Moje codzienne zycia kawalki...
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Tuz przed snem

Znow o tydzien jestem starsza... Alez ten czas leci! (to chyba najczestsze przemyslenie w moich obecnych refleksjach)...

We czwartek bylam w Dorset na konferencji, i spotkalam Krysie. Nie widzialam Jej juz z rok - nic sie nie zmienila, pracuje w CAB. I dobrze, ze wlasnie Ja wspomnialam, bo mi sie przypomnialo, ze prosila mnie o kilka materialow na Jej stand. :) Musze wyslac!

Piatek mialam ciezki; rano pedem do T. podwiezc pieniadze na zdjecia (+ zamowienie), potem do pracy - spotkanie z facetem z CC, to znow 1-2-1, i juz trzeba bylo wracac. Wczoraj przesiedzielismy praktycznie w domu, bo pogoda nie taka jak trzeba, a i ja papiery rozbabralam. Dzis zas tez zaczelismy od domu, potem skoczylismy do Globusa (kiepski byl), znow do domu, i do T. MMZ pierwszy raz w zyciu do Mszy sluzyl, i wygladal jak aniolek. :) Nawet dobrze Mu poszlo. ;) Poznym wieczorem zas znow zadzwonil Nigel, i tym razem pozwolilam mu pogadac (choc tak czy inaczej musialam zainicjowac koniec rozmowy sama)... Wkurzyl mnie swoimi odzywkami znowu, ale i usmialam sie, bo najpierw probowal sie wprosic, to znow czepial sie kazdej mojej przygryzki na swoj temat jak tonacy brzytwy (teksty typu: a co, proponujesz? dajesz mi szanse?, etc.)... LOL

Znow mi dwa dni przez palce uciekly, znow malo zrobilam, ale stresowac sie nie bede. Jutro jest nowy dzien. (Z tym, ze musze odstawic MMZ wczesnie, bo egzamin o 9-tej prowadze.)

poniedziałek, 16 czerwca 2008
Spotkanie po latach (cz.3)

Dzis mam malo czasu, wiec by sie zadosc stalo zyczeniu Britki bedzie "tresciwie i z opisami przyrody!":

Spotkalismy sie, rozmawialismy. Dzien byl pochmurny, choc momentami przygrzewalo sloneczko. Drzew nie bylo zbyt wiele - wiadomo, centrum Londynu (choc to nie jest regula). Potem poszlismy na spacer. Ptakow nie bylo zbyt wiele, a jesli juz, to golebie. Mew nie zauwazylam. Minelismy kilka drzew, sporo kwiatow (ale w skrzynkach) - kwiaty byly piekne; graly gama kolorow, swiezoscia zieleni, interesujacymi kompozycjami. Potem sie rozstalismy na wieki, wiecej grzechow nie pamietam, i takie tam. Wrocilam na lono rodziny. Pamietam, ze w poczatkowej drodze powrotnej grzalo slonce, a pozniej juz mniej...

niedziela, 15 czerwca 2008
Spotkanie po latach (cz.2)

Operator okazal sie byc zajety, wiec czekalam w kolejce. Ale napiecie roslo - by zadzwonic musialam przejsc na druga strone Covent Garden, i oczyma wyobrazni widzialam jak MPM przychodzi, rozglada sie, stwierdza - zapewnie z ulga w duszy - ze zarty sobie jakies robilam, i odchodzi, a wraz z nim oddala sie okazja wyjasnienia sobie pewnych spraw...

Wreszcie dostalam polaczenie. Operatorka bez zdziwienia przyjela do wiadomosci fakt, ze machina funta mi polknela (nawet o numer nie zapytala, choc oczywiscie zapewne wyswietlil sie jej automatycznie, ale przeciez moglam zdzwonic z innego...). Zaproponowala mi "reversed charges", ale pomyslalam, ze to juz bylby szczyt bezczelnosci... Po zalatwieniu sprawy udalam sie do budki obok - zadzwonilam na numer MPM, ktory po chwili odebral i oznajmil mi, ze wlasnie jedzie autobusem, i bedzie za ok. 10 min.

Z ulga odetchnelam. Z ulga, bo dawalo mi to szanse na znalezienie UB. Skoczylam do pobliskiego Boots - kupilam przy okazji drobiazg dla siebie, a przy okazji zapytalam o WC. Okazalo sie, ze umowilam sie o krok od przybytku...

Odswiezona, uspokojona, czekalam na rynku i zastanawialam sie, czy przyjdzie. W pewnej chwili podszedl jakis starszy pan - wygladal jakby kogos szukal, ale nie pasowal mi wiekiem. Niedlugo potem pojawil sie dosc nagle MPM. Nic sie w zasadzie nie zmienil - tj. wygladal na 15 lat starszego, i zmalal jakos tak, ale ogolnie wygladal podobnie, i jak zwykle byl elegancko ubrany...

sobota, 14 czerwca 2008
Spotkanie po latach (cz.1)

Mam wolna chwilke, czekajac na gotujacy sie obiad, wiec sprobuje opisac chociaz wtorek - bo bylam wowczas zmeczona, wiec i wspomnienia pewnie niezbyt dlugo sie zachowaja...

Spac poszlam kolo pierwszej, a juz o czwartej musialam wstac, bo trzeba bylo jechac po MSH, MMSH, MM i CH. Wyjechalismy zaraz po wpol do piatej w kierunku lotniska w B. Siostra z Mezem i Zoska zostali, a my - trzy kobiety - pojechalysmy w strone slonca. Doslownie, bo swiecilo mi w oczy przez prawie cala droge...

Poczatkowo podroz byla powolna: zaczepilysmy o kawalek B, potem przejechalysmy przez drugie B., i boczna droga przez C. - gdzie mialam sie poltora roku temu przeprowadzic... Wreszcie dolaczylysmy do M4; praktycznie od poczatku podrozy z B. CH spala - zawsze mnie to troche irytuje, gdy ktos przyjezdza z nastawieniem na zwiedzanie czy ogladanie Anglii, a potem spi w podrozy. Ale tutaj moglam to zrozumiec - badz co badz ma swoje lata, a i schorowana, to mozna wybaczyc. :) Wreszcie zatrzymalysmy sie na services juz po minieciu Heathrow. Ostatni chyba raz zatrzymalam sie tam, gdy MMZ mial chyba niecale dwa latka - pamietam, bo kojarzy mi sie z karmieniem Go rusk'sem rozdrobnionym w mleku... :))

Do Hammersmith towarzyszyl nam korek, i zaczynalam juz sie denerwowac, ze nie wyrobie sie na czas - bylam umowiona w Covent Garden na 11-sta, a po drodze mialam jeszcze przesiasc sie na tube, i zostawic gdzies w miare centralnym miejscu MM i CH.

W desperacji pojechalam przez Hammersmith Bridge - przez Putney (gdzie kiedys mieszkalam), Putney Bridge, i zaparkowalam na moim nowo-odkrytym, w miare tanim parkingu. Do Leicester Square dotarlysmy na dwadziescia minut przed 11-sta. Zostawilam Dziewczyny w kafejce, a sama poszlam z mieszanymi uczuciami na umowione spotkanie. Emocje mialam bardzo sprzeczne: nie widzialam MPM od trzynastu bodajze lat, wiedzialam, ze niewiele sie zmienil (widzialam go na zdjeciu w Internecie kilka lat temu). Jechalam w konkretnym celu, ale nie da sie ukryc, ze bylam ciekawa, czy faktycznie niewiele sie zmienil, co mysli o tym, co bylo, i chcialam mu dac szanse na jakies wytlumaczenie czy dopowiedzienie - delikatne zamkniecie zatrzasnietych kiedys drzwi. Jednoczesnie mialam swiadomosc tego, jak niekorzystnie wygladam: biorac pod uwage krotki sen, brak makijazu, etc. Choc z innej jeszcze strony, to pocieszlama sie, ze tak jest lepiej - nie jechalam badz co badz na podryw (- zreszta, gdy sie z nim kontaktowalam, to nie wiedzialam, ze on ponoc wciaz jest z jego piata zona...).

Na miejsce dotarlam o czasie, i bylam troche zdesperowana, bo po wypitej na services kawie zachcialo mi sie do toalety, a nie widzialam nigdzie takowej. Jednoczesnie zaczelam sie zastanawiac nad sensem tego spotkania (wczesniej w pedzie i zmeczeniu nie mialam nawet okazji przemyslec co powiem i jak to ma wygladac). Spanikowany, przemeczony umysl zadal natychmiastowego odwrotu; tym bardziej, ze MPM nie bylo nigdzie widac, a nasza pizzeria okazala sie nieistniec (- i pomyslec, ze jeszcze z 10 lat temu tam jezdzilam - naprawde robili pyszna pizze) - glupio mi bylo krecic sie kolo jadalni, gdzie wcale nie zamierzalam nic jesc...

Minelo piec minut, dalam mu nastepnych piec. Po czym stwierdzilam, ze jesli probuje on mnie robic w noge, to wciele w zycie plan nr 2 - bylam przygotowana na skok do jego pracy - niedaleko wszak... Pomyslalam jednak, ze moze utknal gdzies w korku, i postanowilam do niego zadzwonic. Nie z komorki oczywiscie, bo nie chce, by znal moj numer, ale z budki. Znalazlam dwie takowe (stojace plecami do siebie), wyjelam funta (drobniej nie mialam) i zaraz na poczatku okazalo sie, ze aparat telefoniczny polknal monete, ale wcale tego nie zanotowal. Pomyslalam, ze to typowe jak dla mnie - badz co badz jestem od lat "jinxed". Z rezygnacja wykrecilam 100 i czekalam na polaczenie z operator celem odzyskania funciaka...

środa, 11 czerwca 2008
Juz po herbacie

W telegraficznym skrocie (bo pozno - za piec godzin wstaje, a wczoraj spalam wszystkiego trzy godzinki... zmeczona jestem):

Komunia sie odbyla - wszystko (no, prawie wszystko) poszlo OK i ogolnie jestem zadowolniona.

MSH z Malzem i Zoska wrocila szczesliwie do domu. Szkoda, ze byli przelotem, ale dobre i to. :)

MM, MT i MCH wracaja do PL jutro z rana.

Wczoraj zas spotkalam sie z MPM. Sporo wrazen - postaram sie opisac - musze przetrawic (i znalezc czas na pisanie).

Herbata mi sie wlasnie skonczyla, wiec mowie dobranoc i spadam...

niedziela, 08 czerwca 2008
10 dni

Minely prawie dwa tygodnie, a ja nie mam czasu nawet na to, by tutaj zajrzec...

Szybciutko wiec opisze najwazniejsze wydarzenia tego okresu, bo jeszcze chwila i odplyna w niepamiec...

1. Oddalam C&G do IV - wyszlo OK. :)

2. Wyjazd do B w M. Pojechalismy, w piatek 30-go, z MMZ poznym popoludniem - trafilismy na obiad. Zakwaterowali nas wspaniale, pogoda dopisala (choc bylo i mglisto - jak mi sie uda przegrac wreszcie zdjecia z komorki to moze tutaj je wstawie)... MMZ spedzil troche czasu w kopalni... ;)W sobote po sniadaniu wycieczka do miasta (nad morzem wieloryb wylonil sie z mgly, wyszlo slonce) - MMZ pierwszy raz bujal sie na ruchomej oponie, potem pociagiem do Niebieskiej Kotwicy (tam znowu mgla). Powrot i juz sama nie pamietam co dalej - aha, wycieczka nad jeziorko karmic kaczki (widzielismy matke labedzice z piatka Honk'ow). Wczesniej zas posiedzielismy przed domem grajac w gre planszowa - wesolo bylo! :) W niedziele zas, po Mszy, pojechalismy do D.; tam zas czekaly nas nastepujace przygody: wracalismy od mini-studni gdy w odpowiedzi na MMZ sugestie o wzieciu pieniedzy tuz za nami wyskoczyl kot w bardzo dziwnym kolorze! Spooky! Nie znalezlismy duchow wisielcow. Wiewioreczka za to doszla do nas na odleglosc 30 cm - malenka byla. :) MMZ zamowil sobie wielki kawal lemon cake i po pierwszym gryzie zrezygnowal! Grrrr! Ponad £3 do wyrzucenia! :/ Potem byl basen i plywanie w rzece, ktora wcale nie byla Leniwa. :) Na pozegnanie przepiekny zachod slonca. W poniedzialek MMZ nie poszedl do szkoly z powodu przejsciowych-chwilowych.

3. We wtorek odezwal sie out-of-the-blue N. Dwa dni pozniej ponownie, ale tym razem nacial sie na MT (przyjechali wszyscy zapowiadani!) :)

4. Po ciekawym noclegu, w ktorym w naszym malym mieszkanku przespalo w roznych warunkach dodatkowych piec osob (i tak np. CH na katafalku, MSH z MMSH na pojedynce, etc.) Goscie mogli sie rozgoscic w nieco lepszych warunkach... :)

5. Dzisiaj bylo troche latania, ale pozytywnie. :) Na koniec nawet Biskup byl, i Barbara nie mogla byc nr 1.

6. MMZ odbyl swoja druga, ale pierwsza ebtiskw. :)

7. Powinnam isc spac, a dalej siedze....

Dobranoc.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>