Moje codzienne zycia kawalki...
wtorek, 31 maja 2005
Kolejowo

Dzisiaj bylo nam bardzo przyjemnie.

Wstac wprawdzie rano bylo trudno, bo nie dosc, ze pozno zasnelam, to nad ranem MMZ budzil sie dwukrotnie przed czasem, a gdy czas nadszedl, to nie chcial wstac (ja zreszta tez nie). Wstalismy z poczucia obowiazku, spotkalismy Czechow i odwiezlismy Ich na wczesniej uzgodnione miejsce. Zajelo to nam pol godziny.

Wowczas nagle podjelam decyzje... i powiedzialam MMZ o tym, o czym myslalam wczoraj, a co potem wyrzucilam z planow. Zaakceptowal z zapalem i nawet mnie namawial, choc wczesniej twierdzil, ze chce spedzic dzien w domu. Bylo wiec kolejowo. W drodze "tam" siedzielismy praktycznie przez cala droge z maszynista. W drodze powrotnej juz nie, ale za to bylo parowo...

Gdy zas bylismy "tam" - zjedlismy pyszne drugie sniadanie, zrobilismy maly zakup, pochodzilismy po plazy, pobawilismy na hustawkach, potem pospacerowalismy po sklepach... Przed powrotem widzielismy dokladnie, jak sie laduje wegiel i wode do buchajacej, dyszacej i sapiacej machiny... Pogoda mimo wiatru i chmur w okolicach byla znosna, a momentami i ladna. Widac bylo dosc dokladnie drugi kraj.

Po powrocie do domu bylo wesolo w ogrodku - jezdzily grzeczne i niegrzeczne pociagi, kot wymiotowal, a sasiadka obchodzila urodziny.

Jutro czeka mnie duzo pracy na miejscu. Oby tylko znow nam nic szalonego nie przyszlo do glowy. ;)

Czas na zmiane

Znow zrobilam maly remont... Przez ostatnia godzine ogladalam dostepne mi skorki... Podobalo mi sie kilka - najbardziej "pamietnik" (kolorystycznie), cytryny" (wykonanie), jak i kilka innych (maliny, magnolie czy taki z widoczkiem na most i rzeke). Jednak wybralam ten, bo najwyrazniej widac moje wpisy - jest moim zdaniem czytelny. :)

Jesli ktos ma jakies sugestie - walcie smialo. ;)

Teraz zas mowie dobranoc, bo jeszcze czeka mnie kapiel, a jutro (nie, to juz dzisiaj) wstac trzeba z samego rana...

Dobranoc.

poniedziałek, 30 maja 2005
Glodomora c.d.

Usypial ponad godzine. Tuz przed zasnieciem domagal sie wody (dostal), a potem stwierdzil, ze jest glodny i na moj protest odpowiedzial grozba - ze do rana umrze z glodu. Mam nadzieje, ze nie mowil na serio... Spi.

Ucieszyl mnie dzisiaj, bo stwierdzil, ze dzien byl "wspanialy"! :) Faktycznie, i pogoda dopisala, i dobrze sie bawilismy. Pojechalismy - juz tradycyjnie - do Longleat. Tym razem (byl Bank Holiday) byly takie tlumy, jakich jeszcze w Longleat nie widzialam. Zaparkowali nas cwierc kilometra od centrum. Najpierw z parkingu MMZ prowadzil nas wedle mapy, ktora dostal z biletem. Mi tam mapy nie bylo trzeba (znam miejsce jak wlasny ogrodek), ale bylo fajnie popatrzec, jak MMZ radzi sobie z mapa (poszlo Mu bardzo dobrze).

Potem byla karuzela, gdzie MMZ zostal dokumentnie wykrecony. Nastepnie troche oczekiwania i podroz pociagiem. Niby nic niezwyklego, ale ile radosci. Najpierw widzielismy kaczki z malymi. Potem gesi szly ze swoimi pociechami wzdluz torow, i ciuchcia musiala jechac zolwim tempem. Potem byly labedzie z malymi, pelikany, foki, goryle i swinka. :)

Po wyjsciu z pociagu MMZ wyprosil trzy choragiewki (dwie dla kolegow z klasy) i gwizdek, ktory jest w ksztalcie lokomotywy, i wydaje odglos takowej. :) Z tego byl chyba najbardziej zadowolony. Potem tradycyjnie Postman Pat Village, i tam niespodzianka - wyminelismy sie z polskim malzenstwem, ktore bylo z dwojgiem maluchow. Powiedzialam grzecznie "dzien dobry", odpowiedziano mi. :)

Pozniej byl spacer po ogrodzie, szalenstwo przy fontannach (lapanie zajecy, bieganie, pozowanie i turlanie sie po trawie).

Po czym MMZ zaproponowal zwiedzanie Longleat House. Zaliczylam go juz trzeci raz, ale jak zwykle bylo ciekawie. :) Milo tez jest zobaczyc, porownujac z poprzednimi latami (jezdzimy tam od czterech lat), jak bardzo MMZ wyrosl, i o ile latwiej jest sie z Nim dogadac. I ogolnie o ile latwiejsze jest zycie ze starszym dzieckiem. :))

W drodze do domu pojechalismy troche "na okraglo" i zatrzymalismy sie w sieci naszych ulubionych restauracji przydroznych. Tj. MMZ bardzo je lubi, a chyba sie siec konczy, bo w ciagu dwoch dni zaobserwowalismy dwie zamkniete. Dzisiejsza tez ponoc jest na sprzedaz. Troche sie wyglupilam, bo z przyzwyczajenia zamowilam dla MMZ hot-chocolate z duza smietana i czekoladowym flake'm... Na szczescie On myslal, bo jak Mu to przyniesiono, to powiedzial do mnie: "mama, ty zjedz flake...". W tym momencie do mnie dotarlo, ze przeciez Mu czekolady nie wolno, a to jest caly napoj czekoladowy... Ale dal sobie wytlumaczyc i dostal cos innego.

Jutro rano jade wozic gosci Brian'a. Zaplaci mi za benzyne, ale dzis sie wkurzylam, bo do umowy chcial dodac, ze mam mu przywiezc 10 skrzynek z piwem w drodze powrotnej. Zartownis jeden! Co ja jestem?

niedziela, 29 maja 2005
Wieczor Glodomora

Wrocilismy z kosciola pozno. Wszystko dlatego, ze:

1. Po Mszy pojechalismy odwiezc M+A, ktorzy zaprosili nas na herbate.

2. MMZ zaraz na poczatku oswiadczyl, ze jest glodny (przed Msza zjadl w domu obiad, ktory dodatkowo poprawil rosolem u M+A!)

3. Gdy Mu powiedzialam, ze zje w domu, stwierdzil, ze umrze do tego czasu z glodu.

4. W rezultacie zjadl kolacje u M+A, a ja opilam sie herbata.

5. W drodze powrotnej tak bardzo zachcialo mi sie nr 1, ze zmuszona bylam tuz przed swoim miastem zajechac na Services, i biegiem udac sie do UB.

Teraz MMZ juz umyty i zaspany. Ja zabieram sie za pisanie... Hmm. Daj mi natchnienie Boze.

Na dobranoc

Skonczylam zalatwiac ubezpieczenie dla Znajomych. Narobilam sie jak wsciekla, bo najpierw okazalo sie, zew jednej firmie OK - wprowadzilam wszystkie dane, a tam na koniec, ze ponizej £1000 nie ubezpieczaja... Musialam wprowadzac od nowa wszystkie dane na innej stronie... Szesc kartek formularza!

Zaraz wylacze kompa i bede probowala zasnac. Pewnie mi to nie wyjdzie, bo Litwini znow party maja i bardzo u nich glosno. Grrr...

Dobranoc.

sobota, 28 maja 2005
Pierwszy dzien ferii

Wprawdzie to dopiero weekend, a ferie oficjalnie od wtorku (bo w poniedzialek jest swieto bankowe), to jednak my juz liczymy to jako ferie.

Dzisiejszy dzien dlugo bedziemy milo wspominac. :) Wstalismy pozno. Po poludniu podjechalismy na car-boot sale. Kupilismy slonia. I pianino. MMZ wyskakal sie do woli w zamku (mial szczescie, bo nikogo procz duchow nie bylo). :D Wyszedl bardzo zadowolony. Po czym pod koniec obchodzenia car-boot sale znalezlismy to, czego MMZ od 10 dni szukal! Niestety, nie ma On jeszcze doswiadczenia rynkowego, wiec z radosnym kwikiem pobiegl w strone sprzedajacej baby az zarumieniony z radosci.

Baba od razu wyczula, i zazadala, zeby zaplacic £25 za te przyjemnosc. Wiem, ze warto bylo w praktyce, ale pomyslalam, ze jak mam tyle wydac, to moze warto dolozyc i kupic nowe - przynajmniej gwarancja by byla. Facetka zaprezentowala mozliwosci produktu (faktycznie fajny, i wszystko na oko dzialalo), ale ja probowalam utargowac troche. Baba byla nieustepna, wiec mowie do MMZ, ze to za duzo. I w tym miejscu mnie zadziwil! Wiedzialam, jak bardzo mu na tym zalezalo, i jak byl szczesliwy widzac te rzecz. Ale powiedzial praktycznie z beztroska w glosie - OK Mummy, let's go then and look for another one... (zwykle mowi do mnie po polsku, ale tym razem widac myslal jeszcze po angielsku po rozmowie z Baba). Odeszlismy wiec, i pytam Go, co bedzie, jesli dzis nie znajdziemy... On na to, ze to trudno, moze znajdziemy kiedy indziej... Bylam pelna podziwu! :) Nie wiem, czy ja sama bym tak odeszla na Jego miejscu.

Troche w nagrode za to podejscie wzielam Go do Glastonbury. Kiedys tam czesto bywalismy, ale ostatnio tylko przejazdem w zeszlym roku. W Abbey nie bylismy od dwoch prawie lat. Gdy tam dojechalismy, wypogodzilo sie, i dzien byl naprawde przyjemny. Sloneczny na tyle, by sie troche opalic, i by nie bylo zimno, a jednoczesnie wietrzny na tyle, by nie bylo goraco od slonca. Zdziwilam sie, jak malo MMZ pamietal. Zwykle ma dobra pamiec do miejsc, ale tym razem wszystko musialam Mu tlumaczyc i pokazywac od poczatku. Pamiec wrocila Mu tylko w jednym miejscu - na lawce w poblizu Glownego Oltarza, gdzie pokazywal mi, gdzie siedzial kiedys MBM...

Ale potem udalo nam sie szybko przejsc do rzeczywistosci; bylo wyglupianie sie na trawie, chodzenie po drzewie, chodzenie wsrod baaardzo wysokiej trawy, zabawa w chowanego i w berka. Byly tez magiczne chwile - jak np. lapanie teczy w reke. :)

Troche popsulo sie tuz przed wyjsciem, ale to nasze choleryczne i uparte charakterki daly znac...

Poza tym bylam dumna z MMZ - byl bardzo niezalezny i odwazny - robil sam zakupy, pytal sam o wazne informacje, i nawet raz polecial z butelka do kosza oddalonego o dobre 100 metrow. ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>