Moje codzienne zycia kawalki...
wtorek, 31 lipca 2007
Otoz co bylo...

Dzien pedzi za dniem jak szalony, a ja coraz bardziej oddalam sie od ubieglego tygodnia; to tez chyba najwyzszy czas o nim napisac (nim ucieknie w zapomnienie)...

W poniedzialek odwolalam prace w T., bo mialam pol falszywego alarmu rodzeniowego (tj. szczerze mowiac chcialam i tak odwolac, bo bym nie wyrobila sie z pakowaniem, etc. na wyjazd do PL, ale rano okazalo sie, ze musze isc do szpitala, bo A. powinna byla juz dawno urodzic, a moj wyjazd sie zblizal...). Pojechalam do szpitala. Okazalo sie, ze Dzidzius ma sie dobrze, a A. kazano powrocic w sobote na wywolanie porodu. Niestety, juz beze mnie. Troche mi bylo szkoda, ze nie bede mogla Jej pomoc w godzinie potrzeby, ale coz...

Wrocilam do pakowania. Potem byl jeszcze wtorek - tym razem w pracy w G. Wkurzylam sie troche, bo okazalo sie, ze szefowa zrobila zamet wsrod pracowniczek (dwoch) i wmieszala w to moja skromna osobe. Chcialam sprawe wyjasnic (pracownice, a wlasciwie jedna, sie czepialy, a szefowej nie bylo akurat), ale mi nie dano, bo to mogloby im jeszcze bardziej zaszkodzic. Coz, w takim razie pozostalo jedynie myslec o jak najszybszym szukaniu innej pracy, bo takiej atmosfery nie lubie. Grrr. Wrocilam po poludniu i zaczelam sie pakowac dalej. W miedzyczasie odebralam MMZ, rozmrozilam i umylam lodowke, przejrzalam duzo rzeczy, spakowalam papiery (mialam nadzieje ja zalatwic rankiem w srode, przed wyjazdem z hotelu), odszukalam kilka zagubionych dokumentow i wreszcie o 22-giej wyruszylismy w strone Ashford. MMZ byl w swietnym humorze i przez pierwszej poltorej godziny podroz minela nam na smiechu. Pozniej zrobilo sie ciemno, MMZ zasnal, a ja jechalam w miare pustymi drogami (najpierw A303, potem M3, M25, itd az do Ashford). Dojechalismy tam bez przygod po pierwszej w nocy, z trudnoscia dobudzilam MMZ. Poniewaz zaparkowalam pod Travelodge dosc daleko od wejscia (parking byl pelen), a mialam sporo toreb w samochodzie, to obwiesilam sie nimi jak wielblad by nie wracac potem odebraniu klucza do pokoju. Dotarlismy z MMZ do recepcji, ale nie bylo tam nikogo. Nie przejelam sie tym zbytnio, bo w tym hotelu juz bywalam, i wiedzialam, ze gdybym nawet przyjechala pozniej (juz mi sie kiedys zdarzylo dojechac po drugiej w nocy i nawet dzwonilam, wowczas, by uprzedzic...), to i tak ktos tam bedzie. Pokoj mialam oplacony z gory, wiec juz oboje z MMZ marzylismy o cieplych lozkach i snie az do conajmniej dziewiatej...

Wg instrukcji nacisnelam na przycisk z napisem: "PAGE"...

niedziela, 29 lipca 2007
Tuz przed kolacja
Pozdrawiam Wam wszystkich serdecznie, zapraszam na resztki urodzinowego tortu (mniaaaam) i obiecuje sobie opisac ostatnie dni jutro, o ile uda mi sie wejsc na Internet...
niedziela, 22 lipca 2007
Weekend

Wczoraj bylismy w Barrington, a dzisiaj - mimo zdecydowanie lepszej pogody - siedzimy w domu. Tj. za niecala godzinke pojedziemy do kosciola, ale oprocz tego i basenu rano nie wychodzilismy. Najpierw bowiem bylo spoznione sniadanie (dojadamy ostatki, bo chce lodowke przed wyjazdem rozmrozic, wiec od dwoch tygodni nie robilam duzych zakupow). Potem przeczytalam o wypadku pielgrzymow z okolic Szczecina. Szczecin od razu na mysl przywodzi D., wiec w jakis sposob to jakby mnie rowniez dotyczylo. W dodatku wczoraj poznym wieczorem rozmawialam z Aska z Paryza (nagle bez zapowiedzi zadzwonila, i nawet dosc dlugo pogadalysmy)... Tak wiec ruszyla mnie ta relacja bardziej, niz inne i przez jakis czas sledzilam wiadomosci. Potem trzeba bylo sie jednak zajac czyms tak banalnym jak gotowanie obiadu. Po obiedzie zaczelam przegladac papiery... ot, tak przed wyjazdem do PL.

Wczorajszy dzien byl takie nieplanowany, a jednak bardzo fajny. Wycieczka nam sie udala. Do tego deser byl ekstra (jesli nie liczyc dwoch tasiemcow). ;)

Wieczorem natomiast mialam przeczucie i poszlam za jego glosem. I faktycznie. Znalazlam zdjecie Kogos Sprzed Lat w Internecie. I dobrze. :)

poniedziałek, 16 lipca 2007
Zabojstwo o poranku

Ostrzegam, ze osoby wrazliwe (uczuciowa badz tez zoladkowo) powinny sobie ten watek darowac... Bedzie bardzo obrazowo (nie dla mojej przyjemnosci, ale by pozbyc sie powracajacej mysli). Ot, taki eksperyment.

Mialam wlasciwie o tym nie pisac, ale pamietam z mojego Critical Incident Debrief (CID) training, ze jesli czegos nie moge sie pozbyc (bo zrobilo na mnie wstrzasajace wrazenie, a wydarzylo sie nagle), to lepiej to opowiedziec ze trzy razy od poczatku do konca, z nastawieniem kolejno na odtworzenie sytuacji, emocje, fakty towarzyszace, etc. Potrojne opowiadanie sobie daruje, ale raz opisze, bo obraz do mnie wraca... (- Kiedys tak mialam, znalazlszy sie twarza w twarz z pozarem w moim segmencie... dluga historia, ale pomogla na to dopiero terapia z CID - przeprowadzona zreszta na mnie samej przez siebie sama, z pomoca sluchaczki-counsellor'ki... (ktora o CID pojecia nie miala, ale cierpliwie wysluchala). Jak mawia Forma - sila wlasnego umyslu jest wielka! ;)

Otoz, sobota powitala nas sloncem (moze nie przez caly dzien, ale sporo go bylo). Przesunelam zaslone od patio doors, i zobaczylam zarosniety ogrodek. Tak... od tylu dni padal deszcz, ze odkurzyc tego zielonego dywanu nie bylo kiedy - teraz nadarzala sie okazja! :) MMZ zasiadl wiec w pokoju do sniadania, ja zas wyciagnelam fly-mower i zaczelam przycinanie. Wlasciwie maszyna, ktora mam w szopie, nie nadaje sie do wysokiej bardzo trawy. Ale z braku laku... tak wiec nastawilam sie na prace miesni rak i plecow, i systematycznie przesuwalam sie ze wschodu w kierunku polnocno-zachodnim. Ku memu zdziwieniu praca szla mi dosc sprawnie; nie wiem, czy to kwestia wprawy (jeszcze dwanascie lat temu stanowczo odmawialam brania kosiarki do reki) czy tez przypadek, ale mimo mokrego gruntu i rosy na trawie nie moge powiedziec, zebym az tak sie tym razem meczyla... Trawa na srodku miala tak z osiem centymetrow, ale przy plotach i kolo szopy wyrosla na wysokosc kolan. Stwierdzilam, ze i z ta wyzsza sobie poradzic musze, bo jak pojade do PL za niecale dwa tygodnie, to mi jeszcze wlascicielka domu zrobi taki numer jak dwa lata temu, gdy pod moja nieobecnosc wyrwala nie tylko wysoka trawe pod plotem, ale takze caly piekny bluszsz. Skosiwszy ponad polowe stwierdzilam, ze wypadaloby zaczac te mokre zbite klaczki chociazby z grubsza sciagnac na bok grabiami. Usmiechnelam sie do siebie slyszac kosiarke u sasiadow w sasiednim terrace i zabralam sie do grabienia. Doszlam do miejsca, gdzie poprzednio byla wyjatkowo wysoka trawa i z niesmakiem stwierdzilam, ze kosiarka musiala niechcacy zlikwidowac jednego z wielkich slimuchow, ktorych jest u nas pelno - zarowno tych ze skorupkami, jak i bez (cos podobnego wielkoscia do naszego polskiego winniczka, ale czy to winniczek, to glowy nie dam). Nachylilam sie, by stwierdzic, czy dobic biedaka nie trzeba i ze zdziwieniem zanotowalam, ze wystaja z przecietego cialka wyjatkowo duze sploty rurek. Po chwili juz wiedzialam, ze przede mna leza zwloki zaby. Noz kosiarki przecial skore i na wierzchu pojawily sie jej wnetrznosci. Byly lekko rozowe i w calosci, ale sladow zycia juz nie bylo. Jakos automatycznie pomyslalam o moich lekcjach biologi w LO, kiedy to balam sie, ze przyjdzie mi otwierac w celach "naukowych" zabe - krazyly takie plotki... Nie chcialam przez cos takiego przechodzic (w podstawowce jakos to nas ominelo). I na moje (i potencjalnej zaby) szczescie w LO tez to tego obrzydliwego czynu nie doszlo. I oto mialam przed soba przekrojona zabe. Oprocz rozowych rurek widac bylo jakiego koloru owa zabka byla. I tutaj zrobilo mi sie podwojnie smutno. Otoz w moim ogrodku zabek raczej nigdy nie ma. Ale w ub. roku byla taka wlasnie jedna - nie wiadomo skad przyszla i po co; w kazdym razie Shadow sie do niej dobieral (zabawke sobie z niej robiac) i musialam ja ratowac. Schowala sie wowczas pod szopa, i wiecej o niej juz nie "slyszalam". Nie wiem jak dlugo zaby zyja, ale na mysl, ze wlasnie bezmyslnie owa znajoma zabke przecielam zrobilo mi sie podwojnie przykro. Biedna. Taka ladna pogoda; sloneczko, ptaszki spiewaja, zielona trawka, a tu taki koniec. Jakze musiala byc przerazona (badz co badz taka kosiarka do przyjemnych dla ucha nie nalezy). I do tego jeszcze nie wiadomo, czy smierc byla natychmiastowa... Przypomnial mi sie w tym momencie jez Tuptus z Bojadel; ktorego to swego czasu owczesny organista przecial kosa (- jak podejrzewam z premedytacja, bo byl powiadomiony o jezu, i o potrzebie uwazania). Biedny Tuptus - zdychal potem dosc dlugo. :( Tutaj na szczescie w nieszczesciu mialam same niezywe juz cialko. Wzielam zabie zwloki na grabie i chcialam rzucic za szope, ale spadly mi zaraz na poczatku i to tak, ze nie moglam juz do nich dotrzec... Mam tylko nadzieje, ze albo szybko sie zeschna (marna to nadzieja, bo dzis caly dzien padalo), albo ze cos je zje... Na szczescie MMZ calego incydentu nie zauwazyl.

Po czym postanowilam, ze nie ma sie co rozklejac - wypadki przeciez chodza po ludziach. Tym bardziej moga chodzic i po zabach. Przeciez specjalnie tego nie zrobilam. Skad moglam wiedziec, ze ona siedzi u mnie pod plotem w garsci wysokiej trawy??? Mimo wszystko niesmak pozostal. Jak to swego czasu EX mowil dosc czesto: jestem zbyt emocjonalna... Ale z drugiej strony, to jesli nie liczyc bazanta, ktory w 2005 popelnil samobojstwo na szybie mojego samochodu, i jednego z dwoch mniejszych ptaszkow, ktory w podobny sposob zginal - rowniez na autostradzie - to nie przypominam sobie, bym jakiegos zwierzaka wiekszego od pajaka-czeresniaka ubila. Nawet myszy byloby mi zal... Choc oczywiscie moge sie mylic; ale jesli ktos pamieta mnie ubijajaca jeszcze cos, to ja o tym wcale nie chce wiedziec! I pomyslec, ze kobiety potrafia zarzynac swiniaki, czy ucinac leb kurze.... Hmmm.

sobota, 14 lipca 2007
Jak potok plynie czas...

Nawet sie dobrze nie obejrzalam, a tu kolejny tydzien prawie przelecial.

W poniedzialek rozmawialam z Paniami zajmujacymi sie pomoca dla szkol - uswiadamialam Je w/s historii, geografii, tradycji, etc. zwiazanych z Polska; chcialy lepiej zrozumiec problemy polskich uczniow (dzieci migrantow z ostatnich lat).... Potem byla praca, a pozniej MMZ'a B/Day Party (udane zreszta).

We wtorek wpadlam do pracy na niecala godzinke, po czym popedzilam do T. na kurs (Skilled Advisor).

We srode to samo, z tym, ze w pracy zeszlo mi sie nieco dluzej, i przez to spoznilam sie na kurs. Juz po kursie podpisalam nowa umowe na wspolprace ze SQ. :) W drodze do samochodu dowiedzialam sie, ze studia zaliczylam pomyslnie, i to wcale nie tak najgorzej! Poprawki wcale nie bedzie. :)) W domu swietowac nie moglam, bo wciaz jestem na dyzurze w/s rodzenia.

We czwartek - caly dzien pracowalam nadrabiajac zaleglosci z dwoch zawalonych w pracy dni.

Dzisiaj od rana zalatana: najpierw MMZ wyjechal ze szkola na wycieczke do Slimbridge (bardzo Mu sie tam podobalo - nawet jak usypial dzis dosc pozno, to jeszcze nawijal...). Ja do pracy (tam rozmowa od serca z Szefem). Potem do domu, potem po MMZ, potem do T. (tam fete odwolano z powodu pogody, wiec po drodze skoczylismy do PCW i na milkshake'a). Pozniej do domu sie przebrac, z prezentem do malego William'a, potem wymienic Macieja na Macka, i dzien zakonczylismy uczta w BHse - oblewanie studiow (dalej nic nie pilam, bo jestem na dyzurze; przy czym po powrocie dowiedzialam sie, ze Szanowny Malzonek Ciezarnej sobie wypil - choc ma Ja wiezc do szpitala jakby co, a w dodatku Szanowna Ciezarna wybiera sie w ten weekend na zwiedzanie Londynu - w 39-tym tygodniu ciazy, kiedy to dziecko jest dzieckiem trzecim, i od tygodnia ulozonym (nie)wygodnie do wyjscia.... Wypada komentowac?

Ide spac, bo lepki mi sie slepia.

ps. Britka - dzieki! Napisze, choc pewnie nic z tego, bo ja wieczorami nie moge...

niedziela, 08 lipca 2007
Z kamera wsrod...

Zycie gwiazdki jest dosc wyczerpujace; w piatek wieczorem mialam przegladac tekst, by nauczyc sie moich kwestii (tak to sie po polsku nazywa?)... "lines" chodzi mi. Ale sie nie (u)dalo, bo co innego wypadlo. Totez z rana w sobote, jeszcze w lozku, przeczytalam kilka scenek ze scenariusza, i uznalam, ze chyba dam rade. (Badz co badz cwiczylam nieco z tekstem w poprzedni weekend.) ;)

Wyjechalismy, jak to zwykle my, z opoznieniem. Strasznie niechetnie tam jechalam: pogoda zrobila sie przepiekna - pierwszy cieply, sloneczny dzien od wiekow. W okolicy byl pokaz lotniczy, w szkole MMZ fete, a i przeciez Poprzedni zapraszal nas na wyjatkowy ponoc wypad do P.Castle... Z powodu spoznienia mialam cicha nadzieje, ze M. z braku laku wejdzie w moja role, i ja bede wolna. Ale nie weszla - przyszlo dotrzymac (wymuszonego w pewnym sensie) slowa... Zaczelismy z poslizgiem, stracilam piekny dzien, ktory moglam spedzic calkiem inaczej z MMZ (ktory, nota bene, siedzial grzeczniutko caly czas zajmujac sie soba: a to grajac, to bawiac sie, to znow czytajac...). Ale jakos poszlo, i skonczylismy nawet wczesniej, niz bylo w planach. Mialam zatem nadzieje, ze wrocimy z MMZ do T., by wziac udzial we Mszy sw. (balam sie, ze moze sie nam filmowanie przedluzyc w niedziele). Jednak MMZ zazyczyl sobie odwiedzin u Poprzednika... - nie mialam serca odmowic - Maly byl taki grzeczny caly dzien, ze troche rozrywki Mu sie nalezalo.

Pojechalismy w druga strone... Poprzednik, dosc ucieszony, oprowadzil nas po opustoszalym juz o tej porze show... Nie obylo sie, mimo wszystko, bez denerwujacych mnie incydentow: jak np. P. zapraszajacy nas na rozmowe do swojej caravan, a potem zmieniajacy koszule (wychodzilismy na uroczysta kolacje) bez zadnego ostrzezenia, w mojej obecnosci i przy "swiadkach" na zewnatrz. Ten czlowiek potrafi byc taki irytujacy czasami... W kazdym razie pozniej pojechalismy na ow posilek, ktory skonsumowany zostal z tarasu z widokiem w kierunku morza u podnoza dolinki, z cliff'ami na horyzoncie, z zielenia wzgorz kapiacych sie w uroczych barwach zachodzacego slonca. Starter byl wysmienity, glowne danie takie sobie, ale MMZ zadowolony (poniewaz byla to melina dawnych przemytnikow, to i treasure chest sie znalazl!). Przy okazji MMZ prawie rozcial sobie druga strone brody... Ale wszystko jest OK. Zrobila sie 22-ga (wciaz widno!), gdy wyjezdzalam z okolic P.Castle po odwiezieniu P. na miejsce... Wkurzona nieco bylam, bo MMZ zmeczony, ja zreszta tez, a na 10-ta w niedziele mielismy znow stawic sie w E. na plan. Ustalilismy z MMZ, ze zanocujemy w jakims hotelu/motelu/B&B; bo to i czas, i pieniadz... Ale sie nie dalo: wszystko wzdluz autostrady az do Cribbsc. bylo ponoc przepelnione. Nie zostalo nic innego, jak jechac do domu. Po 23-ciej dotralam do domu. MMZ zaraz ponownie zasnal (spal w samochodzie). Rano pojechalismy znow do E. Tym razem spoznilismy sie tylko o pol godziny. Nagrywalismy w dwoch miejscach (Chinski Osrodek i Piramidy), ale generalnie bylo wesolo i dzien przelecial dosc szybko. Mi w oko wpadl Glen(n)... szkoda, ze taki mlody... ;)

Wrocilismy via T., gdzie okazalo sie, ze byc moze beda mieli dla nas wiadomosc w nadchodzacym tygodniu... MMZ jest bardzo podekscytowany! :) W "tajemnicy" powiedzial mi, ze chodzi o Mariya...

Coz jeszcze? W polowie dnia dzisiejszego otrzymalam wiadomosc od G.; najpierw myslalam, ze chodzi o A. Ale okazalo sie, ze maja problem z O. Oj, cos czuje, ze ten tydzien nie bedzie nalezal do luznych...

OK, czas zabrac sie za czynnosci przed-senne. Dobranoc.

 
1 , 2
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>