Moje codzienne zycia kawalki...
sobota, 24 maja 2008
Gdzie jest Pakunek?
Nie doczekawszy sie odzewu od Pakunka (ktory pewnie robi kariere w Stolicy), a pomocy od nikogo innego, wywalilam technologie i wrocilam do zwyklych zdjec... przynajmniej je widac. :P
niedziela, 18 maja 2008
Aaaaaaaaaaa!

Jest prawie pierwsza... Rano dosc bardzo musze wstac... Za oknem juz drugi tydzien na pelen regulator wrzaski, "muzyka" - ot, party. Podobnie, jak bywalo kiedys z Litwinami. Tydzien temu policja byla, ale widac niewiele pomoglo.  Malo tego, ze za oknem, to jeszcze i naprzeciwko moich drzwi - nie wiem za bardzo co sie tam dzieje, ale jakies pogaduszki odchodza. Dobrze o tyle, ze ci z naprzeciwka probuja sprzedac mieszkanie, to moze kiedys to sie skonczy.

Dziwne to troche, bo od czterech miesiecy spokoj byl wielki. Ostatnio wprowadzili sie jacys nowi i wlasnie owe parties sie zaczely. Malo tego - przedwczoraj, po pieknych, letnich wrecz dniach spadl w nocy ulewny deszcz. Zaparkowany pod oknami bloku Peugeot mial otwarty na cala szerokosc dach i sporo mu sie owej deszczowki nalalo. Peugeot stoi dalej, gdzie stal - nadal z otwartym dachem. Od trzech dni on and off pada... Podczas poprzedniego party ten sam pojazd stracil wing mirror - pewnie nalezy do organizatorow "zabawy"...

Coz jeszcze? Wlasnie z grubsza przetlumaczylam 14 stron broszury urzedu powiatowego. Mam wprawdzie do kontynuacji trzy prace na studia, ale za broszure maja mi ponoc zaplacic, a termin do poniedzialku. Moze jutro uda mi sie wyslac MSH na proof-reading...

Znow zawalilam u Tereski. Nie wiem jak ja ludziom w oczy spojrze. Dzis bylismy w Niebieskiej Kotwicy, i potem jak wrocilam, to skojarzylo mi sie, ze powinnam do Tereski leciec, ale bylo juz za pozno. Ludzilam sie jeszcze, ze moze mi sie wydaje... ale teraz sprawdzilam, i nie. :/

Rano bylam w T. na szkoleniu. Wyjechalam pozno, i dotarlam na parking centralny o 10:30, czyli wtedy, gdy wypadalo byc juz w na miejscu... Jak na zlosc nie bylo miejsc nigdzie do zaparkowania Macka. Objechalam calosc kilka razy, po czym zrezygnowana pojechalam do TRU i tam zostawilam pojazd (na szczescie byl moj znajomy, wiec nie bylo klopotu). Potem udalam sie do organizacji szkoleniowej, by przeprosic, ze sie spoznilam i wobec tego przepadlo, i zaplacic... Juz zaraz po wejsciu w drzwi przezylam maly szok: okulary mialam przyciemnione, i pewnie dlatego nie przejelam sie przytlumionym swiatlem w windzie. Zreszta mialam ze soba bardzo ciezka torbe i nie chcialo mi sie tego tachac na trzecie pietro. Weszlam wiec do windy, nacisnelam guzik z trojka, drzwi sie zamknely, a ja oczekiwalam, ze uslysze, ze "door is now clothing..." (czy cos w tym stylu - w kazdym razie nagrana facetka nieco sepleni, i zamiast closing ja slysze clothing). Nic takiego jednak sie nie wydarzylo. Drzwi sie - jak juz wspominalam - zamknely, winda ruszyla w gore, a z glosnika poplynal wypowiedziany nieco nerwowo komunikat, ze w budynku jest pozar, i ze mam niezwlocznie zawiadomic management.... Jako, ze winda nadal jechala w gore, przez chwile spanikowane mysli (ogolnie nie lubie wind odkad w Bialymstoku we wczesnej mlodosci regularnie winda u ciotki sie psula, a ja musialam nia jezdzic, bo to na osme pietro bylo...) nie mogly sie zdecydowac, czy mam szukac guzika z alarmem badz kontaktem o pomoc, czy tez mam niczego nie dotykac, i jak najszybciej wysiasc. Jednakze nie bedac pewna czy winda mi sie nie zatrzyma gdzies miedzy pietrami rownoczesnie obawialam sie, ze na trzecim pietrze moge napotkac juz dym i plomienie. Winda po calym wieku dojechala, i nawet drzwi otworzyla. Bylam na trzecim pietrze, w osrodku szkoleniowym byl tlum ludzi, i dowiedzialam sie, ze oni wlasnie dopiero zostali wpuszczeni do budynku, bo faktycznie byl pozar i straz pozarna cos tam gasila... Budynek jest wielki, wiec nawet czuc nic nie bylo... Tak wiec dzieki pozarowi zdarzylam na szkolenie, i bylo nawet wesolo...

OK, czas na sen. Choc w zasadzie powinnam dalej pisac...

czwartek, 15 maja 2008
Siedze...

...calymi dniami przed komputerem. Malo efektywnie. Niestety. :(

Momentami mam zrywy, ale za malo. Przedwczoraj za to zerwalam sie i nadrobilam nieco zaleglosci. Ogolnie dosc "wesolo" bylo...

Wrocilam do domu po pracy po 21-szej. Czekal na mnie P. Zanim pojechal do domu, to jeszcze herbate wypil, i sie nagadal, i w rezultacie zrobilo sie grubo po 22-giej. Zaczelam zabierac sie do uzupelniania pisania i drukowania calosci pisania (portfolio z Community Interpreters)... Drukowania mialam duzo, a wczesniej jeszcze musialam odinstalowac stare oprogramowanie i wgrac wszystko po raz kolejny, bo dzialac nie chcialo. Dluuugo sie zeszlo i dopiero kolo polnocy zabralam sie za uzupelnianie tego, czego bylo brak... I tak siedzialam nad tym przymuszajac sie do dopieszczania kazdej strony, bo trzeba bylo calosc oddac we srode. Pod koniec bylam juz tak zrezygnowana, ze przestalam sie zastanawiac, czy uda mi sie jeszcze przespac tej nocy. I faktycznie, do lozka poszlam o 4:24, z poczuciem dobrze wypelnionego obowiazku, ale z perspektywa niecalych trzech godzin snu. Switalo juz, i nie moglam zasnac...

Rankiem zmienilam nieco plany: zamiast odwozic MMZ do opiekunki zawiozlam Go sama do szkoly. Wyslalam S. sms'a, ze bede spozniona na szkolenie - trudno, mam obowiazki i nic na to nie poradze... S. miala tam byc, wiec zawsze bede miala kogo zapytac o to, co mi umknelo - poprosilam, by zaczynali beze mnie.

Dojezdzalam juz do miejsca szkolenia, gdy uporczywie rozdzwonila sie komorka. Dobijala sie do mnie wlasnie S.; piec minut pozniej zaparkowalam i oddzwonilam. Okazalo sie, ze tez jest spozniona! Malo tego, ma przy sobie caly sprzet potrzebny do prowadzenia szkolen.

Potem juz bylo tylko gorzej... Najpierw musialysmy odszukac (wspolnie, bo w miedzyczasie spotkalysmy sie na poleconym nam przez A. parkingu kolo plywalni...) parking i centrum szkoleniowe. Pozniej byl klopot z powodu braku przedluzacza. Jeszcze pozniej wysiadlo swiatlo, pikal alarm i padl projektor wraz z laptopem, a S. zapomniala wziac M&G z samochodu i musialam improwizowac! Slowem, bylo wesolo.

Po lunch'u przyjechal Andy i zabral moje nocne wypociny. Zadowolony byl. Ja tez; choc do czasu werdyktu z Londynu do konca nic nie wiadomo...

Dzisiaj mialam siedziec caly dzien i pisac trzy prace plus jedno tlumaczenie. Specjalnie sobie dzien wolny od pracy codziennej wzielam. I co? Najpierw godzine zajeli mi duze zakupy. Potem przyjechal P. po samochod, i kolejna godzina przepadla. Pozniej sprzatalam ciutke, troche czytalam, i nagle okazalo sie, ze P. wrocil. Kolejna godzina przepadla. Zrobilam zarys prac, ale to tylko szkielet. Teraz trzeba dodac ciala, a ja nie mam pomyslow, ani checi szukania informacji... Grrr...

Z innych ciekawostek dodam tylko, ze cala noc ostro padalo, a jeden z mieszkancow naszej ulicy (chyba mlody, ten od przyjecia w ubiegly weekend i wizyty policji) zostawil szeroko otwarty sun-roof. Jak spojrzalam dzis nad ranem, to mial w srodku z 5 cm wody, jak nie wiecej...

niedziela, 11 maja 2008
Telegraficznie

I jak tu sie nie cieszyc, gdy moj Pan jest tak delikatny. :) Nie bede pisac o szczegolach, ale serce samo raduje sie na mysl o Nim. :)

Dzis bylismy z MMZ nad morzem w K.; fajny chlopczyk z tego mojego Synka.

Wieczorem zas rozmawialismy troche, i moze cos nam z tego wyjdzie. :)

Ja jak zwykle do tylu z pisaniem, ale jutro musze wybyc - P. nie popusci. :/

Oj, posiedze sobie w poniedzialek do rana.... Ech.

poniedziałek, 05 maja 2008
Znow piec dni

... minelo nie wiadomo kiedy.

Czwartek spedzilam praktycznie caly w L.: dojechalam kolo poludnia po porannej pracy w domu, i zostalam do pozna, bo mielismy goscia z rejonu Bob'a H. W piatek znow w L.: podzwonilam troche po pracodawcach, obejrzalam nowe biuro (duze, w calkiem innym stylu do obecnego), odkrylam calkiem przypadkiem biuro informacyjne... MMZ na football nie poszedl, bo mial urodziny u Sam'a; spedzili je na kreglach i w McDonald'zie w T.

W sobote rano pojechalismy do T. - zeszlo nam sie dluzej niz planowalam, bo mialam tam byc tylko z rana (potem mielismy dolaczyc do P.) - jednak musialam poczekac do popoludniowego dyzuru F.J., i dopiero pozniej zaczelismy jechac w strone Y. do P. Ale zaczelo kropic, wiec ja - mistrzyni zmiany planow - ugadalam MMZ i pojechalismy prezent dla Moniki wybierac w MEGCentre....

Niedziela tez przeleciala nie wiadomo jak i kiedy; z rana wyjazd na spotkanie przed-komunijne, potem polska Msza, potem zebranie rady parafialnej (polskiej). Coz, niech buduja. Ja jednak zostane przy swoim, bo dobrze mi z tym. :) Balam sie tylko o F.J., bo taki czerwony byl, ze myslalam, ze wylewu dostanie... Na szczescie nie... :) W drodze powrotnej zas kupilismy sobie nasze ulubione jedzonko, i udalismy sie na szczyt QH. Bylo fajnie, choc definitywnie bylam overdressed na taka okazje (zrobilo sie cieplo - to jedno, a tu jeszcze i ubranko bardziej swiateczne... MMZ posliznal sie i umazal niebosko; pognalam Go do domu, bo spodni jednak mi zal bylo... Wieczor spedzilam na bitwie z drukarka. :/

Dzisiaj od rana mialam w planie pisanie, ale MMZ w bek, ze ani do P nie pojechalismy (liczyl, ze dzis pojedziemy), ani w pilke nigdzie nie bylismy pokopac... To pojechalismy. Zaprowadzil mnie na swoje ulubione boisko (chodzi tam z opiekunka); bylo wesolo - i dostalam komplement, ze dobra jestem w football. Coz, szkoda, ze nie mogl mnie zobaczyc jak dziecieciem bylam... Teraz tusza nie pozwala na szybkie i skuteczne ruchy, ale jeszcze udalo mi sie Go ograc. :)

Pozniej poszlismy na spacer. Po drodze trafilismy na cmentarz - moja druga wizyta na uzywanym cmentarzu odkad mieszkam w Anglii (nie licze wizyt na cmentarzach przykoscielnych). Musze przyznac, ze przejezdzajac obok tego wlasnie cmentarza zawsze myslalam o nim negatywnie - nie podobal mi sie. W blizszym kontakcie wychodzi na plus; nie jest tak tragicznie. Ze zdziwieniem zauwazylam, ze groby sa zadbane (w wiekszosci), zas na niektorych sa rowniez zdjecia - jak w Polsce!

Gdy wrocilismy do domu, odbilo mi zrobic domowych frytek. Nie jadlam takich od lat - ostatni raz to jeszcze na starym mieszkaniu na Berlinga przed wyjazdem do UK chyba... Za pierwszym razem strasznie sie to ciagnie, i tak bylo i teraz - nim olej sie rozgrzal, etc... Pozniej MMZ znow zebralo sie na zabawe, i tak caly dzien nam zlecial. Teraz On juz umyty, ja biore sie za prace, ktora miala mi zajac trzy dni, a ja jeszcze nie zaczelam (ostatniej nocy bilam sie z drukarka). Pozno juz (21-sza), a ja mam cala mase pisania. Ale pisze tutaj zamiast tam, bo leb mnie straszliwie boli - wzielam tabletki i czekam na efekt. Wlasciwie, to nie powinnam siedziec przed kompem, bo ten, ktory ma oprogramowanie mi do pracy potrzebne ma strasznie meczacy mnie monitor (niestety nie moge zmienic ustawien)... Ale trudno, ja teraz nie zrobie, to koniec i kropka. Tak wiec jeszcze z piec minut, i zabieram sie do pracy.

Nim jednak ten wpis zakoncze, to chce opisac jeszcze jedna sprawe...

Otoz, na codzien MMZ jest bardzo fajny (to slowko przyjete w mojej mlodosci, i choc go nie lubie, to najbardziej mi pasuje): dzis np. rozwiazywal dosc trudny programowo zestaw testow dla dziesieciolatkow (chyba, a moze i dla starszych) - ot tak, dla rozrywki. Z 99% poradzil sobie sam, i mial przy tym duza ucieche. Potem, w odpowiedzi na moje zrzedzenie, poszedl pozbierac swoje zabawki, i przy okazji naprawde posprzatal! Usmielismy sie, bo ja podziwiajac i dziekujac dodalam, ze jest w sprzataniu bardzo dobry, i zatem moze tak robic codziennie... On tak fajnie reaguje: zlapal sie z rezygnacja za czolo, i jeknal jak prawdziwy mezczyzna, od ktorego wymaga sie pomocy przy sprzataniu... ;)

Jednak jest cos, co mnie martwi - MMZ dobiera mi sie do kuchni (chyba rosnie, bo non-stop by jadl - ciagle glodny!). Kuchni zamknac nie moge (mam open plan), ale On dobiera sie do lekow - tyle rozmawialismy, tlumaczylam, pokazywalam na przykladach, mowilismy o konsekwencjach. W ub. miesiacu dorwal w jakis sposob tabletki z Omega3 i zaczal je jesc jak cukierki. Leki trzymam w jednym miejscu (wysoko wiszaca szafka) i On wie, ze lekarstwa sa niebezpieczne. Wczoraj jednak (gdy polozylam sie po spacerze na 10 minut, bo zle sie poczulam) On pocichutku dobral sie do szafki z lekami, i zjadl dwie saszetki Vibovit'u. Tlumaczyl pozniej, ze chcial zrobic sobie pic, ale Mu sie nie chcialo... Vibovit'u praktycznie nie pija, wiec nie wiem skad ten pomysl. Chyba bede musiala kupic lancuch i klodke, i zamykac szafke przed osmiolatkiem... :/

czwartek, 01 maja 2008
Maciek i laptopy

Jak ten czas leci...

Noc piatkowa przezylam. Nawet dosyc dobrze.

W sobote bylam na ostatnim dniu CIESKu i dobrze sie bawilam. Poniewaz skonczylismy wczesniej, to pojechalam wymienic nowa drukarke - trafil mi sie ten sam gosciu (strasznie mi sie spodobal, ale zajety, wiec moglam tylko sie sama do siebie usmiechnac). ;) Sprawe zalatwil bardzo dla mnie pozytywnie (nawet tusz i pamiec mi dodal). :)

Niedziele cala spedzilam praktycznie w T. Na poczatek bylismy spoznieni. Pozniej wzielam udzial w lekcji religii z siostra zakonna; przypomnialy mi sie BARDZO dawne czasy... choc tutaj bylo zupelnie inaczej. Potem msza (polska tym razem), i tlumaczenie na dosc dlugim spotkaniu z policja i sadem (ale sporo sie dowiedzialam).

Poniedzialek przelecial dosc szybko, a zakonczyl sie druga czescia egzaminacyjna...

Wtorek - najpierw strata czasu w C. Potem troche w domu, i trzeba bylo pedzic do BC. Juz na miejscu, wyciagajac cos z bagaznika, poczulam swad. Rozejrzalam sie, bo zdawalo mi sie, ze zapach, ktorego przeciez nie czulam w samochodzie, dochodzi wlasnie z niego... i faktycznie, z rur wydechowych wydobywal sie dosc dlugo dym. Jakby cos sie palilo. Nie walil klebami, ale bylo go dosc sporo, i lecial jakis czas.

Poszlam do Automotive, ale ich juz nie bylo. Za to trafilam na trzech przystojniaczkow-trenerow. I przyjeli mi MMZ od reki do druzyny. Od teraz-zaraz. Wiedzialam, ze sie ucieszy.

Spotkanie minelo nam bardzo milo - dobrze sie bawilismy, choc zmniejszyla nam sie grupa (trzeba bylo robic druga wplate), ale to bylo do przewidzenia... Moi kochani chca jeszcze, na jesieni... Nalegaja, ze jesli tutaj nie da rady sie spotykac, to chca na policji...

Wracajac do domu zadzwonilam do P. z zapytaniem, co MMZ robi, bo wiedzialam, ze P. chce wyjsc z domu, bo obejrzec Mackowi zadek. P. powiedzial, ze MMZ juz w lozku. Na co ja, by pozwolil Mu siedziec na oknie (ma lozko pietrowe, i juz mialam wizje przewracajacej sie calosci...), ale by ze stolu zdjal oba laptopy, bo znajac MMZ, to je rozwali niechcacy... Gdy podjechalam, P. czekal juz na dole, a MMZ siedzial w zamknietym oknie. Po kilku minutach zaczelismy isc w strone domu, i wlasnie wtedy uslyszalam wielki huk. Pomyslalam, ze MMZ zlecial z parapetu. Poszlam szybko na gore, ale MMZ byl przy drzwiach (zamknietych od srodka zreszta). Powiedzial, ze przewrocil Mu sie stol. Ja cieszylam sie, ze MMZ jest caly i zdrowy, ale zaraz moja radosc przeszla w gniew, gdy zobaczylam, ze wraz ze stolem na ziemi leza laptopy - P. byl jak to chlop madrzejszy i kobiety nie posluchal. Spadly oba, bo lezaly na stole. Grrr! Malo tego. Obok nich na stole P. polozyl dla MMZ marsh-mellows; i teraz spadajac gabczasta slodycz wbila sie w spod pracowniczego laptopa, dokladnie wchodzac we wszystkie srubki, dziurki, szczeliny.... Nie bede opisywac co myslalam...

Dzisiaj od rana walczylam z Mackiem. Okazalo sie, ze wszystko OK (ponoc).

Teraz ide segregowac papiery, a od jutra do pracy rodacy!

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>