Moje codzienne zycia kawalki...
poniedziałek, 29 maja 2006
Bank Holiday Monday

Obudzilismy sie (a raczej to ja zostalam brutalnie przez MMZ obudzona) przed czasem, ale ze wstawaniem sie nie spieszylismy. Pozne sniadanie. Potem wypad do kina na Shaggy Dog. Maly smial sie tak serdecznie, ze az milo bylo patrzec i sluchac. Zreszta ja tez sie dobrze bawilam - nie probowalam czytac miedzy wierszami, a po prostu przez ten czas bylo mi wesolo jak dziecku.

Potem odwiedziny w Secret World; osobiscie mnie takie miejsca nie ciagna - mysle, ze zwierzeta tego nie lubia (badz co badz sa dzikie), a samych zwierzatek naogladalam sie dwa lata temu co tydzien dosc. MMZ niby ogladal, ale tez nie powiem by byl zachwycony. Najmilszym chyba punktem tej wyprawy byl wyscig ferrets. Zakonczyl sie on jednak przelotnym deszczem, i ten wygonil nas wreszcie do Macieja.

Mialam juz nadzieje na spozniony lunch, badz raczej obiad, ale P. zawiozl nas na farme Wall's. Nigdy tam nie bylam i dziwna to byla sytuacja, gdy zwalilismy sie facetowi bez zapowiedzi. Andy (wlasciciel) jednak potrafil sie znalezc - pokazal nam piekny log cabin (to naprawde bardzo mi sie podobalo - i kolory, i urzadzenie, i zapach przede wszystkim), zrobil nam mocna herbate (taka lubie - z mlekiem, ale mocna), a w dodatku pokazal MMZ jak sie strzela z prawdziwego, duzego luku. Malo tego, wyslal z nami swojego kolege, by ow ucial galaz znad rzeki na luk dla MMZ. (Przypomnialy mi sie dawne lata, gdy jako dzieciak mialam takie robione przez mojego ukochanego Dziadka.) Potem zrobil Mu luk, i jeszcze pomogl wyprobowac uzywajac jego profesjonalnych strzal. Maly byl zachwycony.

W drodze powrotnej udalismy sie do bankomatu przy Sainsbury's (spotkalam Dawn) i na pizze. Dzien zakonczyl sie wesolo - zabawa MMZ w cyrk, i naprawieniem digi-box.

Jutro z samego rana jedziemy w przeszlosc. :)

niedziela, 28 maja 2006
Poczekam, az ochlone

Duzo sie ostatnio wydarzylo. Piatek chcialabym zapamietac na dlugo, bo nigdy czegos takiego do tej pory nie przezylam. :)

Dzisiaj natomiast bylo jakies takie dziwne... Rano wyjechalismy jak zwykle na basen. MMZ wyskoczyl oplacic parking, a ja zorientowalam sie, ze nie mamy ze soba torby z recznikiem, etc. Wkurzona wrocilam do domu. W pedzie wzielam co trzeba, i jadac znow w kierunku plywalni zrelaksowalam sie, bo samochodowy zegar wskazywal dziesiata. Czyli wg moich wyliczen mielismy jeszcze dziewietnascie minut do lekcji... Po czym okazalo sie, ze P. ktory uzywal Macka przez dwa tygodnie przestawil zegarek... Do tej pory spieszyl sie on o dziewiec minut (o czym wiedzialam i nie przeszkadzalo mi to wcale). Teraz jest o trzy minuty spozniony. Chyba nie musze dodawac, ze troche sie wscieklam. ;)

Po powrocie do domu zaczelam gotowanie obiadu. Wstawilam kasze gryczana (ostatki przywiezione z Polski) i poszlam do pokoju, bo MMZ chcial, bym Mu przelaczyla wtyczki (spalil mi sie przedluzac, i teraz mam taki dwu-gniazdkowy, co oznacza, ze chcac zmienic np. DVD na TV musze zamieniac wtyczki...). Przelaczylam, ale zachcialo mi sie obejrzec cyfrowa relacje z wizyty Papieza (wczoraj siedzielismy przez godzine przy BBC News 24, gdzie zapowiedziano relacje, po czym relacja po owej wlasnie godzinie trwala 10 sekund!). I tu okazalo sie, ze po przelaczeniu na wybor scen z wiadomosciami moj dekoder cyfrowy padl. No, moze nie do konca padl, co cos z nim nie tak... Bawilam sie tym dekoderem kilka minut, ciagle myslac, ze musze isc do kuchni. Gdy weszlam tam wreszcie okazalo sie, ze w ostatniej chwili: woda sie wygotowala/zostala wchlonieta, i torebka z kasza zaczynala juz przylegac do dna... Uratowalam kasze, dorobilam sos z mieskiem, po czym zrobilam surowke... I tutaj, przy nakladaniu na talerze co chwila mi cos spadalo - a to na kuchenke (kuchnie mam bardzo mala, i wciaz mi brak w niej miejsca), to znow na blat...

Stwierdziwszy, ze dzisiaj jestem bardzo clumsy (i to z nieznanego sobie powodu) udalam sie na posilek. Zjadlam szybciej niz MMZ, wiec powedrowalam znow do kuchni - tym razem zrobic cos na deser. Malemu pokroilam ladnie truskaweczki (byly bardzo smaczne, ale malizna bylo je czuc). Sobie zaczelam robic kawe, przy czym znow rozsypalam cukier. :/

Zadowolona z siebie zajrzalam do pokoju; z talerza MMZ niewiele w miedzyczasie ubylo (jest strasznie powolny, jesli chodzi o obiady). Poddenerwowana, bo chcialam korzystac wkrotce ze stolu, i takie slimacze tempo bylo wbrew moim planom potknelam sie w kuchni o kota. Ow, mimo, ze mial jedzenie w miseczce, prosil sie lakomie o jakies lepsze keski. Zdenerwowana otworzylam wiszaca szafke, by wziac Vibovit z polki, i z drugiego poziomu zleciala butelka Galviscon czy jak to tam sie pisze wprost na miseczke z truskawkami. Nie musze dodawac, ze miseczka zakonczyla w ten sposob swoj zywot rozpryskujac kawalki siebie po polowie kuchni (przy czym zal mi jej - miseczki znaczy sie, nie kuchni - bo ostatnia z kompletu byla, i duzo ze mna przezyla), truskawki znalazly dla siebie nowe miejsce na podlodze...

Na dodatek pod wieczor, gdy zaczelismy sie zbierac do kosciola, MMZ okazal sie byc bardzo jekliwy. Moja osobista Ruda Maruda (przy czym wyjasniam, ze rudy nie jest, ale takie miano dostal niedlugo po urodzeniu, gdy poplakiwal z powodu kolki, a wloski mial koloru strawberry blond) plakala, mazala sie calkiem bez powodu, i ogolnie byla wlasnie marudna... Tknieta przeczuciem zmierzylam temperature i bingo! Mialam powod. :(

Wypadalo by napisac cos pozytywnego. OK, dwa wyjazdy latem do Polski mam juz zaplanowane praktycznie co do godziny. Czeka mnie ciekawa podroz. Choc znow w tym momencie wkurzam sie na PKP, bo moje ulubione polaczenie via Brussels Midi szlak trafil, o czym wcale nie wiedzialam az do przedwczoraj bodajze. Kiepura jezdzi teraz do Frankfurtu. I co mi po tym???

Wypadaloby opisac piatek - tak dla rownowagi. Ale moze poczekam z tym, az ochlone. :)

sobota, 27 maja 2006
Stalo sie w Dzien Matki

WOW!!!

Dzien byl definitywnie obfity w niezwykle wydarzenia. Mialam je wszystkie opisac, ale powiem tylko tyle: kilka dni temu pisalam, ze czekam... i Bog nie dal dlugo czekac. :)

Bog nas kocha. To sie czuje. :))

ps. Mojej Rodzicielce - choc jest tak daleko - zycze NAJLEPSZEGO! :)

czwartek, 25 maja 2006
I mam dylemat

Rano malo brakowalo, a znow bym sie spoznila. :/ Pedzilam tak, ze zostawiwszy samochod na parkingu przy rynku calkowicie zapomnialam, ze na przednim siedzeniu lezy moja komorka (chcialam jej uzywac, by zadzwonic do pracy i dac znac, ze siedze w korku, ale korek akurat ruszyl i komorke polozylam obok....). Przypomnialam sobie o niej po dziesieciu minutach gonitwy piechota. Nie bylo czasu wracac, choc mialam wizje zlodziei wlamujacych sie do Macieja...

W pracy dzisiaj mialam wiecej szczescia w kontaktowaniu sie z interesantami. Choc jedna byla wyjatkowa "krowa". Ale ogolnie bylo wesolo i sporo sie nauczylam. Najbardziej rozsmieszyl mnie facet, ktory na poczatku rozmowy wyznal, ze byl do ubieglego roku dwa lata w wiezieniu. Kiedy pozniej w rozmowie zapytalam go, czy to byly dwa lata w wiezieniu, on potwierdzil, ale zaraz dodal (jakby z duma): "ale skazany bylem na trzy i pol!!!". ;)

Po powrocie z pracy odebralam od Stokrotki MMZ i przygnalam do domu. Bylam pewna, ze oferty pracy nie bedzie, bo czulam, ze wczoraj bylam naprawde nadmiernie negatywna. I faktycznie - otwieram e-mail'a, a tam podziekowanie za przyjscie w pierwszym zdaniu, a drugie zaczyna sie od "I am sorry...". Oho! - pomyslalam. Ale okazalo sie, ze przepraszali za to, ze wczoraj mieli w tym samym czasie audit i troche nie bylo to tak, jakby chcieli ze mna... W kazdym razie prace oferuja. Zarobki ponad dwa razy wyzsze od obecnych (- czyli wreszcie wracam na zarobki takiej, jakie mialam prawie szesc lat temu, gdy urodzil sie MMZ).

I tak sie woze - mam czas do jutra rano - czy przyjac te oferte. Z jednej strony jest kuszaca (szczegolnie finansowo w mojej sytuacji, choc sa i przeciwskazania takie jak to, ze strace cale WTC pewnie i bede musiala zaczac splacac moja student's loan, i to od razu z pelnego kopa - zbyt wysokie zarobki). Z drugiej strony znow zacznie sie stres zwiazany z wielka odpowiedzialnoscia za pracownikow i firme. Stres powiekszony dodatkowo o to, ze bardzo duzy procent pracownikow, to Polacy. Wprawdzie juz z Polakami pracowalam, ale bylo to na mniejsza skale... ;)

Ale... zaoszczedze na parkingu i dojazdach, nie bede sie stresowac ganianiem miedzy opiekunka, a praca... i oczywiscie zawsze zostaje mi opcja pojscia w strone wyjscia C, na ktore mam bardzo wielka chec, ale jeszcze musze poczekac ponad trzy miesiace nim sie zmaterializuje...

I choc jeszcze wczoraj bylam pewna, ze tej oferty pracy nie przyjme, to dzisiaj jestem prawie pewna, ze jednak tak... I co dalej?

wtorek, 23 maja 2006
Dodatek

Jakos przyszlo mi do glowy, ze w zeszlym roku kolo tej daty podejmowalam decyzje co do pracy w A. Zajrzalam zatem do owego zeszlorocznego tygodnia. I az sie zdziwilam:

1. Pamietam to jak wczoraj! To juz rok minal???

2. Pogoda podobna. samopoczucie podobne, i nawet pajaki mi sie szwendaly ostatnio...

M&A nie widziani od dluuuuugiego czasu pojawili sie przeciez przelotem dwa tygodnie temu... Historia jak widac lubi sie powtarzac. Bylebym jutro nie ulegla i kontraktu nie podpisala... ;)

Do pracy!

Jutro wracam do pracy. Ale juz jakos pogodniej, bo podjelam decyzje (choc dzis migrena mnie gnebila, a teraz porobily mi sie sores (!??) w jamie ustnej - pewnie od tych antybiotykow). Jednak faktycznie nagle wszystko samo zaczelo sie rozwiazywac. Wiem, nie samo. :) Wiem Kto mial w tym Swoj udzial. :))

Nie mowie, ze jestem juz poza lasem, ale chyba ide w dobrym kierunku (nareszcie!). Tylko, ze bede musiala uzbroic sie w cierpliwosc, bo troche to potrwa. ;) I oczywiscie dalej ufac, bo kolejnych kilka miesiecy bedzie trudnych zapewne.

Aha, no i jeszcze czeka mnie jutro ta mniej oficjalna rozmowa o prace. Zobaczymy, co faceci powiedza, ale raczej pracy nie wezme, bo przeszkodzilaby mi w podjetych dzisiaj planach... Szkoda mi tych pieniedzy, ktore oferowali za prace, ale coz. Nie wszystko mozna miec w zyciu. Ja wybieram czas dla MMZ ponad kariere. Przynajmniej kariere taka "po trupach" (w sensie poswiecenia czasu rodzinnego na prace, i w sensie stresu). Kariera nie zajac, nie ucieknie. Po prostu troche sie odwlecze. :)

Tymczasem czeka mnie jutro ciezki, ale i interesujacy zapewne dzien w pracy. OK, czas na moj beauty sleep. ;)

 
1 , 2 , 3 , 4
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>