Moje codzienne zycia kawalki...
niedziela, 23 września 2007
Droga powrotna - D/NL

Kurcze, ostatnio wcale nie mam czasu na bloga... Szkoda mi strasznie, bo bardzo duzo sie dzieje, a potem jak przeleci, to nic z tego nie zostanie. Bede sie chyba zmuszac do regularnego pisania, bo naprawde chcialabym miec chociaz pamiatke po tych zakreconych dniach...

Ale po kolei; dzisiaj bedzie o kolejnej czesci drogi powrotnej...

Rano wstalismy dosc wczesnie, i po sniadaniu typowo niemieckim udalismy sie w dalsza droge. Do czasu dotarcia w rejony Magdeburg'a nic sie az tak ciekawego nie dzialo: sporo samochodow, troche przelotnego deszczu... No, moze za wyjatkiem tego, ze mijajac skrzyzowanie z autostrada do Szczecina pomyslalam sobie (jak i w drodze samochodem do PL) wlasnie o D - Szczecin tylko i wylacznie z Nim mi sie kojarzy (nikogo tam nigdy nie znalam, i innych powiazan ze Szczecinem raczej nie mam). :D

Za to gdzies tak od polowy drogi miedzy Berlinem (tj. jego obwodnica), a Magdeburgiem MMZ opetalo szalenstwo. Przez to szalenstwo wlasnie zatrzymywalismy sie praktycznie na kazdym wiekszym parkingu - chodzilo zas o kielich niby-tulipana... wiecej na ten temat jak wreszcie wgram zdjecia (co moze troche potrwac, bo wciaz nie mam wlasciwego do tego programu na tym kompie)... W kazdym razie owe postoje opoznily nasza jazde, ale za to zaowocowaly pyszna bigosowa kapusta z wielka porcja wieprzowiny, oraz dwoma zdziwionymi dziadkami gdzies juz za Hannoverem...

Pozniej za to zaczely sie mega-korki: najpierw jakies roboty drogowe pod gore i w dol (w tym samym miejscu stalismy w drodze do Polski), a potem byl juz wieczny korek cala droge do Gelsenkirchen (chyba tak to sie pisze) - w towarzystwie morza niebieskich flag, i calej masy fanow futbolu: widocznie druzyna Schalke04 miala grac tego dnia (choc pewna nie jestem, bo byl to piatek!). Po minieciu stadionu korek minal jak reka odjal. Potem juz tylko minelismy BOT, i w niedlugim czasie jechalismy w strone niemiecko-holenderskiej granicy. Zaszokowana bylam jak dlugo ta podroz przez terytorium Niemiec trwala: praktycznie dziesiec godzin, a przeciez wyjechalam jak na nas bardzo wczesnie...

Wreszcie jednak udalo nam sie dotrzec w okolice naszego znajomego juz hotelu: tutaj czekala na nas niespodzianka - po uliczkach jezdzily pojazdy konne...

Bart czekal na nas w drzwiach - przez chwile mialam wrazenie, ze nas nie wpusci (rozmawial trzymajac nas na progu!) - ale potem okazalo sie, ze pokoj na nas czeka. Udalismy sie do niego z bagazami, i MMZ dokonal natychmiastowej inspekcji lazienki. Zobaczywszy, ze brak jest maty w wannie, chcial momentalnie leciec z pretensja do recepcji, ale udalo mi sie to Mu wyperswadowac - zamiast pretensji zglosil tylko asertywne zadanie... ;)

Noc przebiegla bez niespodzianek, a wlasciwie z jedna wielka - teraz tez nocowali Dunczycy, ale wcale ich nie bylo slychac! Rano wyjechalismy kolo dziesiatej - prawie rowno z autokarem tych ostatnich... Przed wyjazdem czekala na nas mila niespodzianka; Bart znow nie wzial pieniedzy. :) Jeszcze tylko zatankowalismy na najblizszej stacji, i ruszylismy w strone granicy belgijskiej...

czwartek, 13 września 2007
Droga powrotna - PL/D

Pobyt w PL choc bardzo krotki to byl udany. :) Wprawdzie najpierw przez pol dnia probowalam odsypiac (probowalam, bo MMZ co pol godziny sie zjawial "sie przytulic" i budzil mnie natychmiastowo)... ale nacieszylam sie Rodzinka jeszcze przez chwile, odebralam Macka, ostatniego dnia bylam w lesie z MM, MSH, MZZ i CiociaH (szkoda tylko, ze grzybow jeszcze nie bylo, a las byl jakis malo nastrojowy), wczesniej zas bylam w W-wie z MMZ w Muzeum Powstania...

W dzien wyjazdu planowalam wyruszyc ok. 10-tej rano, ale sie nie udalo (dzien wczesniej siedzielismy do bardzo poznej nocy ogladajac cala Rodzinka kasete z Komunii MSH! - wszyscy sie dziwili, ze ja jak patyk swego czasu chuda bylam..., SS mnie publicznie dwa razy pocalowal, zas wsrod zaproszonych byla m.in. SP CiociaD). Alez sie ten swiat zmienil w ciagu (niecalych) ostatnich 20-stu lat... Wracajac jednak do wyjazdu: kolo wczesnego popoludnia pojechalysmy z MM i MSH do K. w Nowiaku - ja zrobilam sobie zakupy (jak sie potem okazalo One tez mi zakupy zrobily, i przemycily je do bagaznika, jak sie pakowalam! - w domu w Anglii az mi lzy w oczach stanely na widok kupionych dla mnie (bo MMZ nie moze) batonikow - a przeciez caly czas na mnie jada, ze gruba od slodyczy sie robie!... W kazdym razie przypomniala mi sie taka chwila z poznego dziecinstwa, kiedy to w wieku mniej-wiecej 11-stu lat jechalam na obchody 25-go Jubileuszu Kaplanstwa mojego teraz juz SP. WujkaZ., i choc jechalam w pociagu nocnym z dalsza rodzinka, to jednak po raz pierwszy bylam "sama" tak bardzo daleko od Rodzicow... - to bylo w nocy (wszyscy wokol spali): ja otworzylam plecak i zaraz na wierzchu znalazlam cukierki zapakowane mi - jak zgadywalam - przez MM. Lzy mi w oczach przy tej niespodziance stanely, i nagle strasznie za Nia zatesknilam... I tak bylo i teraz....)

Wyjechac udalo mi sie dopiero po 16-tej (ok.16:15); dodatkowym utrudnieniem byla zaloga robotnikow, ktorej akurat tego popoludnia zachcialo sie poprawiac dopiero co naprawiana droge wyjazdowa... Ale MT wszystko zalatwil i zrobili dla mnie miejsce na wyjazd... przy plocie. Jeszcze ostatnie spojrzenie na dom Rodzicow i MSH, na Sunie (ktora wyglada jak popiesek mojego Sprocket'a - ma taki sam wzrok, ksztal ciala - choc jest duzo wieksza, i idealnie takie same klaki na grzbiecie!), i pojechalismy. Gdzies tak do Sochaczewa (a tym razem jechalam przez Blonie) strasznie ciezko bylo odjezdzac. Od Sochaczewa zaczela sie tragiczna nawierzchnia (akurat jest remont drogi) i przy bardzo duzym ruchu osiagalo sie predkosc ok. 10km/h. Totez nie bylo juz czasu na rozmyslanie, a trzeba sie bylo zajac ostrozna jazda... Pozniej juz, od Lowicza, poszlo w strone Lodzi latwiej. Wyjechalismy na autostrade, i do okolic Poznania bylo OK. Potem popsula sie pogoda (siapil deszcz) i zrobilo sie ciemno. Juz za Poznaniem bylam pewna, ze do 22-giej (kiedy to hotel niemiecki zamykal check-in) sie nie wyrobie. Zadzwonilam do nich, by zapytac do ktorej mnie przyjma. Slabo mowiacy po angielsku chlopak dal mi numer telefonu, pod ktory mialam w nocy dzwonic zajechawszy pod hotel - obiecal, ze mi otworza.

Zblizajac sie do granicy dosc mialam nerwow, czy do hotelu dojade przed polnoca i postanowilam machnac reka na oplacony juz hotel i przenocowac w polskim (tym bardziej, ze parking mial chroniony). Hotel byl niczego sobie, ale okazalo sie, ze nie ma w nim (ani ponoc zadnym do granicy) miejsc... Poddalam sie i zaryzykowalam jazde do hotelu niemieckiego. Zalowalam tylko, ze poskapilam na hotel i zarezerowowalam zamiast tego wyprobowanego jakis inny (zamiast wielkiej Ramady zarezerwowalam cos w stylu Witaszka)...

Jeszcze przed granica dobralam paliwa, wydalam ostatnie zlotowki, i po chwili bylismy w Niemczech. W oczach stala mi mapa widziana na stronie internetowej. Zjechalam w autostrady w odpowiednim miejscu. I nagle zdziwienie: okazalo sie, ze droga, w ktora mialam wg tej mapy skrecic, to wiadukt nad szosa, ktora jechalam... Udalo mi sie zajechac na owo osiedle od calkiem innej strony (ciagle powtarzam, ze ma sie ten ptasi mozdzek...). ;) Troche czasu poswiecilam szukajac owego hoteliku, bo niby dojazd wg znaku mial byc prosty: 400m po lewej (od znaku), ale dzielnica byla spokojna, rezydencyjna, i hotelu nigdzie ani widu... wciaz siapil deszcz. Zdeterminowana, bo dochodzila polnoc, pojechalam dalej niz owe 400metrow, i bingo! Byl. Zaparkowalam, wyjelam komorke, i zaczelam wybierac ow "nocny" numer (na parkingu bylo bardzo ciemno). W tym samym czasie zobaczylam jakiegos faceta, ktory wyszedl zza rogu, przeszedl mi przed maska i wzdluz budynku, patrzac na mnie, ale nie zatrzymujac sie. Dopiero po chwili wrocil i okazalo sie, ze czeka na nas. Nie mowil prawie wcale po angielsku. Na szczescie chociaz ja nie mowie po niemiecku, to jednak sporo rozumiem. Dogadalismy sie jakos. Zgrzytem jednak byl fakt, ze mimo mojej rezerwacji internetowej z jednoczesnym podaniem numeru karty, okazalo sie, ze placic mam gotowka (on przyjmuje tylko karty niemieckie!). Oddalam wiec wiekszosc moich paliwowych euros i poszlismy z MMZ spac do pokoju na drugim pietrze, ktory mial robic chyba za lesniczkowe: na scianach byly pola i plotek, na suficie niebo, a nad glowami wisialy nam czachy sarenek i dwie skory z dzikow... I tak zakonczyl sie naszej powrotnej podrozy dzien pierwszy...

niedziela, 09 września 2007
Skarcona pisze w skrocie

Dostalo mi sie od Britki, totez juz ze skrucha nadrabiam... Poniewaz jednak jak zwykle brak mi czasu, to bedzie w duzym skrocie

Podroz po MMZ:

1. Wyjechalam z domu kolo 2-giej nad ranem. Pojechalam po P., z nim wrocilam do B., zlapalam NatEx. Autobus ruszyl o siedem minut przed czasem, i juz po pol godzinie okazalo sie, ze nie zabral sporej grupy pasazerow z T. (przystanek wczesniej przed moim). W rezultacie musielismy czekac kolo Chippenham na Services, by taksowki z T. dowiozly owych zostawionych... Wkurzajace to bylo dla mnie, bo do 3-ciej wcale nie spalam, a juz o 5:30 mialam byc na LHR. W planie mialam przespanie sie po drodze (zwykle autobus jedzie jednym ciagiem); a tu malo, ze mielismy czekac, to i kierowcy komorka dzwonila co piec minut (sygnal chyba nastawiony byl na "loud"), a siedzacy obok mnie (z obu stron i za mna) Polacy nawijali glosno bez zadnego milosierdzia dla innych pasazerow. Okazalo sie rowniez, ze jeden z kierowcow prawie nie mowi po angielsku (podejrzewam, ze rowniez byl Polakiem). Kiedy wreszcie wyjechalismy z 40-sto minutowym poslizgiem z parkingu praktycznie nie dawalo sie usnac (sasiedzi wciaz glosowali). Kiedy zdrzemnelam sie na dziesiec minut (miedzy A34, a dojazdem do West Reading) obudzilo mnie ostre chybniecie autokaru - mlodszy kierowca spal, a starszy (kierujacy) chyba zaczynal przysypiac. Wiedzialam, ze juz nie usne (jestem strasznym pasazerem, gdy nie ufam kierowcy). W okolicach East Reading komorka prowadzacego znow sie glosno rozdzwonila; dwukrotnie kierowca odbieral, i raczej nie bylo to "hands free".

Dojechawszy na LHR Central Station okazalo sie, ze w punkcie informacyjnym NatEx nie wiedza, jak poswiadczyc opoznienie! Na szczescie udalo mi sie przejsc przez odprawe na czas. Potem jeszcze byla tylko przygoda juz w gate: siedzielismy czekajac na opozniony samolot juz ponad pol godziny, gdy stwierdzilam, ze dobrze byloby udac sie przed lotem do toalety. Pomysl zostal zaaprobowany przez obsluge naziemna, po czym okazalo sie, ze najblizsza toaleta jest po drugiej stronie terminalu! Co przezylam, to moje! Wrocilam w sama pore. I tutaj okazalo sie, ze samolot jest naprawiany: pod skrzydlem stala drabina, na niej mechanik, ktory energicznie dokrecal cos srubokretem. Hmm. Nie przepadam za lataniem, choc podrozuje samolotami dosc czesto. Jednak widok mechanikow, a potem dodatkowo komunikat pilotki (!!!) nie nastawily mnie pozytywnie do lotu. ;)

Wyladowalam jednak szczesliwie, i wystarczylo jeszcze tylko odebral bagaz na nowy Terminalu (co trwalo wieki cale), i znalezc MT z MMZ (ktorzy mieli mnie witac, a w rezultacie w momencie, gdy wyszlam... byli w toalecie), i juz jechalam w strone KB.

(no ladnie, rozpisalam sie i nie wiem teraz kiedy c.d.n....)

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>