Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 21 września 2011
Wreszcie nareszcie!

Wreszcie coś ruszyło jeśli chodzi o korzenie rodzinne...

Rodzinna historią interesuję się od dawna, ale - jak zwykle - brak czasu, a przy tym oddalenie od źródeł, brak kasy i informacji z pierwszej ręki sprawiają, że szukanie Przodków jest procesem powolnym i czasochłonnym.

Przedwczoraj jednak, w nocy dość niespodziewanie (bo szukałam dla dziewczyny z USA przodka z okolic mojego rodzinnego miasteczka) okazało się, że kochana Pani Ewa zindeksowała dość sporo akt i oto sprawy ruszyły do przodu.

W pierwszym rzucie znalazłam nazwisko panieńskie mojej Pra-pra-babci ze strony dziadka matki. To ważne, bo do tej pory znałam tylko pierwsze imię, które dość niespotykane wprawdzie, ale jednak bez nazwiska okazywało się niemożliwym do znalezienia. Nazwisko zaś znalazłam dzięki znalezieniu informacji o małżeństwie Rodziców mojego Dziadka (którego, nb. dzisiaj są 112 urodziny!). Potem znalazłam akt zgonu ojca Prababci i okazało się, że urodził się On w okolicach Trenczyna... na Słowacji! Tego się nie spodziewałam, ale to nie był koniec niespodzianek. Mając nazwisko panieńskie Pra-pra-babci wyszukiwałam dalej za pomocą Internetu (przy braku kasy i z oddali to jedyna metoda, jaka mi pozostaje) i dzięki temu znalazłam świadectwo ślubu mojej Pra-pra-babci! Niesamowite! W dodatku jeśli uda mi sie znaleźć dalsze informacje dotyczące imion i nazwisk z końca XVIII i początku XIXw, to być może znajdę link do nazwisk z początku XVIII - nazwisk i dat, które już posiadam, choć na 100% pewności mieć nie mogę, że to Przodkowie - czas pokaże.

Wracając jednak do Pra-pra-babci... Zachęcona sukcesem z niedzieli wczoraj znów usiadłam do wyszukiwania i nagle okazało się, że trafiłam na Siostrę owej Pra-pra-babci, na Jej Męża (w tym momencie rozwiązałam tym samym zagadkę nazwiska K. w rodzinnych opowiadaniach!), oraz na ich pięcioro dzieci. Ucieszyłam się bardzo, choć jednocześnie i zdziwiłam, bo dzieci owe nazwane były imionami, które również wystąpiły z dziesięć lat później wśród rodzeństwa mojego Dziadka.

Przeczucie mnie nie myliło. Biedna Prababcia Cioteczna... Czworo dzieci zmarło. Nie od razu w dodatku, tylko jak już trochę podrosły. By spotęgować rodzinną tragedię, troje z tych dzieci zmarło w jednym (1890) roku. Były to: dziesięcioletnia Józefa, sześcioletni Feliks i roczna Helenka (siedem lat wcześniej znarła również jednoroczna Helenka...). :(

Chwilowo nie mogę doczytać się co było przyczyną ich śmierci: wszystkie akta z owych czasów pisane są cyrylicą. Przyzwyczaiłam się już trochę do odczytywania ich (choć nie zawsze wszystko rozumiem), ale z tego okresu pismo, którym są zapisane jest wyjątkowo trudno czytelne. :/

Tak więc pozostał jeden Syn: brak o Nim dalszych wzmianek, ale szanse Jego na szczęśliwe życie były dość kiepskie - pochodził z raczej biednej rodziny, a przed Nim były wojny... trudny czas.

Wczoraj siedziałam do drugiej nad ranem. Dziś muszę się trochę przespać, ale wzięlam się za korzenie babci oraz tego Pra-pra-dziadka ze Słowacji... Po nitce do kłębka jak mawiają...

Szkoda, że nasza rodzinna historia nie interesuje mojego Ojca. Ma On zdolności do wyszukiwania informacji to byłby bardzo pomocny. Ale trudno. Przecież nie będę Go zmuszać.



środa, 07 września 2011
Witaj Kolejny Roku Szkolny!

MMZ jutro idzie po raz pierwszy do nowej szkoły. Zostawił za sobą podstawówkę i teraz przyjdą dojazdy. Rano pomogę Mu "złapać" autobus (nie dostał na czas biletu, ale list o przydziale miejsca mamy na szczęście). Do domu będzie musiał dotrzeć autobusem sam. I to Go najbardziej martwi: boi się, czy zdąży się zorientować z którego przystanku ten autobus, i czy wsiądzie na czas i do odpowiedniego pojazdu. ;) Ja wierzę, że sobie poradzi. Bądź co bądź nie będzie jechał sam, a z kolegami z tej samej ulicy (którzy to koledzy również zaczynają naukę w tej szkole i nawet będą w jednej klasie z MMZ). Oprócz tego będą też starsze sąsiadki. Myślę, że będzie dobrze. :)

Za to wkurzyłam się trochę na Małego, bo oczywiście wszystko zostawił na ostatnią chwilę. Mimo moich przypominań, że ma się spakować na jutro, to zabrał się za to po ponownym przypomnieniu i już po czasie na pójście do łóżka. Typowe!

Ja też muszę już się zbierać do spania, bo nie dość, że jutro trzeba MMZ dopilnować z rana, to potem czeka mnie ciężki dzień w pracy. :(

Dobranoc.

sobota, 03 września 2011
Wspominkowo

Och, znów duża przerwa w pisaniu... a życie ucieka i niektóre wspomnienia wraz z nim. :/

Dziś na przykład był piękny dzień (piękny pod względem pogody, ale również i spędzonego czasu): ranek w miarę leniwy, rozmowa z MM, potem śniadanie, spacer do Council celem porozmawiania o przejściu dla pieszych, a jeszcze później bardzo przyjemne popołudnie spędzone z MMZ (najpierw wizyta w Jego banku: pierwszy raz wpłacał osobiście pieniądze sobie na konto, potem pierwszy raz użył własnej karty w bankomacie..., potem małe zakupy, picnic z niepodal stacji - z widokiem na zamek B, wreszcie wizyta w zamku A). W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na działce - wróciłam z torbą wypchaną warzywami, MMZ zaś z T-shirt'em pełnym ogórków. ;)

Wczoraj zaś rano przeżywałam coś w rodzaju Déjà vu choć może nie w tradycyjnym jego pojęciu. Zresztą być może jest i specjalne inne określenie na to, co przeżywałam wewnętrznie... Zaczęło się od mojego wyjścia rankiem do ogródka... Pogoda była ładna, chociaż definitywnie w powietrzu wyczuwa się już jesień. Otworzyłam drzwi, kot wymknął się natychmiast, a ja wyszłam za nim, by wywiesić pranie. I od razu poczułam się dziwnie jakoś - jakby coś miało nastąpić/coś powinno nastąpić/coś powinno się dziać. Długo nie mogłam tego określić, ale wrażenie zostało nawet po moim powrocie do mieszkania. Siedziałam sobie przed komputerem sprawdzając pocztę cały czas z tym wrażeniem gdzieś pod samą skórą. I dopiero po długim czasie zorientowałam się o co chodzi: otóż podświadomie jakoś część mnie przeniosła się do czasów wczesnej młodości. Miałam wrażenie, że wystarczy się odwrócić, a znajdę się w latach późnych 70-tych, bądź wczesnych 80-tych... Wybiegnę na podwórko, spotkam się z Robertem, będę obserwowała nadchodzącą jesień, tęskniła za latem i wakacjami, ale jednocześnie cieszyła się świeżością zeszytów i podręczników, i tym, co nadchodzi... Dopiero gdzieś koło popołudnia uczucie to odeszło. Trochę szkoda. ;)

Przedwczoraj (piszę wczoraj, przedwczoraj, choć mam świadomość, że niedawno minęła północ i zrobił się kolejny dzień do dodania w kalendarzu wspomnień)... wieczorem odprowadzałam MMZ w kierunku dzwonnicy. W pewnym momencie MMZ stwierdził, że czuje spaleniznę. Ja prawie w tym samym momencie przyuważyłam spalony dach budynku. Zdziwiliśmy się niepomiernie, bo nic nam o pożarze nie było wiadomo, a dom od nas o rzut kamieniem... Dopiero potem okazało się, że strych spłonął tego samego dnia z rana. Było dużo straży, ale my nic nie słyszeliśmy. Dziwne to, bo ja zazwyczaj czujnie śpię. Z drugiej strony może nie aż takie dziwne, bo tamtej nocy akurat bardzo kiepsko spałam: poszłam do łóżka późno, potem źle się czułam, koło drugiej w nocy przyjechał sąsiad z córką (wrócili z długich wakacji), o czwartej obudziłam się nadal czując się kiepsko... Może to mnie tłumaczy? ;)

Jeszcze wcześniej był dzień spędzony z T. Zaczęło się od tego, że T. pomylił miasta. ;) Potem oczekiwał nas na głównej ulicy od naszej strony. Pojechaliśmy do B.: zostawiłam Spotty'ego, i udaliśmy się razem na śniadanie (do naszego Secret Place, gdzie zazwyczaj podają popołudniami przepyszne ciasta). Ja z uwagi na kiepskie samopoczucie wcześniej bałam się jeść zbyt dużo, ale pełen zestaw śniadaniowy T. wyglądał smakowicie (następnym razem się skuszę!). ;) Potem był wypad do Y. po pudło na przesyłkę dla MSH, gdzie w owym Y. zastała nas wiadomość, że Spotty jest gotowy, ale że dwie opony do wymiany (dodatkowo). Ech. Jutro jadę na ich wymianę... Co zaś się tyczy pudła - o tym napiszę oddzielną notkę... ;)

Dobranoc.:*

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>