Moje codzienne zycia kawalki...
wtorek, 18 sierpnia 2009
Zyje, ale...

... nie mam kiedy pisac, niestety. :/

 

* * *

RAC wtedy wlasnie przyjechalo i kolo wymienilo (choc nie bylo to RAC, a jakis subcontractor z Bristol).

* * *

Czas w UK przelecial szybko i niestety pod znakiem MPM (jakas taka trudna do opanowania tesknica mnie wziela, ale przezylam i opanowalam). W miedzyczasie bylam z P. ogladac nowszy zamek (nawet OK bylo). Za to 4-go sierpnia poznym wieczorem pojechalam pod Heathrow, ale luksusem nie zdazylam sie nacieszyc, bo po niecalych czterech godzinach trzeba bylo wstawac i leciec do Polski niespodzianke Dziecku zrobic. Dolecialam (nawet zywe "cargo" mialam ze soba!) Przebylam Warszawe z plecakiem i waliza, po czym udalo mi sie zlapac minibus'a jadacego wprawdzie calkiem gdzie indziej, ale po odpowiedniej stronie rzeki (ku mojemu zdziwieniu!). Wysiadlam na rogatkach zdeterminowana, ze jakby co to dojde pieszo - w koncu daleko nie jest... Jednak po kilku krokach doszlam do wniosku, ze: primo: waliza po piaszczystym poboczu, ktore zaczyna sie tuz na krawedzi pasa i jest bardzo waskie jechac jednak nie chce i, secundo, ruch na trasie nie taki jaki pamietam z konca lat osiemdziesiatych... (a wspominac jest co, bo wlasnie na tym przystanku kiedys mi Ursus swiatlami machal...).

Udalo mi sie dotrzec do przystanku i postanowilam, ze choc zal mi czasu, to dalej na krok sie nie rusze. Czekac trzeba bylo godzinke, ale przyjemnie mi sie czekalo - wial delikatny wietrzyk, bylo cieplawo, ale nie upalnie. Zyc, nie umierac. W miedzyczasie zaobserwowalam jakas nielegalna transakcje miedzy samochodem osobowym, a ciezarowka (obie na numerach lokalnych - miastowych). Mialam zdjec porobic dla zgrywu, ale pomyslalam, ze moze panowie nie beda miec poczucia humoru...

Smieszniejsze jednak bylo to, gdy nagle katem oka wylowilam wlasnie mnie mijajacego MT z MM (jechali w przeciwnym kierunku). Udalo mi sie machnac i zlapac spojrzenie MT, ale potem On twierdzil, ze zatrzymal sie tylko dlatego, ze MM powiedziala, ze powinien, bo to moge byc ja... MM natomiast twierdzila, ze zatrzymal sie, bo jakas sporo mlodsza kobieta machala... ;) LOL

MMZ przezyl chyba szok, bo zaniemowil uszczesliwiony na dobrych kilka chwil.

Czas nam minal szybciutko; bylam w MMZ w Wwie na caly dzien i zaliczylismy i Muzeum Techniki, i znow Taras Widokowy (lacznie z ciekawa tym razem interaktywna wystawa), i po japonsku pogadalismy (MMZ zjadl nawet japonskiego cukierka o normalnym rozmiarze i o smaku soku brzoskwiniowego; ja powspominalam zakupy z MPM w New Malden przed laty...). Potem Starowka, Nowy Swiat (znow Barbakan, ale tym razem mnie wkurzyli - czekalismy wieki cale, MMZ sie wybrudzil jakims smarem, a w dodatku moje pierogi przyszly w polowie stare, i z cialem obcym! Juz zapowiedzialam im, ze nastepnym razem pojdziemy - tj. ja i MMZ, a nie ja i oni i MMZ - do Zapiecka...). Potem jeszcze bylo branie udzialu w imprezie zwiazanej z Powstaniem Warszawskim (glownie polegalo to - jesli o mnie chodzi - na tupaniu spowrotem pod Zamek...), a cala impreze zakonczylismy przejazdzka ryksza az pod Intraco. :)) Fajnie bylo.

Potem jednak przyszedl czas powrotu do domu. Mlodzi odwiezli mnie z dobrego serca na Miodowa, a ja potem przez Park pod Aresenal, i dalej metrem, i znow 175 na dworzec. Samolot znow byl zapakowany po brzegi - ze mna leciala w miare OK dziewczyna od trzech lat mieszkajaca w Londynie, i jakis taka dziwna osoba plci zenskiej ponoc z Meksyku (choc Polka). W kazdym razie ta od okna z Meksyku zapytala przechodzaca brytyjska stewardese: "czy moge dostac troche herbaty?" Stewa nie zrozumiala i zapytala po angielsku, w czym moze pomoc. Ja - jak to ja - rzucilam sie z oferta, ze chetnie przetlumacze, po czym ta z Meksyku z pretensja w glosie zazadala po angielsku (bez zadnej trudnosci), by stewa odpowiedziala jej, czy umie mowic po polsku. Stewa z usmiechem (dziwilam sie, ze jeszcze sie usmiecha, bo juz czulam, ze to prowokacja, a naprawde obsluga pokladowa miala co robic - byl to dluuuugi Airbus, a dziewczyn tylko chyba trzy czy cztery na calosc); tak wiec z usmiechem odpowiedziala, ze nie umie, niestety. Meksykanka sucho i z wielkim naburmuszeniem zadala kolejne pytanie: "czy moze wiedziec, dlaczego nie?!?" Stewa z cierpliwoscia aniola odrzekla, ze lata codziennie na roznych trasach i nie jest w stanie mowic kazdym jezykiem. Lala od okna nie wygladala na przekonana, a wrecz przeciwnie - wygladala na smiertelnie obrazona. Cóz. Automatycznie pomyslalam o MSH.

Przed ladowaniem mielismy jeszcze jedna rozrywke. Siedzialam w przedostatnim rzedzie, zaraz z brzegu, i przez chwile obserwowalam, jak jakis Azjata (mniej wiecej w moim wieku, a moze troche mlodszy) probuje dojsc do toalety. Stal jednak cierpliwie kawalek do przodu, bo kolo mnie wlasnie przejezdzal wozek z shopping, i troche sie zeszlo (i nie, ja nic tym razem nie kupowalam!). Potem zajelam sie swoja ksiazka (kupilam na lotnisku ksiazke o habibi i nawet mnie wciagnela), i z zaczytania nagle wyrwal mnie okrzyk i ruch tuz przede mna. Unioslam glowa i zdazylam zauwazyc, ze ow Chinczyk czy Wietnamczyk (nie bylam pewna) leci na podloge. Glowa wyladowal u moich stóp. Razem z niemowiaca po polsku stewa wachlowalysmy go intensywnie. Potem dostal na glowe lód i mógl wreszcie opuscic nogi, ktore zgieta w scyzoryk machajaca czasopismem stewa dzielnie trzymala mu w gorze przez glowe - mimo lekkich turbulencji. Dobrze swoja droga, ze padl w drodze do toalety, a nie w niej...

Do domu dojechalam po pólnocy, bo troche sie zeszlo z Hoppa bus'sem (znow ciekawa scenka - zaoferowalam sie przyznac do jednego z dzieci jadacych z kobieta wsiadajaca przede mna, bo kierowca stanowczo oswiadczyl, ze tylko jedno dziecko jedzie bezplatnie z jednym doroslym, a ona miala dwojke...). LOL

Jeszcze dwa-trzy dni, i znow wyrusze w podróz. Tym razem, jak Bóg da, bedziemy zaliczac Kraków i okolice. :)

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>