Moje codzienne zycia kawalki...
niedziela, 20 kwietnia 2008
South Coast

Wstalismy dosc pozno; tj. ja obudzilam sie wczesniej, ale czytalam sobie spokojnie - pomyslalam sobie: niech sie Dziecie wyspi, od poniedzialku wraca do szkolnych obowiazkow...

Wreszcie wyszlismy tak miedzy jedenasta, a dwunasta. Byl to juz ostatni dzwonek, bo po pieknej pogodzie dnia poprzedniego nic nie zostalo. Wrecz przeciwnie, nad nami byla wszechobecna szarosc, jednolita chmure przesuwal szybko silny wiatr, a w powietrzu wisiala mocno wyczuwalna wilgoc. Znalam to uczucie z moich lat spedzonych w West Susses ,a potem w Hants., wiec wiedzialam, ze lada chwila zacznie padac. Faktycznie, nie musielismy dlugo czekac: (i choc MMZ chcial jechac nad Solent, a nawet przez chwile mial pomysl, by poplynac na moja ulubiona Isle of Wight, ale wytlumaczylam Mu, ze za mocno buja...) dojechalismy do Portchester i zaraz potem zaczal mzyc delikatny z poczatku, a potem coraz mocniejszy deszczyk. Udalo nam sie jednak zwiedzic caly zamek, kosciol i fort. Bylam pod wrazeniem, bo pamietalam to miejsce jako ruine, a tym razem - choc ruina - okazalo sie byc bardzo zadbane; MMZ byl pod wrazeniem rowniez (nawet wyznal mi, ze porownujac z Jego ukochanym stadionem Chelsea FC, to bardziej podobal Mu sie czas spedzony w Portchester). :) Utargowal tez Roman shield z czego jest bardzo zadowolony, bo przyda Mu sie w szkole (wciaz przerabiaja Romans)....

Z Portchester pojechalismy do BeafEater - tego, gdzie kiedys spotkalismy sie po latach z MBM. Jedzonko bylo pyszne, Jason nas obslugujacy bardzo mily. :)

Dwie godzinki pozniej wyjechalismy w strone Southampton; pokazalam MMZ Itchen Bridge (tj. przejechalismy sobie nim) - akurat staly trzy olbrzymie statki pasazerskie - szkoda tylko, ze bylo za zimno, by wysiadac i podziwiac..., potem wybrzezem do Totton (tutaj pokazalam Mu cztery moje domy). Pojechalismy tez do Hythe - ale na brzegu bylo lodowato - po 5 minutach zdecydowalam sie jechac dalej. Pojechalismy do matki Tim'a, a potem do Richard'a, ale zadnego z nich nie bylo. Zrezygnowani udalismy sie nad Solent - ale i tam bylo zimno, a pogoda nie sprzyjala ogladaniu: Isle of Wight bylo ledwie widac...

Wrocilismy przez Exbury Gardens, Beaulieu, Lyndhurst (tutaj czekal nas skrot przez Emery i kierunek na Stoney Cross, z powodu traffic'u). Potem A27 do prawie Poole; skrecilismy na Wimborne Minster (piekny kosciol), przejechalismy kolo K.Lacy (magiczna wrecz aleja starych drzew), Blandford, Sherborne i do domu. W ostatniej chwili zdecydowalismy sie na jeszcze jeden przystanek - w naszym tradycyjnym Podimore... Dwojka z obslugi okazala sie byc Polakami (trzeba bylo widziec zdzwienie na twarzy bardzo ladnej zreszta obslugujacej nas Polki, gdy zagadalam po polsku). Posilek byl bardzo mily. Ale z Polakami przypomina mi sie jeszcze jeden watek: tuz przed dojechaniem na owo jedzonko przejezdzalismy przez mala wies, i nagle widzimy, a na budynku wisi polski talerz satelitarny...) - nawet i tam!

Ogolnie rzecz biorac wyjazd bardzo udany, choc (za) krotki. Po przyjezdzie zreszta okazalo sie, ze czeka na nas nowy wyjazd - za miesiac...

piątek, 18 kwietnia 2008
Chelsea FC

Wrocilismy! :) Dzisiaj opisze chyba tylko dzien wczorajszy, bo pozno juz, a wrazen moc!

* * *

Dwa ostatnie dni byly szalone, wypelnione jezdzeniem, zwiedzaniem i rozmowami, ale i wspaniale - dawno sie tak nie bawilismy. Szkoda tylko, ze minely tak szybko. Zreszta, zawsze nam wszystko mija za szybko, a to dlatego, ze w codziennym zyciu jestem zapedzona, w wakacje prawie MMZ nie widze, a nawet jak Go widze, to dzielimy ten czas na kilka Osob. Bardzo rzadko zdarza nam sie spedzic "quality time" razem - tylko Syn i matka. :)

Ale od zaczne od poczatku... MMZ troche sie skarzyl, ze ostatnio malo mnie widuje (prawda), wiec chcialam Mu to jakos "wynagrodzic", i poswiecic czas tylko i wylacznie dla Niego, a jednoczescie chcialam, by bylo to "bombowego" - by nie zapomnial zbyt szybko... ;)

Wreszcie wpadlam na pomysl zabrania Go do Londynu na stadion Chelsea (Jego ulubiony klub).

Potem, zastanawiajac sie nad wycieczka dokladniej doszlam do wniosku, ze szkoda jechac 150 mil tylko po to, by po kilku godzinach wrocic. Postanowilam zanocowac w Londynie, ale okazalo sie, ze zostanawialam sie nad ta decyzja zbyt dlugo, i ceny byly juz poza moim zasiegiem... Coz, zaczelam rozwazac hotel poza Londynem. MMZ podsunal mi mysl miejsca zwiazanego z Imperium Rzymskim (akurat to przerabia w szkole). Dlugo sie zastanawialam, bo daleko jechac sie nie da majac ograniczony czas i fundusze, a pobliskie miejsca juz zwiedzilismy... W koncu przypomnialo mi sie takie jedno miejsce... :)

Wyjechalismy wczoraj rano. Po drodze zatrzymalismy sie na wczesny lunch, a potem - z malymi przygodami - dotarlismy do Fulham Broadway. Dzieki Bogu, ze z przygodami, bo przy okazji przypomnialam sobie duzo skrotow sprzed 17-stu prawie lat... Zaparkowalismy przy stacji metra i popedzilismy na Stadion. Bylismy w sam raz na czas. :))

Mlody chlopak oprowadzajacy nasza grupe byl wesoly, nie szczedzil szczegolow, pozwolil fotografowac do woli. Malo tego, z naszej licznej gromady wybral wlasnie MMZ, by pokazac jak wyglada podpisywanie kontraktu z nowym graczem... MMZ, jako bramkarz, zostal przyjety (czy raczej "przejety"?) za jedyne 15 milionow funtow, z wyplata 70tys. funtow tygodniowo.

Przy czym okazal sie bardzo slodki, bo sam z siebie przeznaczyl 3/4 owej wyplaty dla mnie... ;) - ow moment widac wlasnie na powyzszym zdjeciu. :) Zdjec z calego zdarzenia mam sporo, ale szkoda, ze nie nagrywalam na video, bo bylo bardzo wesolo. :) Pogoda dopisala, a ku memu zdumieniu wsrod zwiedzajacych byli rowniez i Rodacy-Polacy (- zdziwiona mialam byc jeszcze w ciagu naszych dwoch dni kilkakrotnie, choc moze nie powinnam sie dziwic, bo teraz to juz "normalne"). Malym rozczarowaniem byl "Megastore", w ktorym niewiele bylo rzeczy zdolnych nas zainteresowac. W dodatku nasz plan kupienia MMZ nowej koszulki bramkarza (ze starej wyrosl) spezl na niczym, bo koszulek dzieciecych bylo bardzo niewiele, a te co byly - byly drogie i calkowicie nie zwiazane z bramkarzem badz MMZ ulubionymi zawodnikami... Drugim rozczarowaniem bylo to, ze MMZ nie chcial isc do muzeum; ale chyba nie ma sie co dziwic, wszak jest jeszcze dosc maly, a wrazen mial duzo...

W rezultacie, korzystajac z bycia blisko centrum, i za ladnej pogody, pojechalismy metrem "sie przejechac"; zawiozlam Go pod resztki rzymskiej sciany, pod Tower of London i Tower Bridge (bylo zbyt pozno, by decydowac sie na zwiedzanie).

Z rozczuleniem stwierdzilam, ze Travelcard wciaz funkcjonuje (choc teraz wsrod opcji jest i Oyster Card, ktorej w "moich czasach" nie bylo). Wrocilismy metrem do stacji mojej dawnej szkoly przy Gloucester Road (przy okazji przydarzyla nam sie przygoda z hotelem...), a potem autobusem do Earl's Court, by wrocic do Macka metrem. Troche zal mi bylo, gdy zauwazylam, ze zabito moja zielono/czerwona sciane na jednej ze stacji metra (dojezdzalam tamtedy codziennie prawie z Putney Bridge w 1991r. i zawsze lubilam na nia spogladac)... Potem wrocilismy do Macka, a Mackiem przez Richmond Park, Kingston, Surbiton i Tolworth dotarlismy do jakze mi bliskiej kiedys A3. Znow wrocilo wiele wspomnien, na szczescie nie tak intensywnych jak podczas mojego poprzedniego dluzszego pobytu w Londynie...

Zjedlismy pozna obiado-kolacje pod Guildford. Zawahalam sie, czy nie odwiedzic BP, ale jednak zdecydowalam sie na pojechanie prosto do hotelu w PO. Tam jeszcze kilka malych "teething problems" typu brudna pokrywka od czajnika (czajnik dosyc stary, ale jeszcze OK, ale nie moglam zrozumiec skad w nim od srodka na pokrywce taki dosc wyrazny nalot jak od fusow z kawy...); na szczescie wymienili... Wreszcie zasnelismy czekajac na zwiedzanie rzymskiego fortu...

(c.d.n.)

środa, 16 kwietnia 2008
Dzisiaj...

... widzialam kwitnace bzy; niby nie powinnam sie moze dziwic, bo w ub. roku bylo o tej porze podobnie, ale zimna pogoda mnie zmylila, i nie spodziewalam sie ich jeszcze... za to drzewa owocowe wciaz przepieknie (acz blado nieco) kwitna...

... sloneczko swiecilo, ale bylo tylko umiarkowanie cieplo (a i to do czasu!)

... byl ostatni dzien w pracy w tym tygodniu dla mnie.

... na wyjezdzie zjedlismy przepyszny obiadek za przyzwoita cene. ;)

... nie moglam sie dodzwonic ani do MSH, ani do MMiMT (dopiero poznym wieczorem mi sie udalo).

... nie zalatwilam wszystkiego tak, jak chcialam.

... wydalam straszna kupe pieniedzy na okulary.

... odebralismy okulary MMZ (tez kosztowaly mala fortune - ale wyglada bardzo ladnie).

... bylam w W-land i niewiele zalatwilam.

... dostalam zaproszenie: by byc czlonkiem-zalozycielem lokalnej CC.

... slyszalam, ze coraz wiecej ludzi zwalniaja (coz, juz od dawna czuje sie recesje).

... czytalam, ze paliwo ma kosztowac wiecej, niz £5 za gallon.

... MMZ zaskoczyl babeczke w S-S mowiac jej calkiem serio, ze jak skonczy szkole to pojdzie do college'u, a potem na uniwersytet (na Zarzadzanie Biznesem na Exeter Uni), a jeszcze pozniej bedzie gral w pilke nozna w reprezentacji Anglii (LOL; wszystko to w odmownej odpowiedzi na jej oferte pracy skierowana do MMZ - bo bardzo sie sprawdzil podczas naszego spotkania).

... od rana czytalam polecona przez MSH ksiazke, i choc jestem w polowie, to nadal nie wiem co o F. myslec; pytanie tylko, czy to wazne?

... MMZ dostal list z plywalni; zapraszaja Go do dalszej nauki... dobrze, ale za kieszen sie czlowieku trzymaj!

... ksiazki nie napisze, najchetniej to bym zalatwiala sprawy i moze prowadzila spotkania plus uczyla (i uczyla sie)... a tu trzeba robic tyle rzeczy, ktorych sie nie lubi, i do ktorych nie ma sie talentu...

... rozmawialam (ale to wlasciwie wczoraj) z Brian'em; czyli sa ludzie, ktorzy do czasu maja podobne do mnie podejscie... w takim razie moze powinnam jakas nowa teorie oglosic... bo kto to widzial, zebym musiala sie podporzadkowywac normom, ktore nie sa dla mnie naturalne?

... przyszedl rachunek z Somerset Music - aaaaaaaaaagh!

... mam sporo do zrobienia, ale brak mi natchnienia.

... wypilam juz trzy kawy; zaraz zrobie sobie pewnie czwarta - pyszne mi wychodza (co jest o tyle dziwne, ze ja robie zwykle bardzo dobra herbate angielska, a do kaw nie mam talentu... ale odkrylam cos, co mi smak kawy poprawia...) - tyle, ze chyba juz sie domyslam, dlaczego ostatniej nocy bolalo mnie przez sen serce.

... latal nad nami helikopter, a ja sie wkurzalam... mieszkam o rzut kamieniem od NPS i nie zycze sobie pojazdow latajacych... (co jest raczej trudne do osiagniecia - owo nielatanie znaczy sie - bo mieszkam miedzy trzema miedzynarodowymi lotniskami, ze juz o pomniejszych nie wspomne).

... MMZ gral w pilke, i trener z Exeter City pochwalil Go, ze dobry z Niego bramkarz - polecajac jednoczesnie, by koniecznie dac Mu grac w jakims klubie. Coz, w tym sezonie sie nie da: MMZ byl do klubu zapisany na ten rok, i watpie, aby zgodzili sie, by przeszedl gdzie indziej...

... chyba pojde i zrobie sobie kolejny dluuuugi "bath"; nie dziwie sie Romans - gdyby mnie bylo stac, to codziennie bym sie tak pluskala.

... pewnie nie napisze juz nic wiecej, bo rano musze wstac, a jeszcze tyle do przygotowania...

... mowie juz dobranoc. :)

wtorek, 15 kwietnia 2008
Czekajac na czwartek

Dzien znow sie zaczal slonecznie, i az zal mi bylo MMZ odstawiac do sali gimnastycznej, zamiast na boisko... ale coz, zarabiac trzeba... :/

Udalo mi sie wydrukowac co mialam do wydrukowania (choc bez godziny kombinacji sie nie obylo). Zalatwilam BAC (trzy razy dzis tam chodzilam!), bylam u B. na szczycie wiezy, oblecialam miasto trzy razy... Uff!

Jutro bede o miala mniej czasu. MMZ idzie kopac pilke, a ja bede dzwonic. Ot, zwykla kolomyja. Za to pojutrze bedzie inaczej. :))

W wielkim skrocie

Piekna pogoda byla, MMZ mial grac, ale z powodu mojej pracy musial isc do Slonia. Okazalo sie, ze na dwor nie wychodzili wcale. Grrr!

Byla u mnie S. i caly dzien pracowalysmy. Jeszcze jutro i pojutrze, a potem w droge! :)

M. dostala prace! Hurra!!! :))

H. nie odezwala sie. Hmm. Nie wiem co z tego wyniknie.

Zapomnialam zadzwonic do Skarbowki dla J. Jutro pewnie mnie bedzie popedzac...

Ide spac, bo zasne na siedzaco. Niedobrze. Powinnam pisac, bo nie wiem, kiedy mi sie to wszystko uda zalatwic. Wszystko w obecnej chwili m.in. znaczy: praca zaliczeniowa, portfolio, case study, tlumaczenie, przygotowanie dwoch lekcji, przygotowanie egzaminu, sortowanie papierow - ongoing, odpowiadanie na listy, e-maile, etc., ksiegowosc, raport dla BAC, ze juz o innych nie wspomne.... Ech...

Ide sie uspic.

niedziela, 13 kwietnia 2008
CIESK

Oj, zostaly tylko jedne zajecia i bedzie koniec kursu o nazwie CIESK. Dzisiaj zaliczylam "interview" - nawet dobrze wypadlo, choc na poczatku trybiki miedzyjezykowe troche zgrzytaly... sama nie wiem dlaczego? Ogolnie poszlo OK. Pozniejsza sesja, do ktorej wcale nie mialam czasu sie przygotowac rowniez jako-tako sie udala; dyskusja byla dosc zywa. ;)

Teraz juz tylko portfolio trzeba zrobic, i nareszcie odzyskam moje soboty! :) Choc z drugiej strony bedzie mi brakowalo N. i A.... i reszty Dziewczyn!

* * *

Coz jeszcze nowego? Byla landlady odebrala wczoraj moj stanowczy list; nie skontaktowala sie do tej pory - mysle, ze wyjscia ma dwa: albo sama mnie wezmie do sadu, albo poczeka, az ja to zrobie...

Wczoraj byla u mnie S.; pogadalysmy przez trzy godziny. Bylo przyjemnie, choc troche sie o Nia martwi: stracila duzo wagi, a wraz z tym ta swoja czarujaca bezposredniosc... Mam nadzieje, ze wszystko jest OK. Troche trudno bylo zapytac tak prosto z mostu; bo moze faktycznie stracila nadwage przez cwiczenie, i byloby Jej przykro... Boje sie jednak, ze moze to cos innego...

Jutro wybieram sie do L'port'u, M'ock i na Wzgorze Szynkowe... Wczesniej jednak do kosciola, a potem na jedzonkow w Polowie Drogi... :)

OK, wanna czeka, wiec uciekam...

 
1 , 2 , 3
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>