Moje codzienne zycia kawalki...
wtorek, 16 sierpnia 2011
Działka

Tydzień mnie nie było na działce (czasu nie miałam). Zrobił się taki gąszcz, że chyba będę musiała posiłki wzywać do odchwaszczania! Zresztą nie tylko chwasty porosły. Słoneczniki na przykład mam dwu-i-pół-metrowe! Trochę próbowałam to wszystko uporządkować i choć zamierzałam być tam tylko z godzinkę (dla zebrania plonó), to wróciłam pod prawie dwóch godzinach. Ale za to wróciłam z kilkoma zdjęciami (dołożę później), skrzynką fasoli, garścią innej fasolki, sporym kopczykiem grochu, truskawkami, ogórkami, pomidorkami, buraczkami, koperkiem, dwoma rodzajami sałaty i pierwszą własną kalarepką! Mogłam jeszcze i innych rzeczy nawieżć, ale już mi się nie mieściło (zresztą czas gonił, bo chciałam Jackie złapać przed zamknięciem biura - co i tak mi się nie udało).

Teraz będę próbowała ogarnąć trochę temat pracy zaliczeniowej, więc o natchnienie proszę! ;)

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Zmiana pogody

Wczoraj wpadliśmy niespodziewanie do AG. Tuż przed naszym wyjazdem G. prorokował zmianę pogody na gorszą (było słonecznie, acz niezbyt gorąco i bardzo wietrznie).

Słońce jednak zaszło bezchmurnie, księżyc w pełni świecił w nocy jak wściekły i widno było prawie jak w dzień. Ranek zastał nas słoneczny. Ucieszyłam się, bo MMZ wyjeżdżał na kolejny obóz, a że ma przeżyć przygodę z przyrodą (budowanie szałasu, spanie pod gołym niebem) to pogoda była ważna. Tym bardziej, że jak już pisałam coś zaczynał mi chorować w sobotę...

Wyjechaliśmy przed 11-stą rano i całą drogę było w miarę słonecznie, choć z chmurami. Za to gdy wreszcie dojechaliśmy do B. okazało się, że zaczyna kropić. Poprawiło się jednak w dalszej drodze i gdy zostawiałam MMZ na miejscu było już OK. Jeszcze dwa słowa z C. (przy czym okazało się, że wszystko co przypadkiem wożę w bagażniku może mieć swoje zastosowanie! LOL) i ruszyłam w drogę powrotną.

Chciało mi się pić, a że było już po porze lunch'u zdecydowałam się na posiłek w B. Trochę to trwało, bo mój bardzo smaczny jacket potato with cheese and salad okazał się kryć w sobie niezamierzoną niespodziankę. Otóż byłam już na półmetku posiłku, gdy na jednym z liści surówki zauważyłam coś jakby jajeczka (przypominały jajeczka składane przez stonkę, ale były białawe). W momencie kiedy spokojnie odkładałam ów listek na brzeg talerza ze środka mojej surówki dziarsko wymaszerowała przepiękna biedronka. Teraz żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia na pamiątkę, ale ponieważ byłam w klimatyzowanej restauracji nie miałam możliwości wypuszczenia jej na zewnątrz, więc popędziłam do kuchni z prośbą, by jej nie zabijali i wypuścili. Oczywiście zostałam przeproszona i dostałam świeży posiłek - większy niż za pierwszym razem (ot, i moje uważanie na ilość jedzonego pożywienia wzięło w przysłowiowy łeb: potrzeba zostawienia pustego talerza była silniejsza). Gdy wreszcie skończyłam jeść, a przy okazji zrobiłam małe zakupy (przeciągnięte dodatkowo czekaniem na realizację recepty) zrobiło się dość późno i... co się okazało na zewnątrz... bardzo pochmurnie. Mało tego, w chwilę po tym jak wsiadłam do samochodu zaczął padać deszcz... I pada nadal. I ma padać przez cały tydzień (on and off): biedny MMZ.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>