Moje codzienne zycia kawalki...
poniedziałek, 29 września 2008
Downside

Wyjechalismy z opoznieniem, bo z samego rana mgla byla dosc spora. Jeszcze jadac przez Forest School woods zalowalam, ze jestem miedzy samochodami i nie moge zrobic zdjec, bo i las we mgle byl piekny, a i szosa rowniez. Ale nic to. Dotarlismy do Downside Abbey droga nieco okrezna (przelecialam skret, a ze z natury zawsze staram sie nie wracac ta sama droga, to objechalismy przez okolice Shadow'a i nagle znalezlismy sie na przy bazylice)... Co za magiczne miejsce. Najpierw sama wies - byla calkiem pusta. Potem, gdy juz skrecilam miedzy szkolno-zakonne zabudowania ogarnela mnie cisza i calkowite jakby opuszczenie tego miejsca: wszystko pozamykane, wokol ani zywej duszy. Sloneczko przedzieralo sie przez resztki mgly, bylo troche po dwunastej trzydziesci w poludnie. Osmielily mnie stojace gdzieniegdzie samochody (wszystkie cztery), jak rowniez i fakt, ze potezny kosciol byl tuz-tuz; nie musialam przejezdzac przez tereny stricte-szkolne. Zaparkowalam, i wsród tej wielkiej ciszy przeszlismy w kierunku zachodnim kosciola, gdzie z daleka odczytac mozna bylo napis: "Entrance". Po lewej byla bryla swiatyni, po prawej "Private Gardens". Przed nami rowniez "private" - pieknie wystrzyzony trawnik, a w oddali potezny krzyz. Wszystko otoczone zielenia i cisza.

Kosciol okazal sie byc otwarty. Uchylilam drzwi wewnetrzne i przez chwile nie moglam opanowac wzruszenia. Przede mna byla dluga, wysoka acz waska nawa boczna swiatyni, rozswietlona, jednoczesnie jakby przymglona wpadajacymi ukosem promieniami slonca. Zas gdzies w oddali, delikatnie i pieknie spiewali benedyktynscy zakonnicy. Okazalo sie, ze mieli akurat swoje poludniowe modlitwy. Po chwili cala ich grupa, a za nimi garstka osob w "cywilu" wyszla bocznymi drzwiami, a my zostalismy w pustym, pieknym kosciele. P. poszedl ogladac wyposazenie, MMZ poczatkowo byl ze mna, ale potem udal sie na poszukiwania P., bo tez chcial poogladac. Ja zas calkowicie oczarowana pieknem architektury swiatyni i wpadajacych tam promieni slonecznych, i dzwoniaca w uszach cisza, napawalam sie tym niespodziewanym prezentem i stwierdzalam w myslach, ze moglabym tak siedziec bardzo dlugo - prawdziwa cisza, spokoj, i ta atmosfera. W takich momentach zaluje, ze kiedys zawrocilam z raz obranej drogi. Ale wiem, ze tak juz zwykle jest, ze myslimy, ze po drugiej stronie jest zielensza trawa... Coz, wielbilam Boga za te chwile kontemplacji jeszcze dlugo po tym, jak juz jechalam przez Shepton i Wells na obiad.

Obiad okazal sie byc wysmienity. Tuz przed moja "kolejka" przyniesiono olbrzymi kawal soczystej i "chudziutkiej" wolowiny, ktory rozplywal sie w ustach. Obrazu dopelnily moje ulubione warzywka - kolorow bylo duzo, a wszystko ugotowane tak, ze samo marzenie... :) Wszyscy zjedlismy co bylo podane (ze mnie sie nawet smieli, ze wyskrobalam talerz nawet z resztek sosu), a potem Panowie poszli ogladac zwierzatka. O dziwo dzisiaj bylo wszystko - od dumbo rats, przez fancy mice, po shrimps, ze o tarantulach, ptaszkach czy gadach nie wspomne. Zabawe MMZ zakonczyl zdobyciem "Jolly Roger"a oraz krotka przejazdzka 4x4.

Wieczorem skoczylismy do naszego kosciolka. Smialam sie troche z MMZ, bo zapomnial zmienic spodnie i pojechal w takch na 3/4. Dali Mu albe ciut za kolana, i wygladal jakby w sukience byl (takiej z podbiciem, bo alba konczyla sie tam gdzie i spodnie). LOL

MMZ juz od dwoch godzin spi. Teraz czas na mnie. Dobranoc. :)

niedziela, 28 września 2008
Drogo

Wczoraj pod wieczor bylismy z MMZ na fair. Pogoda od dwoch-trzech dni jest przepiekna; rano mgly, potem bardzo ciepla, sloneczna aura, wieczorami pomaranczowo-fioletowe zachody - takie, jakie lubie. Wracajac z wesolego miasteczka przechodzilismy kolo szkoly MMZ. Pomiedzy nami, a zachodzacym wlasnie sloncem stal nieruchomo rozlozysty klon. Jest to olbrzymie drzewo. Moze nie az tak wysokie, jak klony, ktore pamietam z parku w Nowiaku... ale za to z galeziami, ktore opadajac nisko zdaja sie byc rozciagniete w ponadmiarowym okregu. Przez korone zielonego wciaz drzewa przeswiecaly tu i owdzie zlociste blyski, zas od samego slonca lal sie wprost w naszym kierunku delikatny zlocisto-pomaranczowy blask. Zas w przerwie miedzy trawa, a koncami galezi plasaly gromadnie roznego rodzaju owady - wsrod ktorych wyroznialy sie glownie komary (na szczescie wcale nami niezainteresowane). Widok byl niesamowity, i zalowalam, ze nie mialam aparatu, by go utrwalic.

Dzis rano powital nas chlodny i mokry od mgly dzien. Wyjechalismy kolo 10-tej w kierunku Exeter. Tam, w naszej ulubionej restauracji zjedlismy pyszny lunch. W miedzyczasie wyszlo sloneczko i zaczelo niezle przygrzewac... Z Exeter udalismy sie do Castle Drogo. Bylo pieknie - idealna pogoda, wspaniale widoki, ciekawy w swej konstrukcji dom (nb. ostatni zbudowany w Anglii zamek). Ponizej widac tylko czesc zamku (ktory - patrzac na calosc - jest realizacja jedynie 1/3-ciej wszystkich planow budowlanych... Troche szkoda) - ale naprawde warto go odwiedzic. Szczegolnie zas przemowilo do mnie to, ze w kalendarz w pokoju fundatora ustawiony byla na urodziny mojego ukochanego Dziadka (data w 1899r), przy czym okazalo sie, ze dziadek urodzil sie podobnie jak i ja, i Jego Syn - we srode!). :)

Z zalem wyjezdzalismy stamtad, ale czekala nas jeszcze jedna atrakcja: dzis jest ostatni dzien Fair. MMZ odwazyl sie i zaliczyl nie tylko Big Wheel, ale i Wild Mouse. P. zagubil sie na dosc dlugo w szklanym labiryncie. Mnie rozbolaly nogi.

Jutro tez jeszcze zamierzam gdzies wyskoczyc - badz co badz mamy resztki zlotej jesieni... :)

czwartek, 25 września 2008
Tuz przed snem

Przesiedzielismy dzisiaj dzien w domu (no, z malym wypadem do miasta - bank, poczta, sklep): MMZ troche niezdrowy, a ja znow przy Nim nie potrafie w domu pracowac. Zreszta nadganial zalegle lekcje z polskiego, wiec i odejsc od Niego za bardzo nie moglam, bo co chwila bylo: "mama, a to? czy dobrze czytam? co to znaczy?" etc. W kazdym razie posmialismy sie zdrowo kilkanascie razy (uwielbiam Jego poczucie humoru), zdazylismy sie poklocic i pogodzic tez ze dwa razy, wiekszosc lekcji zostala nadgoniona, ale moja praca lezy i kwiczy! Grrr! Jutro zas nie bedzie czasu: najpierw wyklady, potem szukanie zajec dodatkowych, a jeszcze pozniej do college'u uczyc. Piatek zas jest taki krociutki!

Dzisiaj MSH wrocila do domu z Z. :) MMZ ciagle sie o Z. dopytuje; ciesze sie z tego bardzo.

Tak sobie zastanawiam sie nad tym, jak czasami intencje jednej osoby moga byc zupelnie inaczej odebrane przez druga. I faktycznie, niejeden raz w zyciu mi sie to przydarzylo. Glupio troche; moze nie powinnam wcale sie odzywac, a swoje przemyslenia czy "natchnienia" zostawiac dla siebie? Sama juz nie wiem. Ech, pozostaje jedno - i moze to wlasnie jest najlepsze. :)

Zmieniajac calkiem temat: P. napisal dzisiaj, ze bierze Spotty'ego na badania i jak w poniedzialek wszystko bedzie dobrze, to oddam Macieja, a zaczne jezdzic Spotty'm. Biedny Maciek - tak mi go zal. Ale glowa muru nie przebije. :/ Niestety, Spotty'ego od poczatku nie lubie i lubic pewnie juz nie bede.... Za to dzwonili dzisiaj z AA i ponoc lada dzien mi odpowiedza co do zwrotu kosztow - nie wiem ile tego bedzie, ale dobre cokolwiek. :)

Do konca tygodnia nie moge mowic "it's not fair!" i o dziwo dzisiaj spotkalam John'a - w tym samym miejscu co rok temu! Usmialam sie zdrowo z jego zdziwienia MMZem, a potem jeszcze, jak powiedzielismy mu o zaadoptowaniu do naszego codziennego slownictwa jego ulubionego wyrazenia.... :) LOL

Dochodzi pierwsza w nocy. Powinnam juz spac, bo rano znow bede zmuszac sie do wstania... ech. W takim razie mowie dobranoc. :)

 

poniedziałek, 22 września 2008
Niedzielny turniej

MMZ dzisiaj (a raczej juz wczoraj...):

sobota, 20 września 2008
Jestem ciocia!

Nareszcie! Jestem ciocia! :)

Tj. ciocia bywalam juz poprzednio, ale taka "cioteczna" ciocia. Teraz jestem porzadna ciotka w pierwszej linii. ;)

I to jeszcze w jak szczegolnym dniu! MSZ (? - czy tam mam Maluszka zapisywac??) urodzila sie dokladnie w 109-ta rocznice urodzin mojego ukochanego Dziadka (ktory niestety zmarl w tym samym roku, w ktorym pozniej urodzila sie MSH - Mama MSZ)!

Gratulacje dla Mlodych Rodzicow i Dziadkow! :*

Teraz ide sie wyspac - dosc tych wrazen! MMZ od kilku godzin spi, i zapewne wstanie z samego rana.

ps. Searover, myslami jestem rowniez z Twoim Tata. Mam nadzieje, ze wszystko OK.

środa, 17 września 2008
U Bosmana...

U Bosmana niby nic sie nie dzieje.... u mnie wrecz przeciwnie: powinno sie dziac duzo, a jakos zmotywowac sie do pracy nie moge. Tyje. Mysle, ze powinnam robic (... tutaj nastepuje dluuuuga lista spraw do zrobienia). Po czym dzien przelatuje, a ja spraw do przodu prawie wcale nie ruszylam.

Dzisiaj wstalam jakas taka nie-do-zycia... Podstawa szyi i lewa lopatka bolaly mnie nie pozwalajac na zbytnia ruchliwosc. Wczoraj znow nie wyspalam sie przez nerke. Ech! Zaczynam zastanawiac sie, czy winny nie jest materac. Ale na zdrowy rozum nie on powinien byc przyczyna, bo jest nowy (no, ma ze 4 m-ce): odpowiednio nabity i duzo lepszy od starego.

MMZ rano skarzyl sie na ból gardla i zatkany nos. Wrócil ze szkoly z podpuchnietymi oczyma i ogólnie mizernym wygladem. Kurcze! Rok szkolny dopiero sie zaczyna, a on co? Szwankowac mi zamierza? Ale rutinacey zapomnialam Mu dac i teraz sie martwie troche...

Bola mnie plecy. Dzis pod ta lewa lopatka tak mnie momentami ból chwytal, ze lapalam sie za serce myslac, ze to moze zawal. LOL. Nie ma tak latwo! Nerwoból pewnie, i nic innego. Moze powinnam pójsc rozgrzac sie w goracej wodzie?

Godzina na mnie wczesna jeszcze. Mam prace domowa do odrobienia na rano (tak, tak - caly tydzien odkladalam... - ale wyrobie sie, nawet gdybym rano miala sie do niej zabrac - latwa jest i malo!). :D

AB dzwonila. Drugi juz dzisiaj raz pogadalysmy sobie dosc dlugo. :) Wczesniej dzwonila Veronka, a potem Dave - moj student od polskiego (z Nim tez pogadalam sobie dluuugo). :) Przez rozmowa z AB zadzwonil telefon, i gdy odebralam swoim zwyczajowym "hello" uslyszalam cieply, ale chyba znacznie ode mnie mlodszy glos: "hi, it's dad"... W pierwszej chwili mialam pokuse odpowiedziec "oh, hello daddy - it's so good to hear you!" - lub czyms w tym rodzaju, ale grzecznie sprostowalam, ze to jednak pomylka.  :P 

Czy ja juz wspominalam, ze od poprzedniej soboty w SW jest Christmas??? Tak, tak... zaczelo sie! Niestety. Nawet MMZ stwierdzil sam z siebie, ze to glupota, i ze zanim dotrzemy do grudnia, to Mu sie juz swieta znudza...

I tym optymistycznym akcentem powiem na dzisiaj dobranoc....

 

 
1 , 2
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>