Moje codzienne zycia kawalki...
sobota, 29 kwietnia 2006
Dwa wydarzenia

Chce dzis zanotowac dwa wydarzenia, bo byly dla mnie bardzo poruszajace. Oba zwiazane z MMZ.

Pierwsze:

Od dziesieciu prawie dni jest u nas Pawel. MMZ drugiego dnia przymusil go do zabawy (dorwal go siedzacego na sofie, i zaczal grac z nim w balona). Pozniej Pawel nie byl juz taki "chetny" do zabawy - albo strategicznie nie bylo go o okreslonych porach w domu, albo znow byl zbyt "zajety" (jak np. wczoraj czytajac w tym czasie gazete, ktora wczesniej czytal caly dzien, czy dzisiaj - "wypelniajac" podanie o prace, ktore po pierwsze juz wczesniej wypelnil, a ktore i tak musi poczekac do wtorku).

MMZ prosil go juz wielokrotnie, by ten sie z nim pobawil, ale bez skutku. Skarzyl sie juz Maly do MT, ze Pawel sie z nim nie bawi, ze nie chce grac w pilke. Widac bylo, ze dzieciakowi jest przykro. Dodam, ze Pawel nie pracuje, i mieszka u nas za darmo. Bylo mi w ciagu ostatnich dni troche przykro, bo bylam naprawde chora, ale pomocy zadnej.

W kazdym razie dzis pod wieczor siedzielismy w pokoju na dole razem. Zapytalam Pawla, czy chce cos na kolacje. Chcial, wiec udalam sie do kuchni owa kolacje przygotowac. W tym czasie Maly prosil go o zabawe (prosil juz wczesniej, ale jak pisalam, Pawel "zajety byl" podaniem). W koncu zrozpaczony malec zapytal go wprost: "Dlaczego ty sie nigdy nie chcesz ze mna bawic?" Poniewaz nie doczekal sie odpowiedzi, to dodal: "Przeciez wiesz, ze ja nie mam ojca. Dlaczego nie chcesz sie ze mna bawic???". W tym momencie odpowiedz nadeszla. Byl nia smiech. I co gorsze nie byl to smiech na rozladowanie atmosfery. Maly to wyczul. I bolem w glosie, i doza rezygnacji zapytal: "Dlaczego sie smiejesz? To nie jest smieszne."

Drugie:

Juz w lozku, modlac sie, MMZ powtorzyl osobiscie wprowadzone wczoraj do naszej zwyklej, codziennej modlitwy "Zdrowas Maryjo...". Potem zaczal spiewac "Ojcze nasz", ale na jakas taka wesola melodie, ktorej nie znalam, a ktora bardzo mi sie podobala. Gdy skonczyl, pytam, czy tak spiewaja w szkole (chodzi do szkoly katolickiej). Mowi, ze nie - wlasnie ja wymyslil.

Pod koniec calej modlitwy powiedzial do mnie, bym poczekala chwile. I mowi do mnie tak: "Mamo. To jest tak: Bog jest jeden, ale w Trzech Osobach, no nie? W takim razie ja cos zaspiewam." W tym momencie zaczal spiewac krotka (jedna zwrotka, cztery wersy) modlitwe do Boga Ojca. Gdy skonczyl, dodal, ze zamierza spiewac rowniez dla Jezusa i Ducha Sw. Kazda z piosenek byla na inna melodie, ale kazda ladna, i z sensem. Rowniez spontaniczne.

Gdy skonczyl ucalowalam Go i mowie, ze czas spac. On zas ze dobrze, juz idzie, ale jeszcze chcialby zaspiewac dla Apostolow. Mowie, ze w takim razie bedziemy tu siedziec cala noc. On ze smiechem, ze nie - nie bedzie spiewal dla kazdego z osobna, ale dla wszystkich na raz. I znow zaspiewal ladnie, a co najbardziej poruszajace - z glebokim sensem.

Teraz juz spi. Ja zas chcialam zapisac te chwile - bo jak wiele innych, rownie poruszajacych - niezapisane przepadna z czasem gdzies w zakatkach mej jakze kiepskiej pamieci.

piątek, 28 kwietnia 2006
Przelotnie

Bylam u lekarza. Podejrzewa conajmniej mononukleoze. :/

Wszystko mnie boli, a juz najbardziej wezly chlonne wszedzie, gardlo i uszy. O miesniach i nerkach chyba nie wspomne.

Mimo wszystko bylam dzis w pracy i jakos nawet to przezylam. Najgorzej bylo ostatniej nocy i nad ranem. I oczywiscie po poludniu, gdy temperatura skoczyla (mimo lekow na zbicie). Teraz tez mam mega temp. ale czekam, by MMZ usnal...

Jak tylko zasnie - lece spac. Choc nie przewiduje, bym sie wyspala... Na szczescie mam trzy dni wolnego, a potem dwa dni strajku... :)

czwartek, 27 kwietnia 2006
Donosze ze smutkiem

Tak jak to bylo w szkolnym przedstawieniu w 1978r. (choc troche przerobione na wlasny uzytek): "...Jestem bardzo chora - donosze ze smutkiem..."

MMZ od trzech dni mial katar i krwawil z nosa. Wczoraj wieczorem skarzyl sie na bol gardla. W nocy obudzilam sie z okropnym bolem gardla. Dzis po poludniu pogorszylo mi sie bardzo - wyglada na grype, ale pewnie to tylko wirusowka...

Byle by to nie byla ptasia grypa - w sobote karmilam kaczki i labedzie.... W kazdym razie jak mi przejdzie, to wroce.

O rzucaniu sie w ramiona

Znow sie pozno robi. Wczoraj MMZ usnal po 23-ciej; ot tak - po prostu nie mial checi zasnac. :( Sama udalam sie do snu po pierwszej, ale dlugo spac nie moglam. Jak juz zaczelam przysypiac, to dziecko zaczelo siadac we snie i cos tam marudzic... Nie moge spac w takich warunkach. W dodatku nad ranem kot zdecydowal, ze nadal jest glodny (jadl sporo przed pierwsza w nocy) - ale mimo uporczywych i dlugich prob nie udalo mu sie podniesc mnie do akcji... ;)

Za to pobudke mialam o 7:30. :(

W pracy wesolo. Nadal A. bardzo mi sie podoba - czesto razem zartujemy. Elegancki z niego facet. W dodatku calkiem nietypowo dla Anglika nie ma zbyt duzej comfort zone - gdy rozmawia ze mna jest bardzo blisko. Jest bardzo sexy - wyzwala we mnie dawno juz utajone pragnienia. Ale jednoczesnie wiem, ze nie robi tego swiadomie. Widze, ze wierny jest swojej Pani z Australii, wiec i ja nie robie zadnych niepoprawnych krokow. Choc iskrzy sie we mnie samo z siebie. Zawsze lubilam towarzystwo Mezczyzny, a juz po trzydziestce musze przyznac, ze bliskosc fizyczna z kims wywolujacym iskrzenie w tej sferze stala sie dla mnie niesamowita. Dla takiego ktosia rowniez - jak podejrzewam. Zdaje sobie sprawe, ze brzmi to dwuznacznie. Ale wcale nie chce, by tak brzmialo. Po prostu po trzydziestce nareszcie moje cialo i umysl znalazly w tym wszystkim cud jednosci i sily tworzenia. Szkoda, ze tak pozno. Ale wiem, ze jestem jak dojrzale wino. ;) Tylko, ze wypic go nie ma kto. ;)) Czas zas ucieka. Nie szukam jednak na sile. I tylko w chwilach takiego mimowolnego iskrzenia troche zal, ze nie ma w moim zyciu takiego mezczyzny, ktory bylby moim dopelnieniem.

Smieszne, bo wcale nie o tym mialam pisac. Refleksja ta przyszla do mnie jednak podczas rozmowy z A. w czasie przerwy na herbatke. Mowil, ze ma to samo - lubi swoja "samotnosc": niezaleznosc; samodecydowanie o wszystkich sprawach, etc. Ale, ze jednoczesnie brak mu Kobiety, ktora bylaby przy jego boku np. gdy spaceruje wzdluz rzeki, etc.

Ale zostawie juz ten temat - co ma byc to bedzie. Mysle, ze Bog najlepiej wie, czego mi potrzeba. I zostawie to Jego decyzji. :) Zreszta, od jakiegos czasu krazy mi po glowie (i sercu) pewna mysl. Nie bede tutaj o niej wiecej pisala. Ale mysl jest, i mysle, ze byc moze to jest mysl od Boga. :)) Poczekamy, zobaczymy. :)))

MMZ troche podziebiony. Mam nadzieje, ze mi sie nie rozchoruje. Jutro idziemy na przedstawienie, w sobote mam zaplanowany daleki wyjazd. Zreszta - jutrzejszy dzien jest dla mnie wazny. Musze byc w pracy.

Jutro Pawel jedzie ze mna. Jak to A. trafnie okreslil - w chwili obecnej mam przez Pawla "all the grief of sharing my house with a man but with none of the pleasures...". Usmialismy sie z tego stwierdzenia zdrowo, ale faktycznie jest prawdziwe. :) Szkoda, ze jutro A. nie bedzie - ale ma pogrzeb. Coz. Jeszcze tydzien i strace te codzienna "bliskosc". Trudno sie mowi i zyje sie dalej. ;)

Mialo byc o herbacie. Jestem jednak zbyt padnieta. Totez mowie dobranoc i rzucam sie w ramiona Orfeusza. ;)

niedziela, 23 kwietnia 2006
Noc samotnosci

Rankiem popedzilismy na basen. Grupa byla nowa: tylko MMZ i jeden chlopak z poprzedniej. Za to trzy dziewczyny i jeden chlopak starsi, i trojka z tej grupy bardzo dobrze plywajacy. Nowy jest tez instruktor - mlody i cichy chlopak. Zobaczymy co to bedzie, ale jeszcze nie wiem, czy jestem zadowolona. Mysle, ze ciezko MMZ bedzie w grupie, gdzie polowa dobrze plywa i jest sporo starsza...

Pozniej pojechalismy w trojke plus P. na zlot starych samochodow. No, zjazd taki. Popatrzylismy na niektore, po czym udalismy sie na przejazdzke sznurem owych staroci. P. dzis wzial swoj pojazd kombi z lat szescdziesiatych. Jako, ze z parkingu wyjechalismy z opoznieniem, po kilku milach stracilismy na jedym z zakretow ogon owego sznura i w rezultacie znalezlismy sie nad morzem, pod wysokim cliff'em. Okazalo sie, ze P. przygotowal dla nas wszystkich lunch. Zjedlismy. Bylo mi chlodno, bo pogoda mglista i wial wiatr. Ale nie chcialam psuc zabawy pozostalym, wiec jakos to przezylam. ;) Udalo mi sie namowic Pawla na wspinaczke na szczyt bardzo wysokiego wzgorza. :)

W drodze powrotnej karmilismy ptaki, po czym wrocilismy do B. MMZ mial podwojne birthday party (Sam i Natalie). Bawil sie dobrze. Juz po zabawie krotki postoj w domu i wypad do kosciola w T. Dzisiaj Niedziela Milosierdzia Bozego :)) i w dodatku swieto Patrona parafii. Ale o odpuscie nikt nic nie wspominal. ;)

Msza za to w zasadzie pozegnalna. Za dwa tygodnie odchodzi od nas X. M. Byl z nami poltora roku. Na poczatku za Nim nie przepadalam, ale teraz Go cenie. Nie dosc, ze przypomina mi bardzo zmarlego wujka (rowniez ksiedza), to w dodatku duzo mi Bog przez Niego pomogl. Ale na szczescie nie odchodzi daleko :)) ale za to na "wlasne juz smieci"... ;)

Juz po wyjsciu z kosciola dowiedzialam sie, ze starsza Kobieta, ktora zwykle w kosciele spotykam (siedzi przed nami) bardzo zle sie czuje. Obawia sie, ze umrze tej nocy. Porozmawialam z Nia. Staralam sie pomoc na tyle, na ile moglam. Mieszka samotnie, choc w warden assisted flat. Rodzina daleko. Mowila o samotnosci. O strachu przed smiercia (a moze nie tyle sama smiercia, co przed samotnoscia w Owej Chwili). Bede o Niej pamietac w modlitwie. Chcialabym moc zrobic wiecej, ale musze to wszystko zostawic w rekach Boga. Kobieta jest w bardzo podeszlym wieku. W dodatku wczoraj umarl Jej ziec, i to chyba Ja dodatkowo przygnebilo. Duzo ostatnio pogrzebow wokolo - w samej parafii w T. byly trzy w zeszlym tygodniu, a przeciez parafii angielskiej z polska porownywac nie mozna. Mysle teraz o "mojej" staruszce. Mam nadzieje, ze zasnela spokojnie i glowa juz Jej nie meczy.

"I am SO angry!" (pol)

Rano zostalam obudzona przedwczesnie. Mimo to wstalam pozno. W programie dnia byl wypad do sklepow (mialam zwrocic/wymienic kupiona koszulke football'owa MMZ, ale w rezultacie wrocilismy w duzymi zakupami). Spotkalismy (przypadkiem) Nicky z Lewis'em. Potem pojechalismy prosto do P., a z P. do kina. Po powrocie do domu obiad. Pozniej nic ekscytujacego juz sie nie dzialo, jesli nie liczyc kilku scysji z MMZ.

Teraz juz chlopaki spia, a ja tak sie zastanawiam - czy problemy z MMZ sa przejsciowe-chwilowe, czy tez sa zwiastunem przyszlych problemow? MMZ to naprawde dobry dzieciak. Jednak ostatnio ma klopoty z kontrolowaniem swojej zlosci. Bywa agresywny (szczegolnie do mnie). Probuje z Nim o tym rozmawiac, ale zwykle w dluzszej rozmowie powraca Jego stwierdzenie, ze nie wie, dlaczego tak sie zachowuje. Naprawde staram sie nie byc impulsywna/agresywna do Niego (i innych), wiec chyba nie chodzi tutaj o odbijanie zachowan. Mysle, ze cos "chce mi powiedziec", ale sam nie bardzo potrafi to nazwac. Podejrzewam, ze ma to zwiazek z brakiem ojca. Bede musiala to przemyslec, bo nie chce przegapic waznych byc moze sygnalow... :/

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>