Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 30 sierpnia 2006
Dzien za dniem

Dzien za dniem ucieka. Zaraz koniec lata. Zaraz koniec pobytu MM u nas. Zaraz koniec wakacji MMZ.

Coraz krotszy dzien sprawia, ze czasu mam ostatnio jakos malo. Mieszkanie zawalone rzeczami przywiezionymi z PL, a ja wracam z pracy przemeczona, zdenerwowana, wypluta. Ale juz niedlugo. Potem zaczna sie inne problemy: MMZ w nastepnej klasie, sprawy finansowe, MMZ teskniacy za Rodzina...

Zmeczona jestem, a trudny rok dopiero ma sie zaczac. Moze stanie sie cud? Ale z doswiadczenia wiem, ze choc wspaniale rzeczy sie zdarzaja, to jesli chodzi o tego typu sprawy, na cud nie ma co liczyc. Wszystko trzeba zmieniac samemu.

piątek, 25 sierpnia 2006
Dluuuuugi weekend

Za dwie i pol godziny wyjezdzam. Jeszcze tylko posciel zmienie (w poniedzialek w nocy nie bedzie na to czasu...). Spac mi sie chce niemozebnie, bo ostatniej nocy niedospalam. W dodatku nim usiade wygodnie w autokarze do Londynu, musze jeszcze jechac na wies, i to z objazdem. Coz, lubie jezdzic, ale nie wtedy, gdy spac mi sie chce...

Plan mam taki, ze nad ranem bede w Londynie, potem wylot przed osma. Jesli wszystko bedzie na czas, to w WAW bede o 11:10 czasu lokalnego. Szybkie zakupy w Arkadii byc moze, a potem do MMZ! :)

W sobote do 10-tej rano mysle, ze wyjedziemy. Potem juz znajoma trasa do UK. Prom mam tuz przed 5pm w poniedzialek. Nie wiem, jak to bedzie z praca we wtorek - chyba przyjdzie mi wlozyc zapalki pod powieki... ;)

Pozdrawiam serdecznie wszystkich bliskich i dalekich. Jak Bog da, to jeszcze kiedys sie odezwe. Duza buzka!

wtorek, 22 sierpnia 2006
Marks & Sparks

Tak mi sie przypomnialo po przeczytaniu notki u Brittany... :)

Nie wiem, moze kiedys juz o tym pisalam, ale jesli tak, to trudno - powtorze sie. ;)

W czasie mojego pierwszego pobytu w Anglii (lato 1991r), a dokladniej drugiego chyba dnia znajomi Anglicy wzieli mnie na przejazdzke samochodem po Londynie (ponad dwugodzinna trasa zaczepiala o wszystkie wazniejsze miejsca w stolicy). Zostawilismy wlasnie za soba rezydencje Krolowej i, gdy mijalismy Hyde Park, kierujacy samochodem Paul zadal mi pytanie: "Czy wiesz jak sie nazywa najslynniejszy sklep w Anglii?" (Nie wiem, moze pytal tylko o Londyn - nie pamietam)... W kazdym razie z moich czytanek z ksiazki do nauki angielskiego w liceum pamietalam, ze najslynniejsza siecia sklepow jest "Marks & Spencer". Zadowolona, ze wreszcie cos wiem walnelam, ze Marks & Spencer... po czym bardzo poczulam sie dotknieta, gdy oboje Paul i Sue wybuchneli gromkim smiechem. Po czym po chwili przepraszajac wyjasnili, ze chodzilo im o Harrods (ktory wlasnie wtedy mijalismy)... LOL

Teraz, po latach, juz sie nie dziwie ich reakcji... ;)

poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Pajaka sie nie boje ;)

Gardlo mnie boli. Caly dzien musialam mowic, bo za Y. prowadzilam szkolenie. Do tego po poludniu mialam jeszcze duze zebranie (zeby bylo weselej - przeze mnie zwolane - wiec znow mowic, mowic, mowic...). :/

Wrocilam do domu zmeczona. Zabralam sie za dalsze porzadkowanie papierow (wow, tym razem dobrze mi idzie - duzo juz przejrzalam, duzo wyrzucilam; mysle, ze przed wyjazdem skoncze.... nie mialam pojecia, ze tyle tego jest). Przypomnialo mi sie, ze P. grozil, ze znow zadzwoni poplotkowac. Wkurza mnie to straszliwie, bo za kazdym razem godzina conajmniej ucieka, a gadka o wszystkim i o niczym. Ale coz, P. akurat przechodzi faze wzmozonej samotnosci i widac potrzebuje sie wygadac, albo chociaz zajac sobie jakos czas wieczorem. Dobrze, ze chociaz nie przyjezdza. ;) W kazdym razie dzisiaj, z bolacym gardlem, wyslalam do niego txt, ze nie pogadamy, bo gardlo, etc...

Troche czasu minelo, i zadzwonil telefon. Odebralam obolala. Po drugiej stronie drutu byla Brittany. Zdziwiona zapytala, co mi jest - a konkretniej, czy przeszkadza... (pojecia nie mam, co Jej przez mysl przeszlo). Zaczelysmy rozmawiac. Potem Ona miala goscia - powiedziala, ze zadzwoni troche pozniej. To ja zabralam sie za papiery... Telefon znow zabrzeczal. Ja radosna jak skowronek odebralam, a tam P. (- Albo nie czytal sms'a, albo udal, ze nie czytal...) W kazdym razie mimo moich protestow, ze gardlo, etc. znow przegadal ponad godzine. Udalo mi sie wreszcie "uwolnic" (ale i tak zapowiedzial sie na jutro z rozmowa).

Obawialam sie, ze Brittany probowala zadzwonic gdy u mnie bylo zajete. Zaczelam wybierac Jej numer. W tym momencie rozlegl sie dzwonek u drzwi. Zaklelam, bo w domu slady jak po wybuchu bomby w bibliotece - papiery na stole, na sofie, i na calym dywanie... Ja zas bez spodni (zdjelam dla wygody, bo tych z pracy nie chcialam niszczyc, a na gore po inne isc mi sie nie chcialo). Rzucilam sie zakladac te eleganckie (wisialy na poreczy krzesla), ale po sekundzie pomyslalam, ze lepiej, jak polece na gore i zobacze przez okno kto to... Wszystko trwalo moze 5-10 sekund. Ale gdy dotarlam do okna w sypialni, okazalo sie, ze elegancki facet juz sobie poszedl - poszedl w strone zaparkowanego srebrnego trzydrzwiowego samochodu, ktory byl albo Astra, albo tansza wersja BWM (okularow nie mialam, a dosc daleko stal). Nic nie zostawil, nie dzwonil na komorke. Pojecia nie mam kto to mogl byc.

Podnioslam sluchawke, by dzwonic do Brittany. Ale byla tam message, ze dobijala sie do mnie MM. Oddzwonilam. Potem wreszcie udalo mi sie polaczyc z Brittany. Po rozmowie wzielam sie za dalszy ciag sprzatania - wlasnorecznie odsunelam sofe-slonia, ktory nie byl ruszany od prawie dwoch lat (o zgrozo!), bo caly czas mi sie wydawalo, ze nie dam rady go przesunac bez pomocy. Dzisiaj sie zaparlam i nawet w miare latwo poszlo. :) Na szczescie pod i za sofa nie bylo az tak tragicznie.

Pozniej probowala mnie jeszcze zlapac Kathleen. Zostawila msg, ze ma kontakt w Wellington - zobaczymy co z tego wyniknie.

Po wlaczeniu kompa czekala mnie jeszcze jedna niespodzianka; napisal do mnie z Nowiaka prawie sasiad Brittany. Skad mial moje namiary - pojecia nie mam. Ale mysle, ze choc jego osobiscie nie znam, to pewnie znam jego ojca (choc od czternastu lat pewnie go nie widzialam). Ciekawe, czy jeszcze zyje...

Do tego jeszcze przyszlo pytanie z goracej Italii: kiedy jade do Polski. Otoz obwieszczam, ze jade w piatek.

ps. Zdopingowana pajakiem u Brittany uprzejmie donosze, ze ja tam pajaka sie nie "bojem"... ;) Przestalam sie bac, jak mi po trzy dorosle czeresniaki wylazily co noc w parterowym, wynajetym domu, gdy MMZ byl malenki. Nie bylo chlopa, trzeba bylo samej dac sobie z nimi rade... ;) Polecam wszystkim przerazonym. ;)

niedziela, 20 sierpnia 2006
I co tu sie dziwic?

Dziwia sie niektorzy Polacy, ze poczatkowo pozytywnie nastawieni do nich Brytyjczycy zaczynaja patrzec na polska emigracje bardziej krytycznie. Ale co sie dziwic? Dac moge przyklad z wlasnego podworka: pisalam juz, ze dwa-trzy tygodnie temu Polacy zamieszkali w dwoch domach na mojej uliczce. Jednych mam bardzo blisko - przez sciane. Poczatkowo cieszylam sie, ale juz pierwszego dnia sie zaczelo. Muzyka glosna: bum-bum-bum (na szczescie nie caly czas). TV - to samo (tutaj juz gorzej, bo czesciej). Byly juz chyba ze trzy spotkania towarzyskie, gdzie towarzystwo klelo jak najete. Ja im nie bronie sie spotykac, bawic, etc. - wszak mlodzi sa, to i poszalec musza. Ale czy np. musza wracac do domu po pierwszej nad ranem, glosno po drodze dyskutujac, a potem jeszcze stac przez kolejne pol godziny przy drzwiach wejsciowych i prowadzic zywa rozmowe nie zwazajac na to, ze cala uliczka pograzona jest w ciszy nocnej?

Zamknelam demonstracyjnie okno (bo dziewczyna z chlopakiem rozmawiali tak glosno, ze spac sie nie dalo). Nie pomoglo - dalej dyskutowali. W koncu poprosilam grzecznie, by szanowali cisze nocna. Przeprosili. Ucichli, ale po pewnym czasie dalej zaczeli glosowac. Do czego to podobne, zeby czlowiek nie mogl sie wyspac? Dobrze, ze akurat pod reka zatyczki mialam do uszu...

I co tu sie dziwic opinii o Polakach? Pamietacie Litwinow z zeszlego roku? Ciekawe jak dlugo, nim pojawi sie ten sam problem z tymi tutaj...?

Siedze i niszcze

Siedze caly dzien nad jednym praktycznie zajeciem; powyciagalam pudla ze starymi dokumentami, korespondencja, rachunkami, etc. Wszystko to trzeba przejrzec, podzielic na kupki - na to, co potrzebne (teraz, historycznie, pozniej, byc moze), a co nie... Ostatnia kupke - jesli zawiera wiadomosci intymne - nalezy zeshreddowac (czyli pociac specjalna machina na paski - sorry, ale nie wiem jak to po polsku nazwac... przychodzi mi do glowy tylko: "zniszczyc").

I tak uplynela polowa soboty (pierwsza polowe uzylam do zalatwienia spraw na miescie). Oprocz spraw oficjalnych odwalilam tez zakupy: MMZ mundurek (wieloczesciowy) do szkoly + buty (kupilam na oko), oraz troche ciuszkow dla siebie. W miedzyczasie, w przebieralni, dane mi bylo wysluchac ciekawej rozmowy po polsku: pani kupowala kurtke, a pan jej kibicowal. Musze przyznac, ze byl bardzo mily, choc teksty typu: "choc raz bedziesz ladnie w Polsce wygladala" wywolaly u mnie usmiech. :)

OK, ide spac. Dobranoc.

 
1 , 2
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>