Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 28 czerwca 2006
Co sie zas tyczy...

... pracy (o nowej pracy pisze oczywiscie) to wydaje sie byc OK. [Juz slysze Teodozje (moja licealna polonistke) jak mowi: "to niech ci sie nie wydaje...".]

Wczorajszy dzien byl troche meczacy - spotkalam mnostwo osob, kazdy zostal mi przedstawiony z imienia i stanowiska. Po dziesiatej osobie z kolei przestalam sluchac dokladnie, bo wiedzialam, ze i tak nie zapamietam dokladnie. Koncentrowalam sie na stanowisku (bo imiona moge sobie sprawdzic z rozpiski). Ale ogolnie milo bylo.

Dzisiaj zostawiono mnie w spokoju - zajelam sie przygotowaniem dnia jutrzejszego (nabor) i rozmowa z jedna z moich "podwladnych". Spodobala mi sie jej postawa. :) Jesli tak dalej bedzie, to bede z niej miala "pocieche". :)Druga "podwladna" zostawilam sobie na inny dzien, bo juz wczoraj z nia troche rozmawialam.

Jestem pod wrazeniem, bo nie tylko wszystko mam na zawolanie, ale i blad (jeden jedyny) naprawili jeszcze tego samego dnia.

Ale nie rozmawialam jeszcze z glownym wspolpracownikiem, a z tego co slysze, to trudny z niego czlowiek. Coz, plan B jest w razie czego. ;) Ale tak od razu nie zrezygnuje - najpierw zobacze, czy warto walczyc. :)

W kazdym razie od wczoraj znow jestem "niezalezna" osoba. Przestaly mi sie nalezec swiadczenia dajace ulge biedniejszym...

Zwalanie sie

Brytfanka napisala, ze nie lubi, jak sie z Nia umawiaja na odczepnego. Ja zas nie lubie, jak ktos sie nie umawia, tylko sie zwala... (ot, polskiej goscinnosci widac u mnie niet...).

Zaczelo sie ponad trzynascie lat temu. Przyjechalam do UK na stale. Mialam £105 na dobry poczatek (mieszkanie wynajete, i zaczelam pracowac, ale kazdy grosz wplacalam na konto bankowe, by nie wydawac). Konto dopiero zalozylam, i choc przyslali mi karte, to nie mialam jeszcze PIN-u...

Poniewaz pracowalam w restauracji, to tam i jadalam wszystkie posilki. W domu (bylo dosc cieplo) mialam jedynie (sic!) litr soku pomaranczowego. Do jedzenia nic, bo bieda byla u mnie i juz. I tu nagle zjawia sie czteroosobowa rodzinka (polska oczywiscie: siostra cioteczna z mezem i dwojgiem dzieci). Niedziela byla, a ona mi od progu: przyjechalismy do ciebie na obiad. Mialam £1.50 (w Anglii raczej nie trzyma sie przy sobie duzej gotowki w gotowce). Z banku wyjac nie moglam. Poczestowalam dzieci sokiem i zaproponowalam moja restauracje (mialam cicha nadzieje, ze szef zrozumie moja sytuacje i poczestuje ich obiadem, a potem mi odejmie z wyplaty - choc z drugiej strony dopiero zaczelam pracowac, wiec mnie jeszcze nie znal...). Poszlismy. Przedstawilam ich szefowi (pochodzil z greckiego Cypru). On bardzo goscinnie przyjal ich herbatka na koszt zakladu. Ogarnela mnie panika... Coz - zastaw sie, a postaw sie! Ale nie mialam co zastawiac. Pieniedzy z karty nie szlo wyciagnac. Nie mialam kogo poprosic o pomoc, a kuzynka (od dziesieciu wowczas lat w Anglii) nalegala, bym w takim razie zaprosila ich do Pizza Hut, bo dzieci chcialy. Nie wiem, moze nie myslala, ze nie mam pieniedzy, a moze wlasnie domyslala sie i chciala dokuczyc? Starsza ode mnie o prawie dziesiec lat, i rzadko sie widywalysmy... W kazdym razie jakos sie wymowilam (dzis powiedzialabym otwarcie, ze nie jestem w stanie ich zaprosic, choc chcialabym, ale wowczas nie bylam jeszcze asertywna). ;)

Ale takie sytuacje nadal sie przytrafiaja. Ot, chocby dzisiaj:

Zdazylam wrocic z pracy i wycieczki do college, rozebralam sie z ciuchow biurowych i wrzucilam na siebie cos wygodnego. Wywalilam na srodek odkurzacz, ale nim zaczelam odkurzac zdecydowalam sie zrobic porzadek z papierami. (To jest moja zmora - papiery wpadaja codziennie przez drzwi i mnoza sie jakos, bo zawsze jest ich pelno.) Powyciagalam jeszcze inne dodatkowe z szuflad, by przejrzec i mialam nadzieje na spokojny wieczor. MMZ zajal sie Pancernymi (ostatni odcinek). Zadowolona wiec zaczlema w papierach grzebac. Nagle telefon; dzwoni Polak oczywiscie i pyta, czy mam telewizor na zbyciu (kiedys mu oferowalam, ale nie chcial, bo akurat na zbyciu mialam). Mowie, ze mam. To on zaraz przyjedzie i wezmie. Mowie, ze "teraz" mi nie pasuje, i ze sama mu zawioze wieczorem, jak bedzie mi po drodze. Za 10 minut dzwoni znow (telewizor mu sie popsul) i mowi, ze on jednak zaraz przyjedzie do mnie, bo nudzi mu sie bez telewizora w pokoju (- wczesniej mowil, ze wlasnie kupil sobie hi-fi, wiec w czym problem??? Czyzby mecz jakis byl w TV?). Mowie, ze teraz NIE i zrezygnowana decyduje sie przelozyc robote papierkowa, i jechac wczesniej niz zamierzalam po mini-zakupy, a przy okazji mu zawiezc. Mowie, ze wychodze za 15min, i po drodze z powrotem mu podrzuce ten telewizor.... 15 minut pozniej dzwoni moj telefon - sprawdzal, czy aby napewno juz wyszlam... :/

wtorek, 27 czerwca 2006
Ech, zycie...

Ech, tez leze i pachne jak Brytfanka, ale co z tego? Za kilka godzin trzeba bedzie wstac i do roboty sie udac. Ech, zycie. Tak fajnie mi sie na wczasach pod grusza siedzialo... Niech mnie ktos pocieszy. :'(

poniedziałek, 26 czerwca 2006
Wczesna noc
MMZ usypia i usnac nie moze. :(
Nie dzisiaj
Nie bylo tak strasznie. Ale zmeczona jestem. Dobranoc.
niedziela, 25 czerwca 2006
Co za dzien!

Odnalazlam dzisiaj kumpla z Londynu, ktorego znam od 19-stu lat, a z ktorym kontakt mi sie urwal jakies dziesiec lat temu... Przegadalismy pol dnia, a ile sie przy tym usmialam... :)

Przypadkiem trafilam tez na Najmlodszego Brata moich dwoch dobrych Znajomych i przegadalismy ostatnia godzine wymieniajac sie wiadomosciami. Nie mialam zadnych wiesci o nich od gdzies dwunastu lat, wiec bylo o czym porozmawiac! :D

W dodatku po raz pierwszy bylam dzis na procesji Bozego Ciala (przelozonej) i bardzo sie zdziwilam.

Do tego jutro zaczynam prace i teraz juz sie zegnam, bo bede musiala rano wstac.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>