Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 25 czerwca 2009
Noc Swietojanska...

Wracajac dzis z MMZ z B. (mialam byc wizytatorem, ale skonczylo sie na pogaduszkach i wymianie papierzysk) mielismy przyjemnosc ogladac przesliczny zachod slonca. W pewnej chwili mialam to zjawisko za soba, i udawalo mi sie dojrzec przynajmniej jego czesc w lusterkach. Te barwy, te widoki! Cos niesamowitego. Nawet MMZ sie calkiem spontanicznie zachwycil, i tylko zal mi bylo, ze nie mialam gdzie sie zatrzymac, bo owo cudo zdjac...

W pracy jest co robic. Na studiach tez. Na kursie - takoz. W domu nie wiadomo w co rece wlozyc. I co tu sie dziwic, ze nie pisze?

Dzis, mimo pozniej pory, Dziecku o Kwiecie Paproci basn Kraszewskiego bodajze czytalam. Zmeczony byl chyba, bo na koniec zapytal, "co autor mial na mysli"? ;) Chyba, ze staropolska gwara do Niego nie przemówila tak, jak wspólczesny polski... Coz, jutro sie dowiemy.

MMZ wlasnie z ciemnosci swojej sypialni zakrzyknal, ze nie musi miec dwóch zebów wyrywanych, bo jeden Mu sie juz buja... Whooopee! :/

I tym pogodnym akcentem zakoncze ten wpis, bo dzis rano wybudzalam sie ze snu miedzy 6:15am, a 7:55am co 15-scie minut... a i tak ledwo wstalam...

Dobranoc.

 

sobota, 13 czerwca 2009
Czas na...

O BR zapomnialam juz, ale tylko do wczoraj, bo wczoraj MMZ pilke kupiona na rynku w Ford przekopal za plot do sasiadow. Mysle, ze mozna o niej zapomniec. Niby strata zadna, bo tania byla, a jednak zal - fajnie mi sie z Nim "w noge" nia kopalo...

Dzis bylismy w Forde Abbey. Mimo, ze nie udalo nam sie zobaczyc domu, to ogród i tak wystarczyl: rewelacyjne kolory, widoki, zapachy. I jeszcze do tego scigajacy nas gejzer. Jak wywolam zdjecia (z komórki i komputera) to beda. ;) W kazdym razie PO-LE-CAM (Forde Abbey, a nie zdjecia)! Aha, jadlam dzis bazanta w sosie jablkowym. Byl OK. Ale jeszcze lepsze byly kury i mazurki...

Przedwczoraj gralismy z MMZ kolo domu w mala pileczke; bylo bardzo przyjemnie. Dziecko mi rosnie rewelacyjnie (i lepsze podejscie Chlopak ma do zycia, i meznieje, i ogólnie fajny bardzo jest!). :)

Ja caly czas w rozjazdach, a najchetniej to bym na benefitach siedziala jak niektórzy: dzis mi przyszedl rachunek za opieke nad dzieckiem za maj: £305! Naprawde sie do pracy nie oplaca chodzic. Ale oczywiscie chodzic bede, bo ja nigdy na benefitach siedziec nie chcialam i wole byc zatrudniona i Dziecku odpowiedni przyklad dawac, niz by wyrósl z Niego pasozyt. Zreszta: dzieciatko mi dzis zakomunikowalo, ze jesli juz mialabym siedziec w domu przez caly tydzien w charakterze opiekunki do Niego, to On sie zgadza, ale tylko na ponizszej zasadzie: dwa dni ze mna, dwa z obecna opieka, a dzien z P. - jak zwykle... LOL

Za ciutke ponad miesiac znow ruszymy w swiat. Tym razem bedzie gorzej, bo Spotty bedzie nam towarzyszyl. Nie wiem jak sobie poradzimy z pakowaniem, a potem z podróza, bo z tym co bylo porównania byc nie moze. Ale jakos to bedzie... ;)

Dzis MT urodzinki. "Will you still need me? Will you still feed me?" :) Wszystkiego najlepszego!

OK, czas leciec zajac sie soba. Pa!

sobota, 06 czerwca 2009
Za nami...

Za nami juz maj - nie wiadomo kiedy minal.

W miedzyczasie byly bardzo fajne, ale jakze krótkie weekend'owe wakacje w BR. Zajechalismy jak zwykle pózno - ja pracowalam do 5:30pm, a potem jeszcze w domu trzeba bylo zrobic, etc. W rezultacie po ósmej jedlismy obiad w Little C. niedaleko Stourhead. Wkurzona bylam, bo znow mi sie oplacona obiado-kolacja wsciekla. Ale coz. Za to zadowolona bylam z kolejnej zmiany rezerwacji - tym razem na lepsze - i naprawde warto bylo. :)

W sobote z rana (znów spóznieni - story of my life) udalismy sie do Amberley. P. juz czekal. Dzien byl bardzo udany, ale poodbijalam sobie stopy (sama nie wiem dlaczego, bo w tych sandalach od trzech lat chodze... well, chodzilam - teraz mam juz inne). P. wrócil do siebie póznym wieczorem, a my z MMZ udalismy sie po zakupy.

Niedziela byla goraca, i spedzilismy ja praktycznie w calosci w Hotham Park: byl spacer, i gra w pilke nozna, plywanie rowerami wodnymi, przejazdzka ciuchcia i lody. :) Wieczorem poszlismy do mojej starej parafii na Msze. :)

Podjelismy tez decyzje, by zostac do wtorku. W poniedzialek zalatwilam co trzeba bylo (w tym male przenosiny), ale rezultat byl swietny: MMZ poszedl sobie szukac towarzystwa do gry w pilke, a ja siedzialam na balkonie i czytalam ksiazke. Nareszcie zaczelam sie relaksowac. Niestety, po godzinie trzeba bylo isc na obiad i relaks sie skonczyl. Nagle docenilam wczasy z lat 70-tych: takie dwa tygodnie urlopu w jednym miejscu bez zaganiania BARDZO by mi sie przydaly. Niestety, pewnie przyjdzie mi najpierw umrzec, niz sie takiego czegos doczekac (na ten rok finansowy zostaly mi 3.5 dni urlopu!).

Aha, zapomnialam dodac, ze wczesniej jezdzilismy na trójkólce we dwoje: bylo duzo smiechu! Ale co dobre to sie szybko konczy. We wtorek po BH bylismy na 9:30 w holiday-club oddac MMZ, po czym popedzilam do pracy. Ech, szkoda...

Mialam napisac nieco wiecej, ale czas juz isc... do nastepnego wiec!

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>