Moje codzienne zycia kawalki...
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Przelotnie

Jestem. Zyje. Ale duzo pisac nie bede, bo pisze znow z mojej uroczej kafejki na Starym Miescie w W-wie.

Slub A&G byl bardzo ladny. Dzisiaj zas odbieralismy suknie MSH - przepiekna.

Czas jednak nieublaganie leci - za tydzien o tej porze bede przygotowywala sie do powrotu.

Pozdrawiam z PL.

ps. W niedziele w oko wpadl mi pewien Spiewak. ;) Ciekawe, czy jeszcze sie spotkamy. :)

czwartek, 26 kwietnia 2007
Znow sie martwie. ;)

Bardzo zabiegany dzien mialam dzisiaj... do tego stopnia, ze przed snem pekala mi (prawie doslownie) glowa. Przespalam sie jednak poltorej godzinki, i przy pomocy tabletek bol troche w miedzyczasie minal. Mialam spac dalej i zajrzec tu jutro z rana, ale obudzil mnie przelatujacy nisko i dziwnym korytarzem duzy samolot. Lecial niewysoko, basowo huczac silnikami i wygladalo to tak, jakby schodzil pod nieznacznym katem coraz blizej. Polecial linia prosta zachod-wschod i zniknal nad dachami domow kierujac sie tak na oko gdzies w strone Andover... (dziwny to punkt odniesienia, ale tak to wygladalo w przyblizeniu). Mam nadzieje, ze nic mu sie nie stalo - moze byl to jakis transportowy-wojskowy? Trudno powiedziec. W kazdym razie nie napawa mnie to optymizmem przed jutrzejszym lataniem... i pomyslec, ze MSH lata z koniecznosci dla przyjemnosci. ;)

Obudzona postanowilam wpasc jeszcze online, bo poczte trzeba bylo sprawdzic, a i trzy prace wyslac dla J. (to mnie jeszcze czeka, niestety).

Nie moge dojsc do zrodla przykrego zapachu w moim domu. Troche mi to przypomina bardzo stare dzieje, gdy moj ukochany psiak zaznaczal terytorium wewnatrz mieszkania... :/ Ale psiaka nie mam juz dobrych kilka lat, zapachu takiego tez w tym mieszkaniu nigdy nie bylo, wiec calkiem nie wiem co to jest. Ale czuc wszedzie. :( Podejrzewam troche kota, choc z drugiej strony to czyste jednak zwierze, wiec nie wierze... Pewnie jakas butelka ze srodkami chemicznymi?? Trzeba bedzie sprawdzic. Szkoda, ze nie mam czasu na gruntowne porzadki; taki powod bylby swietna okazja... Jednak nie mam o czym marzyc - czasu w tej chwili brak.

Troche martwie sie, czy jutro znajde paszporty. Jeszcze nie zagladalam, czy mam... a wspominajac Wigilie ub. roku powinnam jednak sprawdzic.

OK, uciekam stad, bo robi sie coraz pozniej, a ja jutro tylko trzy godziny na wszystko bede miala. Odezwe sie pewnie w ciagu nadchodzacych dni, tylko nie wiem jeszcze kiedy.

Pozdrawiam serdecznie.

wtorek, 24 kwietnia 2007
Co dalej?

Od rana zalatwilam mnostwo spraw; przeprowadzilam kilka waznych rozmow telefonicznych, napisalam cos dla Jay'a, odpisalam na e-mail'e, dociagnelam kolejna prace do polowy. Przydaly by mi sie kolejne 3-4 godzinki czasu na dokonczenie pracy, ale coz - trzeba pomalu zaczac sie zbierac do wyjscia po MMZ. Mam nadzieje, ze uda mi sie dokonczyc pisanie noca (o ile nie zasne; ostatniej nocy poszlam spac po trzeciej, a juz dwadziescia po siodmej do drzwi zadzwonil listonosz z paczka...).

OK, uciekam pod prysznic, a potem lece po MMZ i spotkac sie ze Starym Znajomym z B. Wieczorem jeszcze tylko dokoncze pakowanie (jutro nie bedzie kiedy - czeka mnie dluuuugi dzien) i prawie jedna noga bede w PL. Po raz kolejny przeraza mnie mysl, jak szybko czas ucieka. Za tydzien bede przezywala przygotowania do slubu MSH, a za dwa tygodnie o tej porze bede tutaj pewnie siedziala - i bedzie juz po wszystkim. Mam nadzieje, ze Mlodzi wiedza, co robia... ;)

/Wciaz im obojgu powtarzam, ze nawet przy oltarzu moga zmienic zdanie./ :P

Czy to moj problem?

Odkad pamietam zawsze bylam osoba odpowiedzialna (no, w miare w kazdym razie - oczywiscie zdarzalo mi sie robic nieodpowiedzialne rzeczy, ale to chyba ludzkie). Chodzi mi o to jednak, ze zawsze martwie sie za siebie i za innych. Martwie sie za duzo. Czy tez raczej przejmuje sie za duzo...

Dzisiaj na AOL podali szesc krokow ku martwieniu sie mniej... Wszystko oczywiscie bardzo logiczne i dobre rady. Ale najbardziej podobal mi sie krok bodajze drugi:

  • Zastanow sie, czy sprawa, ktora sie przejmujesz jest tak naprawde problemem?
  • Czy jest TWOIM problemem?
  • I jesli tak, to co mozesz z tym zrobic...

Jak dla mnie to bingo: szczegolnie te dwa pierwsze pytania zadawane sobie w pore bardzo mi pomoga. :)

Przedwyborcza panika

Pozna noca dostalam nagle e-mail'a od B.; prosil o pomoc i ta prosba krzyczala prawie z kazdego zdania. B. jest radnym miejskim z ramienia Partii Pracy. Znamy sie od wielu lat, choc ja partyjna nie jestem i moje poglady nie zawsze zgadzaja sie z jego pogladami. Jednak, gdy odstawi sie te cala polityke na bok, to musze przyznac, ze B. robi dla ludzi dosc duzo.

Wracajac jednak do e-mail'a... B. prosil, bym pomogla mu z tlumaczeniem ulotki wyborczej, ktora zamierza propagowac wsrod Polakow. Znajac moje ogolne nastawienie do polityki, a do Partii Pracy w szczegole B. tlumaczyl, ze sprawa jest wazna, bo w miescie zaczyna sie gotowac: tzw. partie neo-nazistowskie jak sie wyrazil podburzaja lokalny lud przeciwko wschodnio-Europejczykom, ktorzy sie tutaj osiedlili w ostatnich miesiacach. Jako przyklad B. dal wypadek samochodowy, ktory wydarzyl sie na dniach w dzielnicy reprezentowanej przez B., a ktorego sprawca byl obywatel Litwy. O wypadku nie slyszalam, i pomyslalam sobie, ze B. przesadza.

Ale w ciagu ostatnich dwoch godzin okazalo sie, ze jednak nie przesadzal. Najpierw, kupiwszy lokalny tygodnik (ktory jest dosc powazna gazeta mimo zasiegu lokalnego) zobaczylam relacje z tego wypadku umieszczona na pierwszej stronie. W tekscie byl cytowany m.in. jeden z tubylcow mowiacy, ze "gdyby dostal go (tj. kierowce, ktory spowodowal wypadek) w swoje rece, to bylby go zabil". Znow poczatkowo pomyslalam, ze reportera ponioslo. Choc musze przyznac, ze dzielnica o ktorej mowa jest jedna z dzielnic komunalnych; ci co mieszkaja w UK beda wiedzieli co to znaczy. ;) Ale tak sie zlozylo, ze kilka minut po moim przeczytaniu tego artykulu, zadzwonila do mnie pracownica tamtejszej szkoly. Kontaktowala sie ze mna, poniewaz chciala, bym cos im przetlumaczyla. W rozmowie jednak wspomniala, ze coraz wyrazniej i czesciej widzi sie rosnaca niechec tubylcow do Polakow (padaja na boisku teksty typu: "You dirty Pole, f*** *** back to you own country", etc.). Oczywiscie szkola probuje na to reagowac, ale wiadomo, ze dzieci powtarzaja tylko opinie i zachowania rodzicow/podpatrzone w domu.

Prawda jest taka, ze sporo Polakow z Nowej Emigracji nie przejmuje sie opinia, jaka srodowiskom polskim tworza. Czesto sa to ludzie, ktorzy nie zamierzaja tutaj na zawsze pozostac, nie mowia po angielsku, a i bywa, ze nie maja badz nie staraja sie miec kultury osobistej. Oczywiscie nie mozna generalizowac, i wiadomo, ze ogolnie Polacy maja dobra opinie jesli chodzi o etos pracy czy wiedze. Duzo by o tym pisac, a ja nie chce tutaj prowadzic jakichs politycznych rozwazan. Jednak dla tych, ktorzy mieszkaja tutaj od dawna, badz zamierzaja zostac na dluzej/na stale, takie zachowania sprawiaja, ze krew sie w czlowieku zaczyna burzyc i gotowac. Wiem cos o tym, bo przez pietnascie prawie lat nigdy nie mialam klopotow/przykrosci z powodu bycia emigrantka. Teraz jednak sytuacja powoli sie zmienia. Niestety.

W wyborach lokalnych 3-go maja mialam nie glosowac (bede wowczas w Polsce). Bylyby to pierwsze moje tutejsze wybory, w ktorych nie bralabym aktywnie udzialu. Teraz jednak chyba sie postaram i nominuje kogos, by mnie w owych wyborach reprezentowal. Wyglada na to, ze moze liczyc sie kazdy glos....

Wsciec sie mozna

Stanowczo powiadam, ze czas ucieka zbyt szybko. Cos z tym trzeba zrobic. Maszynki do zwalniania czasu nie posiadam, wobec tego chyba przyjdzie mi zastrajkowac... Ot, po prostu pewnego dnia przestane zwracac uwage na czas grecki, a zaczne zyc swoim wlasnym tempem. I pewnie dobrze na tym wyjde! Choc tak do konca, to sie chyba nie da... bo jak np. mialabym wowczas zawiezc MMZ na czas do szkoly???

Ale zaczne od poczatku. Otoz dzisiejszy dzien mialam zaplanowany bardzo szczegolowo. Jednak caly plan padl zaraz na poczatku, bo MMZ stwierdzil, ze pospi jeszcze piec minut. Potem znow piec, i kolejnych piec... Rozumiem Go, bo pamietam jak bedac dzieckiem sama tak mialam (czasami jeszcze zreszta mi sie tez zdarza...), wiec pozwalalam. Gdy sie wreszcie obudzil okazalo sie, ze bardzo pozno juz jest. Pognalam Go wiec do roboty, i popedzilam sniadanie i lunch w kuchni szykowac. Na co On po pieciu minutach krzyk podniosl, ze znow ma krwotok z nosa... i juz bylo po planie dnia.

Do szkoly zajechalismy z pieciominutowym poslizgiem. Jednak to wystarczylo, bym nie mogla jechac do STG w T. wg planu. Zaparkowalam zatem u nas w miescie (szczescie mi dopisalo, i zdobylam dobre miejsce). :) Poszlam swietowac z okazji George'a. Potem w drodze powrotnej wpadlam do banku i wymienic sukienke slubna...

Zdecydowalam sie jednak jechac do T. - chcialam, by sprawdzono mi hamulce w Macku, itp., a przy okazji chcialam oddac ciuchy do sklepu. Juz wyjezdzajac z B. zorientowalam sie, ze nie mam najwazniejszej torby z soba. Krotka mysl o zawroceniu..., ale pojechalam dalej. Samochod mi przyjeto OK, ale uprzedzono o dwoch godzinach czekania. Poszlam zatem do BM, potem do MS i kilku innych sklepow. Wstapilam do tego dlugiego sklepu tradycyjnego by zjesc tam lunch. Bylam tam pierwszy raz w zyciu, ale oczywiscie okazalo sie, ze pracuje tam Polka. Na szczescie ta bardzo mila byla. :) W dodatku udalo mi sie kupic drobiazg dla MSH, i dla S. Kiedy wreszcie dotarlam do mechanika, samochodu nie bylo. Za to zrobilo sie bardzo pozno, a do tego zaczelam przejmowac sie iloscia wydanych dzis pieniedzy i martwic sie poczelam o rachunek za samochod (tym bardziej, ze rano mialam na jawie wrazenie, ze dostalam w prezencie £395, co pozniej okazalo sie calkiem czyms innym...). :/

Macka odebralam; dobre wiadomosci - wszystko z nim jest OK, wiec nic nie musialam placic (nawet na parkingu zaoszczedzilam!). Tylko opony beda do wymiany przed wyjazdem do PL. BTW, czy ja juz pisalam, ze Bart zaprosil nas na dwie noce za darmo? :) Warto bylo narzekac na MMZ brode...

Z T. pojechalam pedem do S. - wymienic buty. Droga byla bardzo mila; niebo zachmurzone na szarosc przechodzaca w ogolnie wypelniajaca krajobraz mgle typu jaki lubie. :) I jakims cudem malo bylo samochodow, wiec wygodnie sie jechalo. Buty wymienilam, po drodze po MMZ nakarmilam mojego glodnego juz kota, po czym popedzilam na druga strone miasta, by odebrac Dziecko.

Potem spotkanie z SPCG; bylo krotko, ale wesolo. W drodze powrotnej jeszcze zakupy w A. i wreszcie-nareszcie w domu. Skonczylismy ogladanie "Greatest Story Ever Told" (MMZ chce miec ja na wlasnosc; tak Mu sie spodobala). Potem jeszcze dluuuugie usypianie... Ale teraz juz trzeba zabrac sie do pracy, bo przed snem mam nastepujace sprawy do zalatwienia:

  • odpisac M (x2)
  • zapisac sie na liste w BL
  • napisac dwa artykuly do gazety dla Jay'a (grrrrrr! jeden ludzie z SPCG mieli pisac, ale oczywiscie nie napisali.... i teraz ja sie musze meczyc/produkowac)
  • wyslac tekst do Sarah (pewnie juz jutro, bo dzis moglabym Ja nim obudzic)
  • odpisac Rafalowi
  • odpisac P.
  • odpisac Chamber of Commerce
  • sciagnac i zapoznac sie z prezentacja Neil'a
  • przygotowac na jutrzejsze, poranne spotkanie...

... o pracach na studia nie wspomne, bo rece mi opadaja. Dobranoc.

 
1 , 2 , 3 , 4
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>