Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 28 kwietnia 2011
AAAAAAAAAAAAAAAAGH!

Sh**! Sh**! Sh**! @!&@>!!!

Juz drugi miesiac mam przeboje z wyplata (ciagle spozniona)! Ile to czlowiek zdrowia, czasu i nerwow traci przez takie rzeczy, ktore sa poza jego kontrola???

Od tygodnia uzeram sie z komputerem, telefonami, zalatwianiem roznych spraw, a zlosliwosc rzeczy martwych przerasta wszystko! Dam przyklad: udalo mi sie wreszcie jakos polaczyc z Internetem, przy czym laczenia, rozlaczania, itp. bylo tyle, ze juz przez samo to cierpliwosc mozna calkiem stracic. Godzina mojego zycia poszla na marne! Wreszcie dziala. Podlaczam wiec aparat telefoniczny w moim pokoju, by zsynchronizowac informacje na kompie z moimi przyszlymi rozmówcami telefonicznymi. W telefonie grobowa cisza.

Okazuje sie, ze gniazdko zepsute. Porzucam komputer zrobiwszy troche zapiskow (numery telefonow, informacje potrzebne do rozmow, etc.) i lece do pokoju MMZ, bo tam gniazdko dziala, a i polozyc sie moge, by choc troche sprobowac sie odprezyc (wszak rozmowcy nie beda widzieli, ze leze rozmawiajac z nimi). Dzwonie do TV Licensing, by uaktualnic licencje. Dlugo czekam, wreszcie laczy z automatem. Po przejsciu przez kilka opcji, podaniu kodu pocztowego (automat ciagle nie mogl zrozumiec mojego akcentu! wiec podawalam ze trzy razy!) wreszcie sie lacze. Operator odbiera, mowi raz "hallo??!!!" i... rozlacza mnie. Probuje jeszcze dwa razy - ten sam cyrk. Wreszcie dochodzi do mnie, ze jest problem z fonia: tj. ja ich slysze, oni mnie nie, wiec to nie moj akcent tylko brak glosu...

Dzwonie na 100 by dowiedziec sie, w czym problem. Tam facetka testuje moja linie, podczas testu otrzymuje automatyczna wiadomosc, ze dalej nie moga testowac, bo linia jest.... zajeta (wczesniej kazali mi pozostac na linii i nie odkladac sluchawki!). Dzwonie na 150 (darmowy numer do BT) - od razu otrzymuje automatyczna wiadomosc, ze nie moga mi pomoc, bo mam zadzwonic do SWOJEGO operatora! (GRRRRRRRRR - BT to moj operator, wiec o co chodzi????). Udaje mi sie dodzwonic do linii napraw - tam facet stwierdza, ze linia jest OK i pewnie problem z moim sprzetem. Stwierdzam, ze pewnie nie z moim, tylko ze sprzetem TV Licensing...

Dzwonie do PEWNEGO BIURA - wg instrukcji znalezionych na rzadowej stronie powinni odebrac i przyslac mi potrzebna aplikacje. Po bardzo dluuuuuuuugim oczekiwaniu lacza mnie i facet twierdzi, ze moze cala aplikacje przyjac przez telefon. Zaczynamy, ale okazuje sie, ze nie mam wszystkich danych (sa w pokoju z komputerem, a ja nie myslalam, ze bedzie mozliwosc zalatwiania sprawy calkowicie przez telefon). Uzgadniamy, ze zdobede reszte danych i ponownie zadzwonie. Zdobywam. Dzwonie, ale znow dluuuuugie czekanie. Wracam do komputera i znajduje informacje, ze aplikacje moge sobie wydrukowac (16 stron - tusz piechota nie chodzi). Drukuje i wypelniam. Nazajutrz jade do INNEGO MIASTA celem dostarczenia papierzysk (tj. aplikacji, etc.). Po zaparkowaniu i przejsciu przez pol miasta na miejscu okazuje sie, ze papierowych aplikacji nie przyjmuja i trzeba dzwonic! GRRRRRR!

Zachowuje "stiff upper lip" i wracam do domu dzwonic. Po dluuuuugim czekaniu kobitka odbiera i wysluchawszy o co chodzi stwierdza, ze najpierw powinnam zalatwic co innego, to potem bedzie latwiej zalatwic moja sprawe. Probuje z nia dyskutowac, bo wiem, ze nie ma racji (tj. czesciowo ma, bo zwykle tak by bylo, ale w mojej sprawie jest inaczej i to wiem z doswiadczenia, bo podobne sprawy zalatwiam prawie na codzien). Wreszcie babeczka poddaje sie i zgadza na przyjecie sprawy. Po czym okazuje sie, ze nie ma to calkiem sensu, bo w miedzyczasie sytuacja sie zmienila i szkoda po prostu czasu i zachodu. Kobieta podaje mi inne numer, na ktory od razu dzwonie. O dziwo odbieraja prawie natychmiast, za to okazuje sie, ze czekalaby mnie dluuuga rozmowa na ktora juz nie mam czasu, bo musze jechac po MMZ...

I tak przelatuje kolejny dzien.

Albo dzisiaj: pojechalam do Pewnego Miasta, by zalatwic inna sprawe. Wchodze do jednego biura - tak, zalatwiaja cos takiego, ale kobieta ktora tym sie zajmuje jest na urlopie - prosze wrocic we wtorek. OK, ide do innego biura. Tam owszem, rowniez sie czyms takim zajmuja, ale facet ktory sie tym zajmuje musial wlasnie wyjechac do Drugiego Miasta, bo mu sie alarmy tam wlaczyly... Bedzie pozniej (byc moze). Wracam z kwitkiem.

Czy wy tez tak macie? Czy tylko u mnie non-stop takie cyrki?

piątek, 22 kwietnia 2011
Jest pięknie

Od dobrego tygodnia mamy lato. Wczoraj nawet późnym wieczorem było bardzo ciepło. Bzy są obecnie w pełnym rozkwicie - lada dzień zaczną przekwitać. Kasztany zdążyły grubo przed maturą! Dziś przeczytałam, że w Europie susza (tu też nie pada, ale suszy efektów jeszcze nie widać). Pięknie jest.

W poniedziałek P. położył nam dywan w dużym pokoju. Nie jest idealnie, ale już poczuć sie u siebie w domu wreszcie można. Zniknęła brunatna betonowa podłoga, zniknęły kartony (no, prawie). W dodatku P. zapomniał o podłączeniu TV (dla mnie zbyt ciężki jest, by dobrać się od tyłu do podłączenia wszystkich kabli), więc spokój mam od TV. Przynajmniej bez rozproszenia można przygotować się do Świąt. :) Chwała Bogu!

Przedwczoraj byliśmy w katedrze na Chrism Mass. MMZ usiadł w autokarze osobno - ponoć chciał poczuć się niezależny (nic, tylko do nastoletnich krostek na buzi dochodzą zmiany w zachowaniu!). Siedziałam zatem sobie sama wygodnie i rozmyślałam. Dojechawszy na miejsce i odwiedziwszy wygódkę udałam się na spacer z MMZ w poszukiwaniu wody (MMZ nasze picie zostawił w autokarze, a bezpośrednio na miejscu nigdzie nie było ani wody, ani sklepu). Doszliśmy wreszcie do podnóża pagórka, a tam udało nam się wodę kupić... w cenie 1.25(GBP) za 330mls! Strach się bać, a my myśleliśmy, że paliwo samochodowe jest drogie! Z rozterką w sercu kupiliśmy jedną buteleczkę, wypiliśmy po połowie i udaliśmy się w drogę powrotną. Pod samą katedrą dogoniliśmy pewną staruszkę (mijaliśmy Ją w drodze do sklepu) - dzielna kobieta - pod górkę, sama na niepewnych nogach, w taki gorąc! Katedra w międzyczasie prawie się zapełniła, więc pospieszyliśmy się zając sobie miejsce. Udało się nam usiąść w trzecim rzędzie, trochę z boku wprawdzie, ale z dobrą widocznością. Miło było widzieć tyle znajomych twarzy, i dopiero widok samego biskupa trochę mną wstrząsnął. Otóż Biskupa mamy młodego, bardzo fajnego. Widziałam Go ostatnio w mojej starej parafii ze dwa lata temu. Wysoki, smukły, z iskierką w oku. Pięknie mówił homilię. Teraz, choć wciąż wysoki, to przygarbnięty nieco, posiwiały, mniej pewny wydawał się nawet w chodzie. I dopiero podczas już samej Mszy zauważyłam trzęsącą się rekę. Parkinsons? Pewnie tak. MMZ nawet po Mszy sobie przez kilka chwil z Nim porozmawiał, ale o zdrowie nie pytał...

Za to wczoraj P. położył dywan w moim pokoju, i od razu zrobiło się w nim przytulnie. Nie myślałam, że go polubie (pokój, chodzi mi!)... a teraz bym go nie zamieniła! Oczywiście czeka nas (czyt.: mnie) rozpakowywanie wszystkiego - na Święta mieszkanie nie będzie gotowe tym bardziej, że MMZ nie może się rozpakować, bo Jego pokój jeszcze porządnej podłogi nie ma, a szybko tego nie zrobimy, bo z wypłatą ciężko. :( Ale nic to: ważne, że przynajmniej w dwóch pokojach da się mieszkać dość miło. Nie od razu Kraków zbudowano!

Wczoraj byliśmy na Mszy w naszej parafii, w głównym kościele. Pięknie było. Fajnego mamy księdza (święcenia przyjął tuż przed emeryturą - wdowcem był - więc bardzo życiowy, a i mądry też: ale to chyba niekoniecznie przez późne święcenia). ;)

Dziś ledwo zdążyliśmy na trzecią (do tego samego kościoła). Było trochę inaczej, niż przyzwyczajona jestem, ale też OK. Natomiast teraz pogoda się nam chyba załamała, bo chmura ciemna zawisła nad nami, i zimno nagle się zrobiło. Może popada, choć nie przypominam sobie zapowiedzi deszczu...

Mam nadzieję, że przed Niedzielą jeszcze ze dwa słowa napiszę, ale już dziś życzę Wszystkim Radości, Miłości i Pokoju. Pozdrawiam. :)

piątek, 15 kwietnia 2011
Dawno nie pisałam, a tu zmiany...

Dawno nie pisałam, a tu zmiany wielkie. W międzyczasie wiosna, a przez weekend i lato nawet! zagościły... Gościł też Szwagier, choć goszczeniem tego nazwać nie można, bo tylko się narobił... Za to ja dwa razy do LHR i spowrotem - i nawet czasu nie było zatrzymać się na dłużej, choć za drugim razem pięknie całkiem było, bo przez okolice Windsor dwa razy jechałam.

Główna jednak zmiana jest taka, że (mimo składanych sobie obietnic sprzed dwóch lat) całkiem nagle i niespodziewanie przeprowadziłam się ponownie. Tym razem... na wieś! Zaraz minie tydzień jak na nowych "śmieciach" jesteśmy, i choć poprzednie mieszkanko bardzo lubiłam to nie mogę powiedzieć, że jestem niezadowolona. Ale to wczesne dni mieszkania tutaj. Z jednej strony zbyt krótko, by się wypowiadać... choć z drugiej to klamka zapadła.

Wrażeń przy przeprowadzce było co niemiara: pakowałam pełną parą, ale i tak klucze oddałam na 10 minut przed dwunastą (dosłownie!).

Teraz tylko muszę czekać na kolejną wypłatę, bo trzeba pokupować różne rzeczy do domu i na działkę (sic!). :)

Tyle nowinek na dzisiaj. Oczywiście jest ich więcej, ale muszę iść Dziecko uśpić... :P

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>