Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 31 marca 2010
W marcu jak w garncu

Na poczatku miesiaca wiosna wygladala tak:

Dzisiaj zas: lodowate powietrze, deszcz, mokry snieg i grad...

Rocznica

Nawet nie zauwazylam, a przeciez wczoraj minal rok od dnia, gdy odebralam klucze do mojego mieszkania. :) Jak ten czas szybko leci! I znów refleksja: dwadziescia lat temu spedzalam swoje urodziny tanczac przez cala noc z WMS (ówczesnym Wybrancem Mojego Serca) i Nigel'em (który zwalil sie nam niespodziewanie na glowe przekraczajac nielegalnie granice z Niemcami!). Uwierzyc trudno, ze to juz tyle lat temu, bo wspomnienia wciaz bardzo swieze. WMS ma conajmniej trójke dzieci (w tym najstarsza, nazwana na moja pamiatke moim imieniem). ;) Nigel wciaz samotny, i nawet ze dwa lata temu próbowal odnowic ze mna znajomosc, ale od poczatku mówilam Mu, ze nie jest w moim typie, wiec o czym tu pisac? ;)

Duzo sie przez te lata zmienilo. Dwadziescia lat temu w miare nowym wynalazkiem byl dla mnie fax (firma, w której pracowalam wciaz korzystala równiez z teleksów), pisalam na tradycyjnej maszynie typu Lucznik i cieszylam sie Walker'em. :) Bylam szczupla i nieco niesmiala dziewczyna - a jednoczesnie duzo bardziej bylam extrovert'em niz obecnie.

Jednoczesnie tak nie wiele sie zmienilo. Wspomnienia wciaz równie wyrazne jak wówczas. Oczy te same. Nadal nie wymawiam polskiego "r" i wciaz lubie podobna muzyke...

OK - dosc tego, bo widze, ze zaczynam zanurzac sie w kryzysowej fali... I pomyslec, ze mnie to dopadlo! Widac kazdy wiek ma swoje prawa. :P

ps. Specjalnei dla Britki zwiekszylam rozmiar czcionki. Mam nadzieje, ze teraz juz lepiej?

Króciutko

Za oknem wyje, z nieba woda leci strumieniami, i jest nietypowo zimno jak na koniec marca. MMZ gdzies na zboczu góry pewnie juz spi cieplutko, ja zas siedze sobie na podlodze i slucham dyskusji na temat Kosciola Katolickiego w Irlandii wg BBC... Tymczasem Boo wlazl do zlewu i rozrabia.... Prawa noga mi zdretwiala i czas chyba juz bedzie na sen - czekam tylko na zakonczenie róznorakich procesów zapoczatkowanych przez mój komp... I tak sobie zycie spokojnie uplywa... Czego i Wam zycze. Dobranoc.

wtorek, 30 marca 2010
Jest sroga zima...

"... a o lecie już myślę nieśmiało" - spiewalo sie za moich harcerskich czasów.

Faktycznie to juz niby wiosna jest (zonkile w styczniu, krokusy w lutym, a teraz drzewa kwitna), od wczoraj czas letni, a u nas zapowiadaja snieg!

Lezka mi sie w oku zakrecila dzis wieczorem, bo pakowalam MMZ na wyjazd. Specjalnie w tym celu kupilismy po drodze do domu plecak. Musielismy kupic, bo zapowiedzieli, ze walizek tam gdzie jada wciagnac sie zbyt latwo nie da, a nasze plecaki byly zbyt male, by wszystko pomiescic. Wszystko, od stroju kapielowego (gdzie oni beda plywac? w morzu? czy górskim strumieniu???) poprzez conajmniej dwa grube reczniki, po kalosze (tez niby do wody wiec jakas logika jednak jest).... Zapowiadaja duze opady deszczu, a tam, gdzie MMZ jedzie snieg tez ma sie jutrzejszej nocy pojawic... I tak to sobie pakujac plecak wspominalam moje harcerskie wyjazdy. Nocne alarmy (MMZ nie bedzie wprawdzie mial alarmu, ale gwiazdy noca maja obserwowac... LOL chyba raczej sniezynki), wymarsze na rajdy (MMZ cala ostatnia niedziele latal wsród pól ze swoim zastepem) i ogniska (niedoczekanie chyba w tym przypadku). Teraz juz wszystko spakowane (no, prawie, bo malutkiego plecaczka na dzienne wycieczki za Chiny Ludowe znalezc nie moge). Ide sie uspic, bo rano nie wstane... (i tak pewnie bede sie co godzine samoczynnie budzic, by nie przegapic porannej pobudki - LOL).

Pozdrowienia dla Szwagra. Dzieki za oferte. Przemyslimy. :P

niedziela, 28 marca 2010
Kingston Lacy

Wczoraj wieczorem czulam sie prawie chora - juz myslalam, ze jednak podlapalam wirusa zoladkowego od A. Obudzilam sie nawet w nocy tuz przed trzecia z uczuciem, ze mi sie pogarsza, ale jakos pozytywnie z tego wyszlam (uzywajac zreszta mojej starej wypróbowanej metody z dziecinstwa). :) Sniadanie zjadlam smakowite, ale juz na lunch nie mialam najmniejszej checi. Mimo to, pojechalismy na sobotni wypad...

Dzisiaj bylismy w Kingston Lacy. Wlasciwie nie mielismy tego w planie i poczatkowo pojechalismy calkiem gdzie indziej, ale ostatecznej decyzji wcale nie zalujemy. Dom bardzo ciekawy, ogród tez niczego sobie, i tylko troche sie wymarzlam na spacerze, bo swiecace z rana slonce wzielam za zapowiedz cieplejszego dnia...

Do Kingston Lacy wybieralam sie od dwóch lat, i choc to okolo godziny drogi ode mnie, to jakos wciaz mi cos stawalo na przeszkodzie. Pamietam jak przejezdzalam przez Estate wracajac bodajze z West Sussex pewnego popoludnia, i zachwycilam sie wspaniala aleja starych drzew. Juz wówczas wiedzialam, ze postaram sie tam wrócic. W tym roku od stycznia zapraszano na spacer wsród przebisniegów. Niestety, dotarlismy na to za pózno. Poza mizernymi tu i ówdzie pojedynczymi kwiatuszkami nie zostalo po nich ani sladu. Za to widoki laczace stare, olbrzymie drzewa i dzisiejsze, dramatycznie zachmurzone niebo byly warte utrwalenia za pomoca chociazby aparatu w komórce. Zdjec zrobilam mnóstwo, niestety nie mam (jak zwykle) czasu, by nad nimi popracowac - wszystkie sa miedzy 1-2 MB, a jak wiadomo tak duzych tutaj zamiescic sie nie da. Cóz, moze jeszcze kiedys (choc nie ma co obiecywac, bo wiadomo jak z brakiem czasu jest). Juz wieksza nadzieja, ze pojawia sie w niedlugiej przyszlosci na naszej-klasie. :)

Dzis czeka nas krótka noc. Zmiana czasu na letni, a przy tym poranny wyjazd na rajd oznacza tylko kilka godzin snu. Dobrze, ze MMZ juz od jakiegos czasu spi. Ja tez zaraz bede starala sie nadrobic stracony czas.... Dobranoc.

sobota, 27 marca 2010
Tuz przed pólnoca

Wlasciwie, to wcale nie "tuz". Otóz to jest moze "tuz" w Polsce, ale u mnie to jeszcze sporo ponad siedemdziesiat minut. :)

Wyszlam chyba z wprawy, bo choc mam duzo do opowiedzenia, to zupelnie nie wiem od czego zaczac. Zatem zaczne moze od krótkiego podsumowania co obecnie w prawie piszczy. Piszczy zas co nastepuje:

Przede wszystkim dobrze nie jest. Ja przepracowana, niezadowolona, podirytowana ciagle i wybuchajaca. MMZ nieszczesliwy w szkole, która przed niespelna rokiem bardzo Mu sie podobala. Wprawdzie skad ja patrze to nie dzieje sie nic takiego tragicznego, ale z Jego punktu widzenia wiem, ze jest wrecz przeciwnie. Zaczelo sie od tego, ze wrócil z PL utuczony. I jakos juz Mu sie nie udalo powrócic do przedwakacyjnej normy. Wrecz przeciwnie. Cos jakby ktos uaktywnil komórki tluszczowe i sie zaczelo... Faktem jest, ze rosnie wprost w oczach nie tylko wszerz, ale glównie w góre. Obecnie nosi ciuchy na przecietnego trzynastolatka (ma lat wciaz przeciez tylko dziewiec!), a rozmiarem buta dorownuje prawie mojej szóstce! Nie jest tez jakos przesadnie gruby - ot, tylko nie chudy. Powolnosc jednak odziedziczyl po mnie i nie nadaje sie np. do biegów na czas. Do tej pory zatem zawsze swietnie sprawdzal sie w roli bramkarza. Niestety, w tej obecnej szkole bramkarzy mieli jeszcze przed Jego przyjsciem dwóch. Do tego dochodzi problem z brakiem trawy. MMZ do tej pory gral na boiskach trawiastych, a przy tej szkole jest przypominajacy mi moje szkolne lata asfalt. MMZ nie chce sie rzucac na pilke (nie lubi miec zdrapanych do krwi kolan i lokci), a co za tym idzie nie broni az tak efektywnie. Przez to odrzucany jest przez kolegów i ciezko Mu sie z tym zyje... W dodatku z powodu mojej pracy uziemiony jest w pólinternacie wraz z maluchami z przedszkola. Wspólczuje. Jemu, ale i sobie, bo tania ta przyjemnosc nie jest, a i koniecznosc chodzenia na pólinternat drzwi przed Nim zamyka do innych klubów czy kólek zainteresowan...

I tak oto sobie zyjemy. Z pozytywów to moze to, ze nadal lubimy swoje mieszkanko (to juz prawie rok!), mamy fajnego Boo, który juz taki strachliwy nie jest, i ogólnie nie powinnismy narzekac, bo jest co zjesc i praca tez nadal jest.

Cóz jeszcze? Nadchodzi pomalu czterdziecha. I chyba, wraz z nia, mid-life crisis... Choc nie mialam tego w planie, to nagle zaczynam sie zastanawiac, podsumowywac, rozdzielac wlos na czworo i pytac, czy nie nalezaloby czegos zmienic... Mam nadzieje, ze nie jest to powtórka z konca lat 90-tych, gdy akurat sytuacja zyciowa mi sie unormowala, a ja jakby na przekór temu zaczelam popadac w depresje. Tym razem jednak na szczescie nie jest to chyba full-blown depression, bo nie czuje sie w dolku, tylko bardziej w rozterce. Zreszta moze rozterka to tez za mocne slowo? Ot, czuje, ze mój czas przeszedl. Nagle czuje sie stara, zmeczona zyciem i niepewna, czy tak to wlasnie mialo byc.

I coraz wyrazniejsze staja sie wspomnienia z lat mlodosci. Nie ma juz Robercika. Pecika równiez nie, choc ten zniknal z mojego zycia wiele lat wczesniej. I tak sobie siedzac przypominaja mi sie kawalki scen z róznych lat i sytuacji.

Ot, siedze sobie z samego rana u Babci przy oknie, za stolem okrytym cerata. Na stole szklanka z goraca, cytrynowa herbata (skad swoja droga cytryny???). Szklanka stoi w metalowym uchwycie z motywem liscia, a na talerzyku dwie kromeczki dlugiej bulki posmarowanej chyba margaryna (taka ze slonecznikiem na wieczku, pamietacie?). Babcia i Ciocia pija szatana. Dziadek wlasnie poszedl do sklepu, i jak wroci bedzie musial glosno tlumaczyc co i jak (bo Dziadek jest niestety gluchy jak pien). Nad lodowka wisi biale plócienko, ponoc recznie haftowane przez Babcie...

Albo taka inna scena. Wiele lat pózniej. Nioslam z rana Mamine cynie do kosciola i zostalam na Mszy. Wychodzac spotkalam juz na zewnatrz równiez wychodzacego z kosciola (choc innymi drzwiami) Brudnego Ksiedza. Tak sie na niego mówilo u nas w rodzinie, bo byl brunetem z mocno widocznym, choc dokladnie ogolonym zarostem (oj, chyba cos namieszalam w tym tlumaczeniu, ale chodzi o to, ze choc sie golil, to zaraz i tak bylo widac zarost)... I pamietam jego slowa: "zyjemy po to, by byc coraz lepsi"... Pamietam dzien, gdy poszlam z kolezanka (B.) rozmawiac w sprawie Jej swiadectwa. Jak sie okazalo, byl to ostatni raz, gdy go widzialam, bo wlasnie go przenosili do innej parafii (ot, zwykla zmiana wikarych). I tak te slowa do mnie powracaja. Czasami...

Poszlysmy z Babcia odebrac starsza siostre cioteczna ze szkoly. Chodzila do Jedynki. Przyszlysmy za wczesnie i trzeba bylo siedziec pod sciana na lawce - kto chodzil do Jedynki to wie gdzie, bo naprzeciwko tej wlasnie lawki (a bylo ich wiecej wzdluz korytarzy) byl gabinet dentystyczny, gdzie pracowala Mama mojego pózniejszego Kolegi... Do Kolegi moze wróce pózniej, tymczasem siedze z Babcia i spogladamy na szkolny zegar. Wreszcie Pani Wanna dzwoni na przerwe obiadowa, i wsród zgielku pojawia sie E. To moje pierwsze wyraznie wspomnienie zwiazane z Jedynka.

Zreszta z tym korytarzem mam wiecej wspomnien. Bo i Pólinternat z Pakoca, i Hagemajer bijacy sie ze mna w dziewiatce bodajze, i gabinet lekarski gdzie wysylano mnie dosc czesto w piatej klasie, bo ciagle niby chora bywalam. Troche dalej korytarz na (stara juz teraz) sale gimnastyczna, i znów wspomnienie, jak to w siódmej klasie nie cierpialam, gdy regularnie podchodzila do mnie po w-f'ie M. i pozyczala obcinacza do paznokci, a ja nie potrafilam odmówic...

Sala gimnastyczna. Jeszcze w pierwszej klasie na zastepstwie wzieto nas tam i kazano siedziec na podlodze, by przeczekac godzine. Ogladalismy lekcje w-f'u klasy chyba ósmej i przerazalo mnie, ze i ja kiedys bede musiala skakac przez skrzynie czy tez przez kozla....

Albo pan Dyrektor Sz. Jego tyczkowata postac i lysina, a takze dudniacy glos przerazaly mnie choc nie mialam nic na sumieniu. Ostatnio czytalam interesujace opracowanie historyczne Jego autorstwa. Wczesniej tez czytalam przez Internet Jego ksiazke. Ile to juz lat od tamtych chwil uplynelo. Ile bym dala, by wrócily...

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>