Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 09 września 2009
Lysy i takie tam...

MMZ wlasnie zasypia w cieplutkim lozeczku (wiem, ze cieplutkie, bo mi o tym sam powiedzial). :) Za oknem wlasnie pokazal sie Lysy - wielki, zóltawy, i juz tylko w ciutke wiecej niz w pólpelni... Jak ten czas szybko leci! Tydzien temu byl calkiem okraglutki. Pamietam dobrze, bo towarzyszyl nam przez cala podróz z Polski. Wierzyc mi sie nie chce, ze to juz tydzien jak bylam w Venlo. Czasem mnie to az przeraza, gdy widze, ze czas pedzi jak oszalaly - dopiero czlowiek byl mlodziutki - bawil sie z przyjaciólmi, chodzil do szkoly (wciaz wszystko takie niedalekie), a juz prawie czterdziecha na karku i czas pomyslec o domu starców.... (w sensie oszczedzania i zapisania sie na liste, ewentualnie pozytywnego usposabiania MMZ ku opiece nad matka-staruszka).

Po pracy 20-go pojechalam po P., a potem w okolice Heathrow. Jedyne, co mi na dluzej z tej podrozy zostalo to piekne zachodzace slonce i widok bezradnych - lecz jakze obojetnych na swiat - zwlok golebia u podnóza restauracji... (O tym moze kiedy indziej - moze choc kiedys zdjecie wstawie - chwilowo mam problem, bo brak mi kabla...).

Pokój dostalam wysmienity (519 - polecam!) - nie wiem dlaczego zrobili mi upgrade - czulam sie jak w palacu! Ogladalam startujace noca samoloty, i musialam w pewnej chwili sie usmiechnac, bo w kacie okna zauwazylam ulozonego do snu... golebia. Zrobilam wszystko, by go nie wystraszyc... choc pewnie przyzwyczajony bylo.

Rano lot do WAW, stamtad 174 do Centralnego (tam kupilam bilety na wyjazd niedzielny do Krakowa), i szybka podróz pod Arkadie, gdzie w ostatniej chwili udalo mi sie zdazyc na autobus do nas... MMZ nie mógl sie juz doczekac. Ale wreszcie dojechalam. Po krótkim odpoczynku trzeba bylo sie pakowac na wypad na Poludnie. :)

Rano Rodzice zawiezli nas pod Centralny, a my stamtad Intercity do KRK (bodajze). Hotel troche nas rozczarowal - na zdjeciu wygladal lepiej. Pierwszy dany nam pokój okazal sie nieposprzatany. Drugi - typowy dla PTTK z czasów komunistycznych: meble wprawdzie byly przyzwoite, ale dywan i sciany wytarte, smrodzik w lazience, a widok na parking autokarowy... Za to lokalizacja okazala sie rewelacyjna: bardzo blisko do Rynku, blisko na Wawel i na stacje PKP. :) Obsluga tez byla swietna. Restauracja troche przesadzona (z tych niby bardzo polsko-eleganckich) - malo pasowala do stanu pokoju, a za to droga byla...

Jeszcze tego samego popoludnia zaliczylismy Wita Stwosza, Rynek, Hejnal, spacer na Wawel, Dzwon Zygmunta i Smocza Jame, spacer nad Wisla... bylo ekstra! :) Potem obiado-kolacja w hotelu, spacer po Starówce (mialam wpasc do Andrzeja K., ale pomyslalam sobie, ze tak bez zapowiedzenia - a za to z MMZ, to moze nie...), Brama Florianska, Uniwersytet i pózna Msza u Dominikanów. Bylo ciekawie: wyglaszana z pasja homilia traktowala o tym, ze zony MUSZA byc posluszne mezom, zas owi mezowie POWINNI zonom myc nogi... Stwierdzilam, ze zadowolona jestem, ze meza nie mam... ;) Nogi sama sobie lubie myc... :P

Wrócilismy do hotelu zmeczeni, ale i zadowoleni - oczekujac wyjazdu do Wieliczki nazajutrz (choc mnie troche kusily Tatry - nie bylam tam od chyba 1999r, a bylo je widac z Zamku)...

Po czym noc okazala sie byc upiorna: ledwie MMZ zasnal (dosc pózno) i ja zaczelam przysypiac, odezwaly sie pijackie spiewy i nawolywania na korytarzu. Tak, przeslawi Anglicy zaczynali udawadniac, ze gazety nie przesadzaja. Wrzaski, spiewy, pochody i nawolywania (a bylo owych Anglikow chyba tylko ze trzech badz czterech) trwaly do godziny prawie trzeciej. Wreszcie ucichly, po czym obudzil mnie odglos umierajacego Anglika za sciana tuz przed sama piata... Nie zartuje - jeczal bardzo glosno i przejmujaco przez godzine mniej wiecej tak: Aaaaaaaaaaahhhhggggghhhhhh... (co dawalo wrazenie, ze rzeczywiscie bardzo cierpi - jakby ktos go postrzelil badz nozem moze zranil), od czasu do czasu do jekow dodajac ledwie cieple aczkolwiek dobrze slyszalne: "Hhheeeeeelp meee! I'm dyiiiiiiiinnnnnggggg...."... Ucichl wreszcie - moze umarl? - choc nie sadze, bo gdy pózniej dopytywalam sie, czy owi Anglicy zostaja na dluzej okazalo sie, ze jeszcze noc. W tym momencie nie moge nic zarzucic hotelowi: bez problemow, sami z siebie, przeniesli nas na wyzsze pietro z oknem na inna strone. Tutaj mimo identycznego wyposazenia standard byl wyzszy: drzwi na karte, nie na klucz, a sciany i dywany jak nowe....

cdn.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>