Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 29 czerwca 2011
Godzina 19:45

Dziś po Mszy po raz pierwszy udało nam się zostać na próbę odbywającą się w połowie wieży kościelnej. Już dawno (tj. od ostatniej przeprowadzki) nosiliśmy się z takim zamiarem, ale zawsze w środę wieczorem przypominało nam się po czasie... Dziś byliśmy w idealnym miejscu: nie było zapominania czy innych wymówek (choć fakt, że nikt nam nie wymawiał nigdy - bo i nikt o naszych zamiarach nie wiedział wcześniej). W każdym razie przejdę do sedna: dziś o 19:45 zostaliśmy bellringers. Może zresztą to za wiele powiedziane, bo to dopiero początki (i uprzedzono nas, że z pół roku regularnego dzwonienia minie, nim poczujemy się jako tako oswojeni z dzwonami). Ale dzwoniliśmy oboje i cała okolica chcąc-czy-nie-chcąc naszego dzwonienia słuchała. :P

Wbrew pozorom to prawdziwy kunszt: trzeba mieć wyczucie, koordynację, skupienie, obserwację i cierpliwość do nauki. Ale za tydzień pierwsze indywidualne lekcje dla MMZ i dla mnie (dziś byliśmy zespołowo) - mam nadzieję, że się wciągniemy. :)

niedziela, 26 czerwca 2011
Szkolna wycieczka

MMZ wyjechał do Londynu. Wyjechał trzy dni temu i już wrócił, ale by pamięć o wyjeździe pozostała, to zacznę od środy. :)

Z samego rana zerwaliśmy się, dokończyliśmy pakować anuszkę i plecaczek, i popędziliśmy na zachód: do starej szkoły MMZ. Procedury przedodjazdowej nie będę opisywać: dość powiedzieć, że pięć po ósmej z rana odjechał ich autokar zabierając MMZ i siedzącego obok na niego (na kole!) kolegę B. (i oczywiście całą resztę klasy, wraz z opiekunami). Ja zaś pojechałam sobie do domuku, by przygotować się do pracy.

Przez owe trzy dni nie miałam wieści od MMZ, ale zastosowałam podejście typu "no news = good news" i nie przejmowałam się ani nie martwiłam. :) Za to znów owe dni przeleciały nie wiadomo kiedy i nie udało mi się zrealizować wielu z moich zamierzeń. :/

Wieczorem dnia pierwszego zasnęłam przed TV i to w czasie ciekawego programu, który miał mnie przekonać do chwastów. Fakt, zmęczona byłam, bo poprzedniej nocy spałam tylko z pięć godzin, a i to nie jednym ciągiem. Poszłam zatem spać tuż po 22-giej, ale już o 1:30am byłam prawie wyspana! Udało mi się dociągnąć do 4-tej, i klops. Przez to wszystko wstałam spóźniona, a i cały dzień ułożył się nie tak jak sobie planowałam. Zresztą i tak nie do końca należał on do mnie, bo wieczorem musiałam jechać do przyszłej szkoły MMZ na spotkanie z Jego nowym wychowawcą. Nowy wychowawca okazał się wychowawczynią - przyjęła mnie z ponad półgodzinnym opóźnieniem: nie byłam zachwycona, bo wieczór był piekny (słoneczny i ciepły), a działka leżała odłogiem z powodu ostatnich opadów deszczu... Ogólnie jednak wyszłam zadowolona, bo trafiwszy na pięknie piszący długopis powypełniałam wszystkie formularze jak trzeba było, zapłaciłam za powakacyjny wyjazd MMZ (integracja ma być!) i dowiedziałam się, że MMZ będzie z tymi kolegami w klasie, z którymi chciał być. :)

W piątek miałam spotkanie z PS (hurra!), a potem jeszcze dwie godzinki pracy. Po powrocie do domu, a właściwie wprost na działkę niewiele zostało już czasu. Mimo wiszącego w powietrzu deszczu udało mi się posadzić żałobny słonecznik, oraz kilka krzaków domowej kultywacji roślin, plus swieżo zakupioną malinę, czerwoną porzeczkę i dwie porzeczki czarne. :)

Czas było pędzić po MMZ i po drodze dziękować Bogu za to, że powstrzymał deszcz do momentu, aż znalazłam się w samochodzie. :D Po MMZ dotarłam z pięciominutowym opóźnieniem (korek), a On i tak już czekał (w zasadzie to czekał już tylko On, koleżanka, Wychowawczyni i Dyrekcja)... Przywiózł mi prezenciki (bless!) i siebie z mnóstwem wrażeń z wyjazdu. :)

Dzisiaj zaś po pracach domowych i malowaniu (nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo wyszłam z wprawy! Uff! W dodatku czuję, że rymuję!!!), udałam się z MMZ do Y-ton na Mszę na świeżym powietrzu. Pięknie było.

Jutro rano Msza u nas, potem Pierwsza Komunia u Siostry B. i polski obiad. Idę spać, bo potem nie wstanę na czas! (Nie cierpię nie móc się rano wyspać)... Dobranoc!

wtorek, 07 czerwca 2011
Nowa szkoła: dzień pierwszy

Dzisiaj MMZ poszedł po raz pierwszy do nowej szkoły. Wrażenia ogólnie pozytywne, choć poranek do tych łatwych nie należał: w trakcie szykowania MMZ'wi lunch'u przyjechali budowlańcy i w ciągu kilku minut nerwowa atmosfera przygotowań zrobiła się jeszcze bardziej napięta. Nie pomógł zapewne fakt, że już po pierwszych minutach ich gościny pod moim dachem odłączoną miałam wodę, a meble i takie inne wynoszone były na zewnatrz, gdzie właśnie zaczął kropić deszcz... ja zaś w domu stwierdziłam nagle, że zapomniałam wyjąć pieczywo z zamrażalnika i nie miałam z czego robić kanapek! MMZ natomiast w tle domagał się pomocy przy znalezieniu spodenek gimnastycznych...

Dotarliśmy do szkoły na czas i okazało się, że jesteśmy spóźnieni: pewna rozgarnięta recepcjonistka podała nam błędną informację i okazało się, że lekcje zaczęły się pięć minut wcześniej.

Poza tym reszta szkolnego dnia minęła OK.

Jutro będziemy testować nowy szkolny półinternat...

* * *

Na zakończenie dodam ku pamięci następujące zwroty, które wprawdzie dla Czytelników i Czytelniczek wielkiego sensu nie będą miały, za to dla nas są obecnie podstawą do śmiechów i chichów:

MMZ'a: "I fizzed up my Fanta", "Boo clop"

Moje: "a blooming stroke of luck", "ja-bye-bye", "sex education... did you have?"

P: "you are having a new tart?"

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>