Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 29 lipca 2009
Chwile grozy (part 4)

Operator z linii bankowej RAC wreszcie zdecydowal sie mi pomoc (i dobrze, bo wkurzona bylam; robilo sie coraz pozniej, a on mnie wypytywal o adresy zamiast o numer konta/karty)... W pewnym momencie, gdy tlumaczylam, jak to sie wszystko stalo, i gdzie jestem, zapytal co jest nie tak z samochodem. Powiedzialam mu, jakie byly objawy, i ze nie wiem, co sie stalo. Zaczal dawac mi wyklad, ze mam powiedziec co jest z samochodem nie tak, bo jak mi wysle nie taki samochod jak trzeba, to potem bedzie musial wysylac drugi (tj. jesli np. beda musieli mnie sciagac gdzies do warsztatu, to musi byc taki z dzwigiem/zaczepem...). Wkurzylam sie, bo okolica byla taka raczej malo przyjazna - w oddali widzialam wprawdzie swiatla schroniska, ale blizej, na parkingu, co jakis czas zapalalo sie swiatelko we wnetrzu jednego z samochodow i widzialam, ze jakies dwie osoby tam siedza. Bylam swiadoma, ze rozmawiajac przez komorke podswietlam w ciemnosci swoja twarz i z daleka widac, ze jestem sama, i w dodatku, ze nie jestem mezczyzna... (w tym momencie klelam na pomysl trzymania dlugich wlosow - jak mialam krotkie, to nie mialam takich rozterek). Facet nalegal, bym sprawdzila co jest nie tak z samochodem. Wyszlam wiec, z komorka przy uchu, i brnac przez kaluze i bloto dotarlam do drugiego zadu Macieja - oczywiscie opona siedziala rozplaszczona. Facet sie ucieszyl, i gdy juz wrocilam do samochodu i zamknelam sie od srodka zapytal, czy jestem w swoim samochodzie. Do tej pory nie wiem, o co mu biegalo - czy chcial sie upewnic, ze jestem bezpieczna, czy tez chcial wiedziec, czy to moj samochod, ale wymiana kolejnych zdan przypominala dom wariatow. Brzmialo to mniej wiecej tak:

On: "czy jestes w swoim samochodzie?"

Ja: "nie, jestem w samochodzie przyjaciela - moj samochod jest daleko"

On: "wiec nie jeetes w swoim samochodzie?"

Ja w tym miejscu wytlumaczylam mu pokrotce, ze wlasnie wracam z PL, dokad pojechalam samochodem, i moj samochod zostal tam na wakacje...

On: "jak daleko jestes od swojego samochodu"

Ja: "daleko"

On: "wiec nie jestes w swoim samochodzie"

Ja: (warczac) "nie, nie jestem. Jestem w samochodzie przyjaciela, ktory to przyjaciel pozyczyl mi ow samochod, bym mogla dojechac do domu, bo moj samochod jest daleko stad"

On: "jak daleko jestes od swojego samochodu"

Ja: (warczac, a jednoczesnie szczekajac z nerwow, napiecia i zimna zebami) "tak okolo 1125 mil"

On: "jak daleko???"

Ja: jak wyzej

On: "to nie jestes w swoim samochodzie"

Ja: "nie, nie jestem w swoim samochodzie. Jestem SAMA w samochodzie mojego znajomego, ale zarowno ja jak i znajomy jestesmy oboje oddzielnie ubezpieczeni przez AA - wiec w czym problem???2

(w tym momencie zorientowalam sie, ze gadam glupoty, bo owszem - znajomy jest w AA, ja tez - ale tylko na Europe, a tutaj przeciez dzwonie do ich najwiekszego rywala! - bo w UK jestem z RAC!)

Ja: "oczywiscie mialam na mysli RAC - to z nerwow, bo mi zimno i zmeczona jestem..."

On: "OK, wysylam kogos do ciebie. Zwykle tam gdzie jestes i o tej porze czas oczekiwania wynosi ok godzine do godziny i pol, ale poniewaz jestes samotna kobieta w izolowanym miejscu, to zapisuje cie jako priority. Jak mechanik bedzie juz blisko, to zadzwoni do ciebie na komorke."

+++

Po pol godzinie oczekiwania, ktore umilalam sobie dyskretnym przegladaniem Internetu na komorce, zadzwonila druga komorka - ucieszylam sie, bo pomyslalam, ze mechanik tuz-tuz. Po czym byla rozmowa mniej wiecej taka:

On: (po sprawdzeniu danych) "to gdzie jestes?"

Ja zaczelam mu tlumaczyc.

On: "OK, to jak juz bede blizej, to zadzwonie jeszcze raz jakbym nie mogl cie znalezc"

Ja: "OK, a jak dlugo bede czekac?"

On: "no, jeszcze troche..."

Ja (ciagle z nadzieja w glosie): "a gdzie jestes?"

On: "po drugiej stronie W. patrzac od ciebie... wyjezdzam wlasnie z Bristol. Bedzie tak ze 45 minut jeszcze..."

+++

Calkiem zrezygnowana odlozylam komorke. Dwa samochody z parkingu z tymi ludzmi, ktorych widzialam odjechaly. Zrobilo sie jakos tak pusto (mimo swiatel w schronisku i innych - tym razem pustych - samochodow na parkingu o 30 metrow ode mnie...). Wlasnie mialam wrocic do czytania wiadomosci na Internecie, gdy nagle za mna zatrzymal sie samochod osobowy z podwojna iloscia lamp z przodu i glosna muzyka. Stanal wprawdzie za mna, ale jakos tak pod katem ok. 90 stopni. Zgasl silnik, ale za to daly slyszec sie glosy... Definitywnie bylo to conajmniej trzech mlodych chlopakow, i byc moze jedna dziewczyna. Patrzac w lusterko widzialam tylko jakies takie nierealne swiatelko - jak cos z UFO - nie wiem co to bylo, pewnie ich radio podswietlone, ale ksztalt mialo niespotykany. Rozmowa byla dosc nerwowa, a z rak do rak przechodzil zar ognika - pewnie cos palili... Glosy mieli podniesione, ale nie na tyle, by mozna bylo zorientowac sie o czym mowia - wylapywalam jedynie pojedyncze przeklenstwa. Trwalo to w nieskonczonosc, a conajmniej ze 20 minut... Zastanawialam sie, jak zareaguje, jesli przyjdzie im do glowy podejsc do mnie i mnie zaczepic... Bylam wkurzona, ze nie poszlam do schroniska. Jednak z drugiej strony nie moglam zostawic samochodu... Czas mijal, ja sie denerwowalam, a oni nie odjezdzali...

Chwile grozy (part 3)

Dziekuje pieknie za zyczenia! :) ps. Yoska - o jakiego Szakala chodzi?

* * *

Jak juz pisalam - T5 mi sie nie podoba. Wielkie toto wprawdzie, i rekawy ma bardzo dluuuuugie, ale za to bez sensu nachodzic sie trzeba. Parking za to pod nosem - tyle dobrego.

Jechalismy w strone zachodzacego slonca; P. oczywiscie czekal, i nawet mnie zdziwil, bo sie poswiecil sam z siebie i w zatoczce nie stal! Dojezdzajac juz w nasze okolice P. wpadl na pomysl wstapienia gdzis na obiad. Jako, ze dochodzila 23-cia, a kanapki jadlam i przed lotem, i w czasie lotu, jesc mi sie na noc nie chcialo. Ale postanowilam sie poswiecic, wiec z braku laku zatrzymalismy sie na Services. Wszystko zamkniete na glucho bylo. Wszystko, oprocz Costy. Pomyslalam, ze przed czekajaca mnie dalsza, samotna podroza kawa dobrze zrobi - przynajmniej nie usne. P. sie nie spieszylo - siedzial i siedzial nad ta kawa bez zadnego wspolczucia dla mnie: wstalam o szostej rano, dochodzila jedenasta w nocy, przede mna byl jeszcze ponad godzinny odcinek drogi, a na rano do pracy!

Wreszcie odwiozlam Go do domu, a sama wyruszylam w dalsza droge. Bylo spokojnie; szosa pusta, nie padalo, radio mruczalo sennie, mile uciekaly w ciemnosc za mna. Zblizalam sie do miejscowosci, w ktorej mam biuro i z przekasem pomyslam, ze troche szkoda, ze musze jechac do domu - wszak "jutro" bede musiala znow pokonowyac droge w odwrotnym kierunku, by stawic sie do pracy... Jechalam niezbyt szybko - drogi wprawdzie klasy A i B, ale nieoswietlone, a w naszym malo zaludnionym hrabstwie sporo jest zwierzatek... Nie chcialam przejechac jakiegos pospiesznego borsuka czy innego zajaczka...

Maciej wspinal sie wlasnie na jedno ze wzgorz - choc do najblizszego miasta byly ze trzy kilometry, to akurat w okolicy oprocz pojedynczych domostw ani sladu cywilizacji (jesli nie liczyc asfaltu). Droga kreta, ale dosc dobrze mi znana. Minelam jeden z zakretow, i dostrzeglam swiatla nadjezdzajacego pojazdu. W momencie, gdy wlasnie mnie mijal, uslyszalam huk, a jednoczesnie tylne kolo od strony pobocza zdalo sie podskoczyc do gory. Wrazenie bylo piorunujace - pierwsza mysl: jednak cos przejechalam! Pewna jednoczesnie bylam, ze niczego na drodze nie bylo gdy nadjezdzalam. Niczego - typu "czlowiek" na przyklad. Myslalam, ze cokolwiek by to nie bylo, to szkoda, ze zostalo przejechane, ale nie mialam nawet jak zawrocic (droga dosc waska, z wysoko zarosnietym brzegiem), zreszta nie usmiechalo mi sie ogladanie krwawej miazgi. Jednoczesnie myslalam, ze mam nadzieje, ze to jednak nie czlowiek, bo co wtedy? Na zdrowy rozum nie mogl to byc czlowiek, ale jednak kolo zdawalo sie skoczyc dosc wysoko w gore...

Majac takie oto wesole mysli ujechalam w miedzyczasie dobrych 100-150 metrow. I nagle poczulam instynktownie, ze cos niedobrego dzieje sie z tylu. Znow - pierwsza mysl - poszlo kolo... Ale jakos wydawalo sie to byc bardziej powazne, niz tylko kapec... Wprawdzie opone stracilam raz tylko w zyciu, zaraz po zrobieniu prawka (czyli ponad 21 lat temu), ale teraz wydawalo mi sie, ze cos mi tam z tylu calkiem sie rozpada. Zredukowalam bieg z czworki na trojke, bo samochod jakby stracil troche sily. Dzwiek dochodzacy z tylu zasygnalizowal mi, ze dalej jechac sie nie da. Wkurzylam sie, bo juz myslalam o lozeczku, a tutaj taka przykra niespodzianka. Na szczescie minelam juz szczyt wzgorza, i pomalu zaczynalam sie toczyc samoczynnie w dol. Wiedzialam jednak, ze musze jak najszybciej sie zatrzymac. Nie bardzo mialam gdzie, bo droga przelotowa - widocznosc kiepska, poboczy brak. Na szczescie przypomnialam sobie, ze zaraz po lewej bedzie schronisko mlodziezowe, a po prawej mala zatoka na poboczu, gdzie od biedy mozna stanac...

Musialam podjac natychmiastowa decyzje - wjezdzac w lewo w kierunku schroniska; w domostwie palily sie jeszcze swiatla, a maly parking wydawal sie zapelniony samochodami... czy tez zakrecic kujawiaka w prawo, i stanac w owej zatoczce, tylem do pierwotnego kierunku jazdy. Myslac na moich stopach stwierdzilam, ze pomoc drogowa w waski wjazd parkingowy moze sie nie zmiescic... stanelam po prawej stronie. Zatoczka pelna byla kaluzy. Zgasilam swiatla i ogarnal mnie mrok. Dochodzila dwunasta, bylam w srodku nigdzie, i zmeczenie dawalo sie we znaki. Pomyslalam, ze gdybym jechala wlasnym samochodem, to bym go tutaj zostawila, i poszla przespac sie w schronisku... ale samochod byl nie mój, i wiedzialam, ze na rano musze byc w pracy. Co robic? Przelotnie pomyslalam o P., ale stwierdzilam, ze przeciez ma swoje lata, i pewnie juz spac poszedl - wszak wyprawa do Londynu miala prawo go zmeczyc. Wybralam RAC - mam przez bank wykupiona pomoc drogowa u nich (choc to pierwszy rok przez bank - zwykle bylo przez prace badz bezposrednio...). Zadzwonilam do biura numerow, potem do RAC. W RAC stwierdzili, ze nie maja mnie w ich database. Dali inny numer - dla klientow bankowych... Zadzwonilam. Okazalo sie, ze nie figuruje u nich ani pod starym, ani pod nowym adresem. A niech to!

 

piątek, 24 lipca 2009
Chwile grozy (part 2)

Sam lot jednak przebiegal spokojnie, jesli nie liczyc turbulencji nad zachodnimi Niemcami. Wyladowalismy na T5, ktory mimo nowosci nie zrobil na mnie dobrego wrazenia.

(c.d.n, bo teraz wlasnie musze przerwac pisanie... sorry)

Chwile grozy (part 1)

Wczoraj przezylam chwile grozy...

Ale po kolei:

W ubiegly czwartek poklocilam sie z kolega w pracy. W zlym humorze dotarlam do domu (MMZ zarwal ostatni dzien szkoly z uwagi na bol dziasla po wyrwanym zebie... - spedzil dzien ze mna w pracy). W biegu konczylam sie pakowac, i wreszcie wyjechalismy o 21-szej w droge. Tuz przed M3 zlapala mnie ulewa, ale jakos dojechalismy do hotelu przy LHR T5, gdzie spedzilismy noc.

Rano sniadanko, i w droge. Trafilismy na wczesniejszy prom, choc i tak byl opozniony... Alez kolysalo. MMZ poczul sie lepiej dopiero na zewnatrz... Potem byla Francja, Belgia i Holandia. W naszym hotelu znalezlismy sie kolo 8-smej wieczor; rozpoznano nas od razu, mimo, ze Bart'a juz nie ma... Zjedlismy obiado-kolacje, i tylko spac bylo kiepsko, bo raz, ze ktos palil papierosa, choc nie wolno, a dwa - bylo zbyt cieplo, i MMZ nie mogl zasnac bardzo dlugo. I w dodatku znow ta dunska wycieczka... Grrr! Za to sniadanie smaczne, i podroz do Ramady tez OK. Tym razem dostalismy pokoj nad wejsciem glownym (bylo OK jesli nie liczac "strachu" w zwiazku z litewska nosicielka swinskiej grypy)...

Podroz przez PL rowniez przebiegla OK, choc zlapl nas spory deszcz miedzy Poznaniem, a Lodzia. Na szczescie udalo nam sie uciec. ;) Droga miedzy Sochaczewem, a W-wa rozkopana, totez bez nerwow przejechac sie udalo. I nareszcie dojechalismy! :))

Pobyt byl udany, choc dla mnie bardzo krotki. W drodze na lotnisko spotkalam 81-letniego archtekta... W drzwiach do 175 glosno oglaszal, ze "dziewczynki maja pierwszenstwo". Wyladowalismy obok siebie i rozmawialismy az do Novotelu czy jakos tak: opowiadal o Brzesciu, 60-ciu latach w W-wie, o wnukach, o konkursach...

Na lotnisko zajechalam na dwie godziny przed czasem; zreszta nie bylo po co sie spieszyc - samolot byl opozniony juz wylatujac z LHR. Udalo nam sie wystartowac przed burza. Siedzialam w siodmym rzedzie, tuz przed wyjsciem awaryjnym, i nie dalo sie oprzec glowy o sciane podczas startu - tak owa sciana "telepalo". Zaraz po starcie, gdy bylismy juz dobrych 200-300 metrow w powietrzu nasz Airbus 321 zaczal wydawac z siebie zlowrogi warkot...

(c.d.n)

środa, 15 lipca 2009
Dumna jestem!

Duma mnie rozpiera - Synek zakonczyl Year 4 wzorowo. :)

ps. Przy wyrywaniu zeba (jednego tylko, na szczescie) tez byl bardzo dzielny! :))

niedziela, 12 lipca 2009
Co nowego?

MMZ jutro bedzie mial wyrywane po raz pierwszy w zyciu dwa zeby! Wprawdzie mleczaki, ale juz przezywa...

Wczoraj bylismy na Air Show - nie bylo to na 100% zaplanowane z naszej strony, ale fajnie bylo. :) Przegapilam za to cztery fajne mozliwosci na ciekawe fotki; najpierw zignorowalam helikopter (potem juz go nie bylo, a szkoda), potem MMZ mial obawy wobec gwiazd ze Star Wars, to znow Red Arrows ladnie by wygladaly lecac w szyku tuz obok (znow nie mialam telefonu w reku!), nastepnie tuz przed nami rozegrala sie interesujaca akrobacja w powietrzu - i znow klapa (nie spodziewalam sie!)... Bardzo zaluje, ale nie wróci...

Tydzien temu bylismy w Halswell Park - ciekawie, nie powiem...

OK, wracam do pakowania - mam wielki problem w tym roku, bo w moim Focus'ie bagaznik jest tak maly, ze wejdzie w niego zaledwie telewizor (maly), i byc moze ze dwie torby turystyczne - walizek nawet nie zamierzam próbowac wsadzac, bo wiem, ze nic z tego. Zwykle 6-8 toreb "reklamówek" ze sklepu wystarcza, by go calkowicie zablokowac... GRRR!!!!

AB ponoc dzwonila do P. i z nim nawet rozmawiala. Teraz on sie nie przyznaje, i mowi, ze musiala rozmawiac z kims innym... Ale ubaw! :P

Termin na moje PGtips jest przesuniety. Troche martwie sie o JB, bo wyglada tak chudo, ze to pewnie rak... :/

Ogólnie w tym roku duzo osób w mojego otoczenia umarlo, badz ma raka. Zal mi bardzo A., bo o ile cud sie nie stanie, to watpie, by mial szanse na wyleczenie. Jak to trzeba umiec sie cieszyc zdrowiem - wciaz w pamieci mam wierszyk Kochanowskiego bodajze (uczylam sie w I-szej klasie w LO, i jakos tak mi zostal)...

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>