Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 31 sierpnia 2005
Wplyw blogow (na moje cialo)

Znow przytyje. Wszystko zas z winy blogow... Czytalam sobie poniektore, staralam sie nadgonic dni nieobecnosci. I z tych wszystkich emocji znow zglodnialam. Zeby umyte, ja przebrana, a tu ssanie w zoladku. Probowalam to przetrzymac, ale nici z dobrych checi. Ide zrobic sobie tortille z pieczona wolowina. Buzka!

Zbieglo mi sie

Wybaczcie, ale zbiegly mi sie rozne rzeczy, i naprawde nie mam sily na to, by startowac kompa. Na przyklad wczoraj wykapalam MMZ, i padlam... Czyli ciag dalszy bycia padnieta... :/

Otoz:

  1. W pracy kupa roboty. Na wczoraj mialam przygotowac dla Szefa raport chorobowy, ale byl Poprzednik, i praktycznie niewiele zrobilam. Tj. wprowadzilam zalegle dane, ale po wydrukowaniu i analizie zdalam sobie sprawe z tego, ze czas jechac po MMZ. Do tego wczoraj sporo glowkowalam, bo Szef idzie na dluzszy urlop i zarzadzil dwa duze zebrania na czwartek. Ja zas biedna mam jedno z tych zebran poprowadzic (taka poltoragodzinna sesja informacyjno-szkoleniowa). Nie mialabym nic przeciwko, gdyby nie to, ze wlasnie dowiedzialam sie, ze nie ma projektora (tak to sie nazywa po polsku?). Zadnego. Moge ewentualnie wykorzystac flip-chart (z tego zas ostatnio korzystalam w 1998r). Coz - do tej pory nikt nie mial tak szalonych pomyslow, by robic prezentacje... W ogole, to bede miala bardzo pracowita jesien: do czasu tuz przed Swietami mamy sie wyrobic z Wielkim Planem (za ktorego odpowiedzialna jestem wlasnie... ja)!
  2. Wczoraj MMZ mial przyjecie urodzinowe bylej przyjaciolki. Holly wygladala pieknie, ale muzyka dyskotekowa wcale nie nastroila mnie pozytywnie....
  3. Musielismy wczoraj jezdzic kawal drogi po Cienia. Juz jest w domu, i to w calkiem dobrym humorze. Ale co ja przezylam przed wyjazdem z tym jego hotelem, to moze kiedys tu opisze...

Pamietam zreszta, ze wciaz wisze z koncowka poprzedniego polskiego pobytu... Ale przeciez mamy caly rok na pisanie... ;) Do nastepnych wakacji...

poniedziałek, 29 sierpnia 2005
Padnieta

Jestem. W domu. Padnieta. Pozdrawiam.

środa, 24 sierpnia 2005
Przerwa

Zaraz zbierac sie bede do pracy. Potem juz tylko musze odstawic kota do hotelu, i w droge. Bedzie przerwa wieksza, bo tygodniowa... Chyba, ze mi sie po drodze uda trafic na komputer... ;)

Pozdrawiam. :))

"Jeszcze..."

OK, przypomniala mi sie jeszcze jedna scenka, ale do jej rozgryzienia trzeba bedzie jednak troche znac j.ang. Konkretnie - idiomy... ;)

Moja pierwsza w UK praca z prawdziwego zdarzenia byla w urzedzie pocztowym. Pracowalam jako listonoszka (doreczycielka). Urzad byl dosc duzy - ponad 110 osob zatrudnionych jako doreczyciele. Wiekszosc z nich przychodzila do pracy na piata rano. Ja, jako pracownik niepelnoetatowy zaczynalam o pol godziny pozniej. Totez, gdy juz przyszlam do pracy, moi koledzy (pisze koledzy, bo kobiet bylo tylko piec) juz od praktycznie pol godziny sortowali listy w rejony. Moim pierwszym zadaniem bylo oproznianie tzw. pigeon holes (czyli przegrodek na posortowane listy), i przenoszenie owych zabranych listow w odpowiednie rejony sali, w ktorej przygotowywalismy sie do pracy poza urzedem. Trzeba bylo sie niezle uwijac, bo do kazdej frame uzywanej do sortowania stalo 2-3 listonoszy i szybko sortowalo. Pigeon holes szybko sie zapelnialy, i sortujacy nie mieli gdzie wkladac listow. Moja rola nazywala sie oficjalnie "conveyer". Sala nasza byla bardzo duza, ale malo bylo widac, bo wszedzie staly specjalne benches z frames (sorry, ale nie wiem jak to tlumaczyc w tym przypadku na polski) do przygotowywania wlasnego rejonu...

W kazdym razie uwijalam sie jak w ukropie, latalam wokol frames do sortowania ukladajac sobie narecze listow, a potem z taka piramida lecialam w odpowiednim kierunku, by listow owych sie pozbyc i przybyc z powrotem na kolejny kurs.... W miedzyczasie tamci caly czas sortowali.

W moim pierwszym tygodniu kilka razy sie zdarzylo, ze gdy wlasnie odeszlam z nareczem listow w ktoras tam strone, to od sortujacych rozlegaly sie zbiorowe krzyki: "Conveyer! Where is the conveyer!?!?!" (Oczywiscie robili to po to, by troche sie posmiac, pozartowac, a troche, by mnie popedzic...) Poniewaz juz zauwazylam, ze jak sie z kogos nabijaja, to trzeba po prostu wlaczyc sie w zabawe i odpowiadac (wtedy traktowali cie jak swojego), wiec krzyczalam do nich: "I AM COMING!!!" - co powodowalo salwy smiechu z ich strony... Myslalam, ze smieja sie, bo im wesolo, ze im odpowiadam... Dopiero po dwoch dniach jakas litosciwa dusza uswiadomila mnie, dlaczego sie smieja... :)

wtorek, 23 sierpnia 2005
Kilka historyjek z moich poczatkow

Zainspirowana tym, co wyczytalam u Brittany, postanowilam opisac kilka podobnych przypadkow, ktore popelnilam...

1. W moim pierwszym dniu pracy w UK (pracujac jako kelnerka w nadmorskiej restauracji)...

Customer: - We would like to order... (tutaj wymienili potrawe).

Ja: (Wiedzac, ze przed chwila wlasnie zostalam poinformowana przez szefa, ze to wlasnie sie skonczylo...) - Sorry, this dish is out of order.

Customer's wife: (po chwili zaskoczenia) - My dear... toilet can be out of order....

2. W moim pierwszym miesiacu tutaj...

Uslyszawszy kiedys, ze jest takie powiedzonko: "not enough room to swing a cat" chcialam je przy okazji wykorzystac... Ale przejezyczylam sie lekko i powiedzialam: "there is not enough room to swing a cow"...

3. W moim pierwszym tygodniu, poszlam po zakupy do "butcher's shop"... Szlam niepewnie troche, bo rok byl 1991, i tutaj uzywano jedynie funtow i uncji wowczas... O kilogramach nikt nie chcial mowic...

Chcialam cos tam ugotowac, ale brakowalo mi bacon. Bacon lezal sobie pieknie pokrojony w plasterki, wiec poprosilam:

Can I have some of that bacon, please? Facet zapytal mnie, ile chce tego. Wiec ja odpowiedzialam, ze "pound"... i pokazalam monete. Ale on chyba nie zauwazyl, ze pokazuje mu funta, i zaczal wazyc... Z przerazeniem patrzylam na gore miesa na wadze, a cena dochodzila juz do £12... Nie bardzo wiedzialam jak sie zachowac, bo moj angielski byl raczej sztywny jeszcze (czyli taki szkolny z PL). Ale poniewaz sklep byl pusty, to odwazylam sie zaprotestowac i tlumaczyc, ze chce za funta (czyli "pound's worth"). Facet sie zasmial i powiedzial, ze wlasnie sie dziwil po co mi tyle bacon... ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>