Moje codzienne zycia kawalki...
poniedziałek, 14 lipca 2008
48 metrowa wieza i...

... dwuglowy orzel - taki byl temat dzisiejszej wyprawy.

Najpierw, krecac sie troche po bocznych drogach (A303, Castle Cary) dojechalismy do naszej wiezy. Byla w planie od lat, ale dopiero dzis znalazlam na nia czas. Pogoda podpasowala - nie padalo, a za to bylo miejscami slonecznie, i w miare cieplo, choc - dzieki Bogu - nie goraco. :) Na ostatnim odcinku podrozy jechalismy waska droga pod gore, i nagle po prawej stronie katem oka przyuwazylam, ze mijam wieze... Znalazlam ostatnie miejsce w zatoczce na poboczu (pozniej okazalo sie, ze parking byl kawal drogi dalej)... Wieza byla imponujaca. Weszlismy do srodka, a srodek okazal sie trojkatna studnia. Potem byla wspinaczka - MMZ troche panikowal, ale udalo nam sie wejsc prawie bez zatrzymania. Na gorze powitaly nas piekne, rozlegle widoki (bylo nawet widac Hinkley Point na zachodzie!). Tor wydawal sie byc maly, Rakieta blisko i na tej samej wysokosci, za to Wezuwiusz zastanawial swoim rozmiarem (zwykle wyglada na mala gorke)... Ze schodzeniem poczatkowo bylo troche zabawy - MMZ stwierdzil, ze nie chce schodzic, i raczej zostanie na gorze. Ale namowilam Go po chwili, i dalej poszlo juz gladko. Przy okazji przypomnialo mi sie, jak kiedys (kilka lat temu) weszlam na St. Mary's tower (duzo, duzo nizsza) z MMZ, i potem ledwo Go stamtad sciagnelam (On nie lubi spiral staircases)...

Z racji bliskosci Domu i Ogrodu namowilam towarzystwo na wypad do Domu (ogrod widzielismy juz dwa razy - wprawdzie raz wiosna, a raz jesienia, wiec na letnie zwiedzanie mozna bylo dac sie tez namowic, ale brakowalo mi czasu)... Po drodze wstapilismy na obiad; ja sie najadlam, ale MMZ to tylko buleczke zjadl i Babcie wspominal, ze buleczki Mu z dzemem truskawkowym robila... i ze zal Mu Babci, ze w szpitalu...

Dom okazal sie byc wypelniony cala masa obrazow - jedne mniej, inne bardziej ciekawe... MMZ stwierdzil, ze taki dom jest do niczego: ani sie tam bawic, ni psocic - wszystko zabytkowe... Za to podobal mu sie dwuglowy orzel - symbol rodziny wlascicieli...

Potem jeszcze jeden wypad pod wieze - tym razem MMZ chcial zagrac z P. w golfa. Smiesznie bylo, bo pilki Mu pies chcial ukrasc, a potem P. z mojej pracy sie pojawil i zdziwiony zapytal, co ja robie tak daleko od domu...

Czekajac na koniec gry zadzwonilam do MM. Nie byla zadowolona, bo twierdzila, ze jak mysli o swojej chorobie, to sie gorzej czuje, a mysli, bo ludzie dzwonia i ja o samopoczucie pytaja. Tak wiec nie pytalam o samopoczucie, tylko o wszystko inne. Troche pogadalysmy, ale niezbyt dlugo, bo z komorki na komorke to bylo...

Wrocilismy pozno, po czym zostal nam jedynie czas na wypad do T. Juz na miejscu MMZ dowiedzial sie, ze dziewczyny nie przyszly, i ze bedzie sam. Ale dal sobie rade. Nawet lepiej, niz myslalam...!

ps. Czy ja wspominalam, ze D. napisala do mnie z pracy, a wlasciwie z domu, ze zmiany sie szykuja? Ciekawe, czy dostane wypowiedzenie? :P

 

czwartek, 10 lipca 2008
Zamykamy drzwi?

Dzien zaczal sie od sms'a od Andrzeja. Mila niespodzianka. :) Pozniej byl wypad do BC, a jeszcze pozniej praca w L. Glowa mnie rozbolala, bo znow sie naswietlilam ostrym swiatlem z okna. Przy okazji kolezanka pytala mnie co to jest blog, wiec jej pokazalam na przykladzie mojego (i tak nic nie rozumie), ale druga kolezanka rowniez zajrzala mi przez plecy, a ona zna Polki i poniewaz zajmuje sie webmajstrowaniem, to boje sie, ze tutaj dotrze z pamieci... i tak sie zastanawiam, co ja takiego o pracy do tej pory pisalam... zawsze pisze szczerze, ale chyba nic zlego akurat o Niej nie bylo... Hmm. Moze powinnam znow zamknac bloga na klucz? Oj, chyba przynajmniej na jakis czas tak zrobie...

Apropo zamknietego bloga - mysle, ze Britka wroci. Choc bardzo tajemnicza jest. :?

Z MM znow zle. Po wczorajszej rozmowie robilam tutaj trzy razy wpis, i za kazdym razem system notke mi ignorowal. Wiec dalam sobie spokoj. Dzisiaj okazalo sie, ze MM pierwszy raz chyba w zyciu karetka do szpitala sie udala. Ale juz jest w domu. Nie wiem, czy to lepiej. Ech. Tak ogolnie nie przeszkadza mi mieszkanie z daleka od PL, ale w takich chwilach to ciezko jest - nawet przeciez pocieszyc/przytulic na odleglosc nie bardzo sie da...

Dzis wieczorem bylismy u M. MMZ poznal nowego Kolege. Ciekawe, co z tego wyniknie... Tymczasem ide spac. Dobranoc.

poniedziałek, 07 lipca 2008
Co obniza cisnienie?

Od razu mowie, ze pijawki czy upuszczanie krwi nie wchodzi w gre!

Ale w uszach mi piszczy, a w glowie pulsuje. I nawet nic nie pilam! Jak nie umre to zyc bede. :)

Tymczasem zegnam.

niedziela, 06 lipca 2008
R&R (czesc 2)

... Wreszcie kolejka ruszyla do przodu. Tuz z tylu szedl brat Shaky'ego, ktory przywiozl ze soba kobiete i dziewczynke - pewnie rodzina... Doszlismy do bramy i zaczelo kropic (tj. kropilo juz wczesniej, ale z przerwami). Przeszlismy wzdluz szpaleru drzew, pod ktorymi staly toalety, i wprost pod zamek, gdzie przed scena niektorzy juz wygodnie siedzieli. Zajelam miejsce w miare strategicznie - do sceny nie bylo daleko, do wyjscia na strone toalet i budek z zywnoscia tez blisko. Przed nami wprawdzie bylo z osiem rzedow zajetych juz przez innych, ale za to w wiekszosci siedzieli oni na ziemi, a nie na krzeslach, wiec byla nadzieja, ze cos zobaczymy. Ludzie zaczeli wyciagac prowiant, otwierac butelki z winem, etc. Przygrywala nam nawet niezla, choc zupelnie mloda orkiestra. Minely ze trzy utwory i nagle lunelo... Do akcji wkroczyly parasolki w roznych stylach i kolorach. Ja akurat bylam sama na stanowisku, bo MMZ poszedl z P. do toalety - rzucilam sie otwierac parasolki i zabezpieczac siedzisko... Prawie w tym samym czasie chlopaki wrocili niosac truskawki z clotted cream jak rowniez scones z dzemem i smietanka. Truskawki okazaly sie byc bombowe - swiezutkie i slodkie, kremowka rowniez byla bardzo smaczna. :)

Z powodu deszczu orkiestra musiala przegrac (nie byli na scenie, tylko przed nia, i instrumenty im mokly). Zapowiedziano, ze o pol godziny wczesniej niz bylo w planie wystapi Ben Waters. Dochodzila siodma, deszcz dalej lal - dobrze, ze choc zimno nie bylo. :) Ben mial grac przez poltorej godziny, a potem mialo byc pol godziny przerwy do wystepu Shaky'ego... Hmm. Nie wygladalo to zbyt rozowo. Wreszcie grupa Ben'a zaczela grac - nawet dobrze grali, z tym, ze pierwszy utwor byl typowo polsko-weselny. :D Pozniej juz polecialy kawalki bardzo szybkie, przy czym mialo sie wrazenie, ze kazdy z muzykow stara sie przescignac innych w jak najszybszym graniu...

W miedzyczasie MMZ spiewal i tanczyl. Przestalo nieco padac, wiec raczka od parasola sluzyla Mu za mikrofon - co widac ponizej:

- zas jak widac po najblizszym sasiedztwie nie bylo az tak zle (zdjecie robione jeszcze podczas grania orkiestry - na poczatku):

Deszcz powrocil, i juz nie chcial przestac. Podmoklam nieco, i zaczynalam zastanawiac sie, jak dlugo bede leczyla katar po powrocie do domu...

Wreszcie Ben i Jego zaloga, a moze organizatorzy (?) zlitowali sie nad naszym przemoczonym gronem i zapowiedzieli, ze Shaky wystapi o dziewiatej. :)

Wzielam MMZ na spacer do toalet (sporo wypil Tango w miedzyczasie - ja tam bym Mu tego nie kupila, ale P. niestety tak). Wrocilismy na miejsce i zaczal sie koncert Stevens'a. Prawie w tym samym czasie, jesli nie chwile wczesniej, przestal calkowicie padac deszcz. Zreszta juz nikt nie mial checi na siedzenie, bo wszyscy wstali i tanczyli na ile miejsce im na to pozwalalo.

Rockin' & rollin' (cz.1)

P. odebral MMZ ze szkoly i przyjechali do domu po mnie. Wyjezdzalismy z opoznieniem, bo to a to kupka, to znow przebrac Dziecie sie nie chcialo, to znow ja szukalam jakiegos drobiazgu. Wreszcie udalo sie wyjechac. Prowadzilam Macieja. I juz na wywijanej drodze przeciwlotniczej MMZ oswiadczyl, ze bardzo Mu niedobrze i ze bedzie wymiotowal. Cudowne dziecko! Udalo mi sie Go przetrzymac do L., gdzie zatrzymalam sie na stacji benzynowej i polecialam szukac proszkow przeciwwymiotnych. Wkurzylam sie, bo do przedwczoraj mialam jeszcze jeden z Polski, ktory z ostatnich wakacji mi sie ostal, ale dalam MMZ na wyjazd na wycieczke i przepadlo...

W sklepiku przy stacji nie mieli. Kupilam zatem mietusy i gazete. Wrociwszy do samochodu znalazlam MMZ wiszacego glowa w dol z otwartych drzwi...

Bedzie dygresja: Otoz na widok MMZ przypomniala mi sie scenka z Polski, gdy bodajze w 1985r (?) szlam sobie radosnie z Polka na stacje kolejowa majac do pociagu 20 minut... - pociag byl ostatnim, ktory moglam zlapac, by na czas dojechac na Torwar, gdzie mial wlasnie wystepowac moj kochany Shaky... I bedac juz na wysokosci polowy drogi miedzy zapleczem LO, a blokami wojskowymi (tam, gdzie kawalek blizej rosly kiedys dzikie wisnie i maliny, i gdzie sie Smyk wytarzal w ludzkim gownie, a potem i mini-strumyczek plynal, ze o zolnierzu na wartcie nie wspomne...)... wiec wlasnie menij wiecej tam zorientowalam sie, ze nie wzielam ze soba biletow na koncert! ...

I tak odczekalam, az MMZ skonczyl, po czym wykrecilam oberka w strone TESCO. Niestety, okazalo sie to strata czasu - tam tez tabletek nie mieli. Wyruszylam w dalsza droge, i na szczescie gazeta pomogla (wiecej o sposobie z gazeta jest we wspomnieniach z powrotu z ferii w lutym)...

Dojechalismy o 5:50, a na biletach wstepu napisane bylo, ze poczatek o 18-tej. I zaraz za brama zaczely sie schody - przede mna stal ladny samochodzik, a dziewcze grubawe nieco majace sluzyc za zywy drogowskaz i sluzbe porzadkowa w jednym zdecydowalo sie uciac sobie z kierowca dluzsza rozmowe...

Stalismy wiec tak sobie w mini-korku cierpliwie, jak na Brytyjczykow przystoi, klnac jedynie w duszy, ale trzymajac gorna warge nieruchomo, wg wskazowek tradycji... Samochod przed nami wreszcie ruszyl, dziewcze machnelo mi reka, ze mam jechac za nim. P. smial sie, ze tak byc nie powinno - tamten dostal dobre dwie minuty rozmowy i mnostwo usmiechow, a ja tylko krotkie stwierdzenie, ze mam jechac za samochodem przede mna...

Kolejna dziewczyna, tym razem szczupla, zalatwila goscia po wymianie dwoch czy trzech zdan. Gdy przyszla moja kolej - skierowala mnie w innym kierunku (tj. na parking) stwierdzajac przy tym, ze ten przede mna to byl wlasnie brat Shakin' Stevens'a...

Zaparkowalam, i stanelismy cierpliwie w mega-kolejce. Wial wiaterek, pole zastawione bylo czterema dlugimi rzedami samochodow, ktorych zreszta caly czas przybywalo. Osoby w kolejce trzymaly rozne rzeczy: koszyki z nit-pick'em, skladane krzesla, koce, plandeki, a nawet male namioty. P. przygotowal nam wprawdzie kanapki i trzy parasolki, ale nic poza tym. Przypomnialo mi sie, ze widzialam u niego w bagazniku dluga rolke z folia, ktorej syn P. uzywa do wyscielania siedzen samochodowych, gdy Maciejem ma jechac jego dziewczyna...

Kolejka stala grzecznie, ale nie posuwala sie prawie do przodu. Byla juz 18:10, zaczynal siapic deszcz, MMZ nudzil, bo byl prosto ze szkoly i glodny. W miedzyczasie wielkie pole zamienilo sie w obrzymi car-park, przyjechaly nawet autokary...

piątek, 04 lipca 2008
Nigdy sie nie naucze!?!

Wzielam sobie dzis dzien wolny od pracy, bo ostateczne terminy skladania prac zaliczeniowych na studia wisza mi tuz nad glowa i lada dzien przyloza mi jak obuchem... - totez, jak wlasnie pisalam, wzielam dzis dzien wolny, i obiecalam sobie, ze postaram sie nadgonic pisanine (szkoda mi roku!).

Czy nadgonilam? Alez skad!

Rano, posiedzialam nim MMZ sie obudzil nad moja codzienna praca zarobkowa, choc zakladalam sobie, ze jej nie dotkne. Ale ludzie czekaja, wiec wlasciwie ten moj "dzien wolny" tak troche ni przypial, ni...

MMZ wreszcie raczyl wstac, zawiozlam Go do szkoly, i nieopatrznie obiecalam pomachac na droge (mieli dzis szkolna wycieczke autokarem - muzeum zycia wiejskiego ogladali!) To byl blad, bo okazalo sie, ze autokar jest spozniony, i nim pojechali to mi pol godziny ucieklo z planu...

Wrociwszy do domu mialam w planie wyjazd na caly dzien do biblioteki pobliskiego college'u, by popisac prace w spokoju. Ale przypomnialo mi sie, ze pranie czeka od dwoch dni - coz, godzinka mnie nie zbawi, a pranie zrobic trzeba. Zrobilam. Czekajac na pralke stwierdzilam, ze wykorzystam czas na zalegle telefony i mail'e - w wiekszosci znow zwiazane z praca codzienna... Zaczelam dzwonic. Jeden telefon pociagal za soba drugi, ten znow mail'a, etc. i godzina nie wiadomo kiedy przeleciala. Mialam wychodzic, ale stwierdzilam, ze zjem spoznione sniadanie (ja zwykle sniadan nie jadam, niestety... tak, wiem, ze to nie jest dobrze, ale cos - ten typ tak ma).

Zjadlam. Potem zajelam sie innymi sprawami. W rezultacie do college'u dojechalam pozno, bo juz po 13-stej. Wybralam ksiazki, znalazlam cichy kat, i zaczelam pisac. Skonczywszy jedna samoocene skusilam sie na rzucenie okiem na informacje z biura (ciekawilo mnie, jak szefowa rozegrala owa sprawe, o ktorej wczesniej wspominalam). Ze zdziwieniem znalazlam chyba z 10 pilnych e-mail'i (poczte sprawdzalam tuz przed opuszczeniem domu, wiec stwierdzilam, ze pewnie pilne sprawy, bo tyle na raz). Zanim je przeczytalam i na nie odpowiedzialam (czasem piszac rozne e-mail'e do kilku osob) zrobila sie prawie trzecia. Przygotowalam zarys pozostalych prac (przy czym znow sie wkurzylam, bo bylam pewna, ze zarys juz mam... ale moze bylo to na domowym kompie?)...

W miedzyczasie wpadla moja byla studentka i znow troche nam sie zeszlo...

Pojechalam po MMZ i juz na poczatek zapowiedzialam, ze bedzie mial wczesna kapiel i lulu... Oczywiscie nie udalo mi sie: zasnal kolo 22-giej. Teraz znalazlam klucz do Office'a, wiec go zaladowalam... troche to trwalo, drugie troche sprawdzanie poczty i wiadomosci... i znow nie mam czasu na pisanie. Jutro bedzie podobnie - tj. nie bedzie czasu, bo pewnie wroce dopiero kolo 23-ciej z koncertu. Swoja droga zobacze znow na zywo moja stara wielka Milosc, ktora "nigdy nie rdzewieje"... Ostatni raz widzialam Go bedac z MMZ 5 czy 6 m-cy w ciazy. Pamietam jak wowczas dziwilam sie, bo spiewal tak samo jak ponad 10 lat wczesniej w Polsce. Teraz juz widac po Nim wiek. Ciekawe jak bedzie ze spiewem. Chociaz, z drugiej strony, to On w ub. weekend wystepowal w naszym hrabstwie i jakos chyba az tak tragicznie nie bylo... :) Jesli o mnie chodzi to wielka milosc juz dawno przeszla, ale zostala cala masa wspomnien (jak np. wyjazd na pierwszy koncert z moja platoniczna miloscia, czy wieczory spedzane przy LP Programu III-go...)... ech, to byly czasy! :))

 
1 , 2
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>