Moje codzienne zycia kawalki...
piątek, 26 czerwca 2015
LCL

Nie pisałam znów przez prawie dwa miesiące, ale tym razem miałam powód...

Szóstego maja wróciłam z pracy, zrobiłam robotę "papierkową" (taki mały admin pod koniec dnia), i poszłam wysyłać rezultaty mojej całodziennej pracy... Wysyłać, tj. wydałam odpowiednie polecenia programowi na moim przenośnym komputerku, podłączyłam go do sieci telefonicznej u siebie w sypialni, nacisnęłam "wyślij" i zrobiłam krok do tyłu, bo od tego momentu wysyła się samo, a ja chciałam iśc się przebrać z munduru (a właściwie byłam w połowie przebierania się, bo wszedłszy do sypialni zdążyłam zdjąć spodnie nim zaczęłam proces wysyłania... Tak więc zrobiłam krok do tyłu, i w tym samym momencie zorientowałam się, że tracę równowagę i zaraz się przewrócę. Zdążyłam się zdziwić i zrobiłam dziwny manewr ku lewej stronie, bo chciałam oprzeć rękę o sofę celem odzyskania równowagi, po czym zauważyłam, że zaraz runę obok sofy - przeniosłam więc rękę instyktownie bardziej przed siebie, by nie przyłożyć twarzą. Przelotnie nawet pomyślałam, że jeszcze tego nie było, by stara gropa się tak głupio wywaliła, po czym ręka uderzyła w podłogę. Wiedziałam momentalnie, że dobrze to się nie skończy! Uderzenie - uczucie wyrwania/rozerwania/złamania? - przez chwilę/nanosekundy chyba uczucie uwolnienia, po czym ogromny, wstrętny ból. Krzyknęłam do MMZ, że chyba rękę złamałam i w tym samym czasie włączył się alarm w piekarniku (obiad był gotowy). Poprosiłam MMZ, by wyjął jedzenie z piekarnika. Po czym próbowałam zebrać myśłi, próbowałam się podnieść (upadłam bardzo niefortunnie, bo w wąskim przesmyku między sofą, a biurkiem). Ból był nie do zniesienia: każdy, najmniejszy nawet ruch powodował agonię i wrażenie, że zaraz stracę przytomność. Pomyślałam, że pewnie złamałam rękę (nigdy w życiu nic złamanego - oprócz zęba i serca - nie miałam). Poprosiłam MMZ, by znalazł coś długiego i sztywnego do podwiązania ramienia, oraz by naszykował mi spódnicę, bo nie wyobrażałam sobie zakładania spodni w tym stanie. MMZ w panice (niby jej nie pokazywał, ale przejął się bardzo) przyniósł mi cienką metalową listwę (taką z ostrymi haczykowatymi zębami - do łączenia dywanów między pokojami), i do tego taśmę taką jak do paczek, tylko białą - obie rzeczy beznadziejne, ale w desperacji próbowałam tym się obsłużyć... Z wielką trudnością wstałam, założyliśmy mi spódnicę, i udało mi się dotrzeć do dużego pokoju. Tutaj ostatkiem sił przycupnęłam na brzegu sofy i już ruszyć się nie mogłam, bo ból przy najmniejszym poruszeniu był straszliwy. Było mi słabo, chciałam się oprzeć bądź częściowo położyć, ale tymczasem trwałam na krawędzi siedzenia i walczyłam sama ze sobą, by nie stracić z bólu przytomności.

Poprosiłam MMZ, by zadzwonił po karetkę. Telefon stacjonarny mamy nieprzenośny, taki z tradycyjnym kablem... a operator z koordynacji życzył sobie, bym podeszła do telefonu. Odmówiłam, bo po prostu nie czułam się na siłach. MMZ odpowiedział na zadawane pytania, ja starałam się koncentrować na oddechu, bo nie myśleć o bólu. Syn odłożył słuchawkę, i oznajmił mi, że wysyłają "non-emergency ambulance", a na kolejne moje pytanie - że nie wie jak długo trzeba będzie czekać. Wytrzymałam 20-ścia minut, po czym zażądałam, by dzwonił ponownie. Okazało się, że karetka "non-emergency" nie została nawet jeszcze wysłana..

* * *


C.d.n

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>