Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 21 kwietnia 2010
Ciag dalszy konca

... dojechalismy do pizzerii, która MMZ bardzo lubi. Tlumów nie bylo (wrecz przeciwnie), za to obsluga bardzo mila, jedzonko swieze, a za oknem sloneczko. :) Po wielkiej uczcie ruszylismy w kierunku domu, ale postanowilam po drodze Ich zaskoczyc i zawiozlam Ich do Siedziby Króla Artura. Wioska mnie oczarowala (moze zrobil to bezwietrzny dzien i póznopopoludniowe slonce?), a dawna Posiadlosc Legendarnego Króla przypadla mi do serca. :) Zalowalam tylko, ze nie mam znów dziesieciu czy dwunastu lat, mojej dawnej Paczki przy mnie, i beztroski lat dzieciecych...

Dochodzac do podzamcza udalismy sie w lewo. Przed nami bylo wielkie, stare drzewo, a troche wyzej sciezka wiodaca po obwarowaniach. Tu i ówdzie pojawialy sie stare mury, widok z nich byl przesliczny. W srodku wewnetrznej przestrzeni bylo jeszcze wyzsze wzgórze, na którym akurat bawila sie grupa mlodych chlopców. Znów serce scisnelo sie na wspomnienie mojej Paczki/Grupy/Bandy - jakby Ich nie zwal. Ech, to byly czasy!

Tymczasem wspomnienia rozwialy sie, bo moja uwage przykul wielki (by nie powiedziec olbrzymi) czarny pies. Lezal dostojnie powyzej chowajacych sie w tej chwili na zboczu chlopców i wygladal jak dostojny, czarny lew (bez grzywy wprawdzie, ale wymiarami prawie pasowal). Zdziwilam sie, bo wczesniej owi mlodziency nas mijali, i nie mieli ze soba psa. Od razu oczywiscie przypomnialy mi sie tutejsze legendy o wielkich czarnych psach... ten jednak nie wygladal strasznie, lecz raczej dostojnie.

Pora byla wracac. Jeszcze tylko kilka zdjec, jeszcze bitwa na pokrzywy, i chwila spedzona przy pustej chatce na rogu (bardzo mi sie podobala)... Potem w droge - trzeba bylo udac sie do S., by zabrac Spotty'ego i zyczyc P. dobrej, bezpiecznej drogi. Mam nadzieje, ze popioly z Islandii nam nie zaszkodzily; pod wieczór powietrze nie bylo juz az tak przejrzyste - w oddali wisiala jakby mgla nadajaca powietrzu nad horyzontem sinawy kolor...

Podsumowywujac: caly dzien byl bardzo udany. Az zal bylo, ze dobiegl konca. Oby wiecej takich dni. :)

niedziela, 18 kwietnia 2010
Koniec ferii Wielkanocnych!

MMZ jutro idzie do szkoly. Zal Mu straszliwie, bo luzy mial wielkie przez ostatnie dwa tygodnie. Dzis nawet wspominal, ze trzeba bylo pojechac do Babci na Wielkanoc, to bysmy nie mogli wrócic na czas do szkoly (- wiadomo, popioly z wulkanu przeszkadzaja w powrotach)... LOL

Dzisiaj dzien minal nam dosc nieciekawie: troche MMZ ogladal w TV to, co Go ciekawilo, a troche ja wypatrywalam wiadomosci z Krakowa, z pogrzebu Prezydenta i Malzonki. BBC News 24 malo co informowalo, i to gdzies pod koniec serwisów - ot, kilka minut z Bazyliki z Rynku, to znow z Trafalgar Square w Londynie. Pózniej znów scena wyprowadzenia z Bazyliki - tym razem info jeszcze krótsze. Pózniej poszlismy do kosciola na polska Msze. Dobrze, ze x.A odprawial - bylo dostojnie i jak powinno byc. Po powrocie znów czekalam chyba ze 40 min przed telewizorem, ale tylko krótki raport na zywo - w tle Wawel w nocy (choc u nas jeszcze widno).

Dopiero ciutke wiecej pokazala telewizja rosyjska (RT). Tez nie za duzo, ale jednak wiecej. Czuje niedosyt. I pomyslec, ze moglabym teraz miec polska TV, ale powymyslali jakies nowe przepisy - wlasciciel domu sie zgadza pod warunkiem, ze zaprezentuje profesjonalne rysunki podlaczenia instalacji, wraz z kopiami ubezpieczenia i kwalifikacji podlaczajacego!

Wracajac jednak do dnia wczorajszego musze powiedziec: och, co to byl za dzien! :)

Pogoda byla przepiekna. Spotkalismy sie z P. w Szerokiej Ulicy w S. Tam zostawilam swój pojazd, a pojechalismy dalej Maciejem. Plan mialam taki, by jechac na lunch, a potem w okolice Swindon (P. mial cos tam do zalatwienia, a mi to nie przeszkadzalo, bo juz dawno tam nie bylam i pomyslalam, ze wpadniemy przy okazji tu czy tam...). Juz w drodze okazalo sie, ze P. nie musi jechac tam, gdzie zapowiadal, ze musi... tak wiec choc kierunek byl juz obrany, to pole do popisu otwarte. Zaczelismy jechac znana mi dosc dobrze droga, po czym przejezdzajac w poblizu L. stwierdzilam, ze nie ma co caly dzien tylko jezdzic, i trzeba skorzystac z pieknej pogody. Pod wplywem impulsu skrecilam i zatrzymalismy sie na malutkim parkingu przy wzgórzu, na którym bylam z MMZ tylko raz, przed laty, z kims wówczas mi bliskim. Niesamowite, ile juz z pamieci wylecialo - okazalo sie, ze droga byla dluzsza, niz pamietalam, a wzgórze bardziej skomplikowane. ;) Ale ku mojemu zdziwieniu wspielam sie wraz z Mezczyznami bez zadnej zadyszki. Siedlismy sobie na szczycie patrzac w strone Bath. Z powodu chmury wulkanicznej chyba widok nie byl zbyt wyrazny - ot, choc bylo slonecznie to widnokrag wydawal sie byc "zamglony". Bylo wspaniale. Nie za goraco, ale cieplo w sam raz. Wiatru wcale nie bylo, za to nad glowami lataly nam tabuny cale malych samolotów (chyba wykorzystywali ladna pogode i zamkniete dla komercyjnych lotów niebo). Górka sprawiala dziwne wrazenie - zdawalo sie, ze w srodku jest pusta (nawet pukajac w ziemie byl taki odglos jakby pod podziemnym sklepieniem bylo pusto). Ladna pogoda, dobre towarzystwo, widoki... az zal bylo wracac. Wrócilismy jednak w koncu do samochodu, po drodze mijajac ponownie interesujace stado czarno-bialego bydla (mam nadzieje, ze dodam wkrótce kilka zdjec). Pojechalismy znów na azymut i po kilkunastu milach dotarlismy do... (c.d.n)

 

 

środa, 14 kwietnia 2010
Brak natchnienia

Motywacja moze by sie i znalazla, i to nawet niezla. Jednak natchnienia brak...

Wzielam dzien wolny z puli urlopowej, zawiozlam MMZ z Kolega na angielski football, a sama siedze w bibliotece i próbuje sie naklonic do pisania. Mam do napisania kilka zaleglych prac na studia. Koniec roku zbliza sie wielkimi krokami, a ja siedze i sprawdzam wiadomosci, e-mail'e, wyszukuje opcji taniego, ale legalnego systemu Windows (- pamietam, ze mówilam MT, jak Mu dawalam laptopa, by nie odinstalowywal Windows'a... wprawdzie ów Windows legalny byl, ale dysku chyba do niego nie mialam, bo mi w sklepie wgrali i zarejestrowali...). W kazdym razie robie wszystko, by tylko odciagnac chwile zwiazana z odpaleniem mojego obecnego laptopa i odszukaniem pliku zwiazanego z odpowiednim tematem... Na szczescie nowym wynalazkiem mojej starej Sorbony jest limitowanie czasu na bibliotecznym komputerze; tak czy inaczej bede musiala przestac sie obijac i wziac sie za robote. Tyle dobrego, ze za oknem szaro (po prawie dziesieciu slonecznych dniach) i bardzo zimno - wiec chociaz na zewnatrz mnie nie ciagnie... ;)

Ostatnimi czasy jakas taka zawieszona jestem w prózni: sama nie wiem czego wlasciwie chce. Cyganska dusza we mnie gra; chce mi sie w droge, zmiany jakies w zycie wprowadzac, otrzasnac sie z tej zimowej apatii. To przyzwyczajenie chyba: od tylu lat ciagle cos sie w moim zyciu zmienia i jak za dlugo jest spokojnie, to mnie nosi... ;) Mam wrazenie, ze tak dalej sie nie da.

I jak pory roku czy godziny dnia, tak pedzacy czas mojego zycia przynosi nowe przemyslenia, nowe spojrzenie na swiat, nowe refleksje. Chociaz ostatnio o refleksje trudno, bo zólwia czesc mojego umyslu chyba calkiem w miejscu stanela przerazona szalenczym pedem czesci zajeczej, to jednak coraz czesciej czuje brak rodziny. Moze wynika to z faktu, ze od czasu gdy sie przeprowadzilismy nie udalo mi sie zawrzec nowych przyjazni - ot, ciagle zapedzony, zmeczony, nie potrafiacy zwolnic zajac nie ma okazji na dluzsze postoje i zawieranie nowych znajomosci. Moze zreszta juz nie potrafie? Przez tyle lat nauczylam sie ostroznosci w zawieraniu nowych znajomosci. Nie potrafie juz tak beztrosko i z ufnoscia zawierzac ludziom. Zreszta glównie chodzi mi tylko o MMZ - zal mi Go, bo nie ma On przy sobie Babci, Dziadka czy Dalszej Rodziny wokól siebie... tak wiec traci. :/

Ale dosc tych przemyslen. Jak zwykle czas pogania - zaraz komputer da mi kopniaka zamykajac dostep do konta... Tak wiec, do nastepnego... Ide szukac natchnienia wsród ksiazek! ;)

 

wtorek, 13 kwietnia 2010
Mysli wciaz powracaja...

Wczoraj byly urodziny P. i z tego powodu wybralismy sie w daleka droge. Troche byla to wycieczka w przeszlosc: odwiedzilismy piec hrabstw, zjedlismy pyszny obiad, bylismy na Mszy w Bath. Moze kiedys do tego tematu wróce, ale chwilowo moje mysli wciaz kraza wokól sobotniej tragedii.

Wczoraj przez caly dzien ten temat przejawial sie w naszych rozmowach. Wieczorem, juz po powrocie, chcialam cos dowiedziec sie z PL, ale moglam sobie tylko poczytac, bo brytyjskie stacje TV emitujace wiadomosci (dostepne przez Freeview) mialy niezbyt rozbudowane raporty. Wlasciwie to tylko BBC na dluzsza chwile zatrzymalo sie na Krakowskim Przedmiesciu by pokazac palace sie znicze. Sky zas uparcie powracalo do nudnych tematów zwiazanych z kampania wyborcza i obietnicami...

Dzis w pracy sporo osob skladalo mi, a raczej calemu Narodowi Polskiemu (na rece mojej skromnej osoby) kondolencje i wszelkie wyrazy wspólczucia. Na poczatku porannego zebrania uczczono pamiec Zmarlych minuta ciszy.

Na prózno jednak staralam sie znow cos dowiedziec z telewizji (po powrocie z pracy). We wczesnowieczornych wiadomosciach nie bylo nic na temat dzisiejszych wydarzen w Polsce (no, chyba, ze udalo mi sie przegapic - co moglo sie wydarzyc, bo kilka razy musialam wyjsc z pokoju). Moze cos bylo w póznowieczornych wiadomosciach, ale tak sie zaczytalam w relacjach internetowych, ze calkiem o TV zapomnialam.

Wspominajac o Internecie chce wymienic wskazanego przez Gazete bloga Brata jednej ze Stewardes: http://byc-nie-miec.blogspot.com/ - mimo, ze oczywiscie Jej nie znalam, to czuje jakas bliskosc: chocby przez to, ze i MSH lata, a i to, ze pochodzimy z bialostockiego.

Bede pamietac w modlitwie...

 

wtorek, 06 kwietnia 2010
Busy, busy, busy...

W pracy od samego rana urwanie glowy. Dobrze, ze wczoraj mialam komórke wylaczona, bo i wczoraj ludziska sie dobijali. Nic to, jutro kolejny dzien - bedziemy ciagnac sprawy dalej... Tymczasem daje sobie dzis w prezencie "wczesna noc"  (czyt. ide spac za jakas godzine!). :D

poniedziałek, 05 kwietnia 2010
Mells Daffodil Festival

Dzien dzisiejszy uplynal milo, choc jakby w trzech oddzielnych czesciach:

- Pierwsza, z samego rana, odbyla sie pod znakiem Lanego Poniedzialku 

- Kolejna, byla kontynuacja przerwanego Czescia Pierwsza snu - w rezultacie z zazenowaniem musze zapisac, ze spalismy dokladnie do 11:57AM!

- Ostatnia, pod tytulem: "Mells Daffodil Festival" nastapila po krótkim sniadaniu, a zakonczyla sie obiado-kolacja w naszym The Camelot. Milo bylo, i nawet nie zmarzlam. :) Wrócilam za to do domu z kolejna kolekcja jajek czekoladowych róznych rozmiarów, dwiema sukieneczkami dla Zosiunia i dziewiecdziesiecioletnia mapa Dorset-shire z 1610r.

Jutro niestety znów do pracy, a dopiero tak cieszylam sie na cztery wolne dni - jak ten czas leci! :/

 
1 , 2
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>