesniej mial wylew chyba umieral).

I przeciez (mimo Jego zdziwienia) minelo juz prawie dziesiec lat. Lat, w ciagu ktorych tesknota przyschla. Nauczylismy sie zyc kazde swoim zyciem. I juz pewnie nie umielibysmy zyc razem. Byl u mnie troche ponad 12 godzin, a juz mnie wkurzyl kilkoma rzeczami (zostawianie deski klozetowej z klapa w pozycji "up", gdanie o tym, ze narzeczona Jego brata powinna teraz zaczac bratu pomagac w zarabianiu na zycie - do tej pory studiowala, a teraz chce miec dziecko, etc.). Ale jednak wspomnienia ozyly i trudno je odlozyc znow na dno szuflady serca...

sobota, 21 października 2006
Dorosly jestem!

Ostatnio jakos malo (jak na mnie) spedzam czasu przed kompem. Moze to i dobrze? ;)

W czwartek pojechalam do Londynu po Goscia. Nasiedzial sie biedaczek na LHR, bo autostrada byla jak sie okazalo wczesniej zamknieta, i mimo mojego wrodzonej inteligencji i szybkiego podjecia decyzji o malym objezdzie na niewiele sie to zdalo, bo i od drugiej strony byl korek. Nasiedzialam sie w nim krzyzujac nogi, bo strasznie chcialo mi sie do ubikacji (nr 1 - jakby ktos byl ciekawy), a korek posuwal sie slimaczo. NAwet po korku do najblizszego "krzaczka" mialam 20 mil... w desperacji malo brakowalo, a zatrzymalabym sie przy przenosnym kibelku robot drogowych. ;)

Gosc przyjechal. Do domu dotarlismy pozno, bo przez C. i przez BSU. Ale za to pokazalam Mu Jezyny MM w Cheddar. ;)

W piatek bylam na rozmowie i zostalam ogloszona jednomyslnie Krzeslem. Hmm.

Pozniej w jednej instytucji byla taka rozmowa:

Ja: "Przynioslam xxx. Przy okazji chcialam sie dowiedziec, dlaczego nie mam jeszcze odpowiedzi w sprawie YYY."

Pani z recepcji: "A obywatelka ktorego kraju pani jest?"

Ja: "Jestem Brytyjka"

Pani: "Ooo. Bo mowi pani z akcentem."

Hmm. Cos takiego nie przydarzalo mi sie nigdy przez pierwsze dziesiec lat. No - nie do konca prawda: w moim drugim miesiacu pobytu pewna pani zapytala mnie, czy jestem Angielka. Na moja odpowiedz, ze nie, powiedziala, ze pracy dla mnie nie ma. Wtedy jeszcze nie znalam przepisow, a szkoda... ale to inna bajka. Odkad zjechalo sie tyle osob z Polski, co chwile jestem pytana, czy jestem z Polski, czy przyjechalam tu do pracy, etc. Na akcent nic nie poradze; odkad mam MMZ i mowie w domu po polsku, silny akcent mi wrocil i wszyscy znajomi to zauwazyli. Za to w PL rodzina smieje sie, ze po polsku mowie z obcym akcentem.

Wczoraj tez zawiozlam Goscia i MMZ na urlop nad morze. Wieczorem porozmawialam z MBM i nagle okazalo sie, ze przyjedzie prawdopodobnie wziac mnie do kina. Nie wiem, czy mam sie cieszyc. Troche pocieszam sie, ze ma daleko, wiec moze nie przyjedzie. Z drugiej milo by bylo do kina isc w Jego towarzystwie (zawsze chodzilismy i bylo fajnie). Ale poza tym choc fajnie bedzie Go zobaczyc, to i strach troche... Tym bardziej, ze jesli przyjedzie dzis, to pewnie u mnie zanocuje. Rozsmieszyl mnie przy tym, bo na moj komentarz, ze film ow grany jest tylko bardzo pozno zadeklarowal: "moge byc poza domem tak pozno - dorosly jestem - mamy nie musze sie pytac". Zawsze problem byl z Jego Matka - tj. wtracala nam sie do zycia i wlasciwie w duzym stopniu dzieki jej "pomocy" malzenstwo sie rozpadlo.

Dzisiaj obudzilam sie z potwornym bolem glowy. Wrazenie takie, jakbym tuz za nosem miala na plask (tj. od ucha do ucha) wlozona mala cegle: ciezka, kanciasta i boli... Tak ostatnio zaczynaja sie u mnie migreny. A juz tak dobrze bylo... :(

OK, zabieram sie za prace, bo dzien ucieknie i nic nie zrobie.

poniedziałek, 16 października 2006
Slowo sie rzeklo...

Hmm. Uczynilam ow krok, ktorego tak do konca nie bylam pewna. Znow nadchodzi zmiana w moim zyciu, jest ona jednak duzo mniejsza niz ta zapowiadana. Mam nadzieje, ze dobrze wybralam. Klamka zapadla; dzisiaj juz wszystkich zawiadomilam. Jutro zas bede dzialala aktywniej niz dzisiejsze telefony. Jutro bede jezdzila - czeka mnie okolo 200 mil do zaliczenia w ciagu szesciu godzin. Niby duzo czasu, ale tylko polowa owych mil bedzie na autostradzie. Do tego dochodzi lunch ;) jak rowniez czas na zalatwianie spraw tu i owdzie.

W czwartek spodziewam sie Goscia. W piatek MMZ wyjezdza na krotkie wczasy; chalupa bedzie wolna, wiec moze i party jakies sie przydarzy? ;)

Dzisiaj oprocz podejmowania DECYZJI ratowalam spanikowana A., ktora dostala list od TV Licensing domagajacy sie ponoc zaplaty £1000 kary za brak licencji.

Przygotowywuje sie rowniez do spotkania w piatek w sprawie pomocy lokalnym Polakom, ktorzy niedawno przyjechali, a chca zostac. Wciaz zastanawiam sie, czy starczy mi na to cierpliwosci... - pewnie, ale wkurza mnie, dlaczego niektorzy wszystko (glownie info zwiazane z zasilkami, etc) chca miec przetlumaczone na polski, wszystko na talerzu. Do tego niektorzy tylko patrza, jak wykolowac system... Pamietam jak moj angielski maz mieszkal ze mna przez ponad rok w PL; nikt nie chcial nam pomoc - wszystko musialam dla niego zalatwiac sama; placilam za nauke jezyka polskiego prywatnie. W urzedach byly problemy. Nigdzie nie bylo dla niego pracy, bo nie mowil po polsku... Albo jak ja tutaj przyjechalam na stale - nic nie bylo nigdzie po polsku; to zachecalo/zmuszalo do szybszej nauki angielskiego. Ech, moze to tylko takie przejsciowe-chwilowe z powodu nerwow zwiazanych z DECYZJA???

niedziela, 15 października 2006
Spaaaaaaac!

Dzisiaj po plywaniu postanowilam polaczyc przyjemne z pozytecznym; wykorzystujac ladna jak na pazdziernik pogode i jeczenie Poprzednika o wspolny wypad, jak rowniez moja chec odwiedzenia GIGANT FLEA market i zabrania M. na przejazdzke (wraz z MMZ) oglosilam akcje pt. MYSTERY TOUR. Podroz sie udala; bylam na GFM (bardzo podobalo mi sie staroswieckie biureczko dla MMZ, ale nawet o cene nie pytalam, bo bylo tak ladne, a z solidnego drewna, ze napewno zamykalo sie w setkach funtow...), potem bylismy na obiedzie fundowanym przez M. (!!!). Smiac mi sie chcialo, bo po zaplaceniu slonego jak na niego rachunku rozgadal sie z tylu z MMZ na temat football'u. Poprzednik smial sie, ze taka kuracja finansowa widac dobrze na M. dziala... ;)

Wieczorem, po Mszy sw. w T., zjechalam w drodze powrotnej w okolice wczorajszego kina, i zafundowalam sobie czekoladowego milkshake'a (oj, dawno czegos takiego nie pilam... wrocily wspomnienia z lata 1991r, gdy pilam go po raz pierwszy...).

Za bardzo nie wiem co robic jutro rano; mam dwie opcje: odstawic MMZ na 7:30 do opiekunki, a samej jechac do BSU. i potem probowac zalatwiac sprawy przez komorke... badz odwiezc MMZ na osma, wrocic do domu, wyslac do BSU mail'a z zawiadomieniem, ze daje plame co do przyjazdu na dziewiata w dniu dzisiejszym..., zalatwiac wszystko przez telefon z domu, a potem alternatywnie jechac do BSU pozalatwiac sprawy... Hmm. Chyba poszukam mojej zielonej broszurki o przepisach w BSU i zobacze, co mnie bedzie mniej kosztowac... Szczerze mowiac nawet szukac mi sie nie chce... chce mi sie spaaaaaaaaaac!

 
1 , 2 , 3
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>