Moje codzienne zycia kawalki...
piątek, 30 marca 2007
Znow przelecialo

Znow kilka dni przelecialo tak szybciutko, ze nawet czasu zapisac ich nie mialam... - owszem, wpadalam tutaj przelotnie, ale jak przychodzilo do pisania, to mi reka sama skakala do myszy, by kompa zamknac. Ci, ktorzy mnie znaja, wiedza jak bardzo to do mnie nie podobne. Jestem gadula, lubie pisac, a na Internecie czas mi czesto zlatuje nie wiadomo kiedy (juz i czasem zastanawialam sie, czy zagrozona uzaleznieniem nie jestem).

Ale - jak ponoc mawiam (wg Brytfanki) - bedzie dzisiaj znow hurtem (w dodatku krotko, bo MMZ domaga sie, bym do Niego poszla, a ja wiem, ze jesli tylko poloze glowe do poduszki, to bede spac do rana...; ziewanie meczy mnie hipopotamowe!).

Otoz; w srode zalatwilam c.d. sprawy telefonu (pomyslnie!), dorobic kazalam sobie wizytowek (tutaj mniej pomyslnie, bo zdarl ze mnie skore facet!), pomieszkalam na uczelni - ludziom chyba naprawde wiosna w glowie, bo na ostatnich zajeciach bylo tylko trzech sluchaczy! Wlasciwie to "troje", bo jeden chlopak tez sie miedzy nas - dwie dojrzale studentki zalapal. Fakt, ze profesorka przynudza czasami, ale zeby az tak sobie olac? ;)

Czwartek byl udany, ale i smieszny. Poznym rankiem pojechalam na spotkanie w Ti'on z Paula. Mamy duzo wspolnego, a w dodatku miejsce wybrala moje ulubione (przypomnialy mi sie czasy malego MMZ); mam nadzieje, ze bedziemy wspopracowac - na co zreszta wyglada! W drodze powrotnej zalatwilam wreszcie sprawe radia w samochodzie (nie gralo od czasu wymiany alternatora, bo nie mialam kodu) - teraz gra! Po czym pedem udalam sie na spotkanie z C.M.; i tutaj tez sukces - ponoc zfinansuje mi poczatkowy marketing! :))

Poniewaz dochodzila trzecia, to postanowilam jechac po MMZ. Do konca lekcji bylo dwadziescia minut. Sloneczko przygrzewalo, wiec siadlam sobie na murku i poczytalam literature przeciwpozarowa po polsku. Po czym poszlam do grupy rodzicow, bo zauwazylam Andy'ego - od Bozego Narodzenia chorowal, wiec chcialam dowiedziec sie jak sie teraz czuje. Otwarto brame, wiec rozmowe konczylismy juz przed wyjsciem ze szkoly. Po chwili zauwazylam polska mame - porozmawialam wiec i z nia. W miedzyczasie drzwi otworzono i dzieci zaczely wychodzic. MMZ nie bylo, ale On czesto na koncu, bo Mu sie nigdzie nigdy nie spieszy... Czekanie jednak sie przedluzalo, a MMZ ani sladu. Po chwili dopiero zrozumialam, widzac patrzaca na mnie z wielkim znakiem zapytania na twarzy nauczycielke, ze przeciez to tego dnia ma odbierac MMZ jego opiekunka (- ja mialam byc w E., i tylko z powodu spotkania z C.M. wrocilam wczesniej)... Glupio mi sie zrobilo, przy czym pomyslalam sobie, ze MMZ pewnie polecial do czekajacej na Niego opiekunki (bo mnie sie nie spodziewal), a ja ich przegapilam. Po czym w tym momencie przypomnialo mi sie, ze MMZ ma francuski przeciez i jeszcze jest w szkole! Nauczycielka nadal na mnie patrzyla, wiec nie pozostalo nic innego jak podejsc i sie wytlumaczyc...

wtorek, 27 marca 2007
I co dalej???

Odwiozlam rano MMZ do szkoly, zaliczylam zakupy i cytologie, i wrocilam do domu radosnie sobie podspiewujac... Ranek byl piekny, sloneczny; prawdziwie wiosenny. Otworzylam drzwi do ogrodka, zrobilam pyszne sniadanko i z gazeta usiadlam na kilka minut relaksu. Na zewnatrz przepieknie spiewal jakis ptak; tak cieniutko jak dzwoneczek...

Wszystko dobre szybko sie konczy; musialam udac sie "do pracy" (czyli na gore, do komputera). Wykonalam mnostwo telefonow (m.in. w sprawie lokalizacji; znalazlam idealne biuro, ale go nie wezme... niby tanie, ale ja przyplywu gotowki nie mam, wiec przezyje chwilowo bez biura... troche mi zal, bo lokalizacje diabli wezma, ale coz). Zadzwonilam rowniez m.in. do E., by powiadomic Odpowiednia Osobe (OO), ze bedzie klopot ze spotkaniem czwartkowym - zmienil mi sie plan zajec. OO nie bylo, wiec zostawilam tylko wiadomosc i obiecano, ze OO oddzwoni. Zabieralam sie wlasnie za wypelnianie drukow, gdy nagle zadzwonila komorka. Spojrzalam przelotnie na wyswietlacz; o - pomyslalam - tak szybko OO oddzwania?

Przez pierwsze zdania rozmowy bylam tak skolowana przekonaniem, ze to ktos z E., ze nie zalapalam o co chodzi. Dopiero pytanie, czy ja nadal jestem zainteresowana TAMTA praca przywrocilo mi przytomnosc umyslu. Odpowiedzialam zgodnie z prawda, ze od poprzedniego poniedzialku sporo sie zmienilo, wiec to zalezy... Uslyszalam, ze zazadane przeze mnie wynagrodzenie mam jak w banku, ale zaczynac prace musze juz od poniedzialku. O kurka wodna! Taki piekny dzien byl, a tu taka bomba do przetrawienia. Powiedzialam, ze odpowiem popoludniu. Bowiem jeszcze w ub. tygodniu bylam sklonna zaryzykowac i TAMTA prace wziac, o ile wynagrodzenie bedzie OK. Ale od tamtego tygodnia zdarzylo sie SPOTKANIE w piatek i ono sporo zmienilo. Oprocz tego wczorajsze przekazanie paleczki prezesowskiej rowniez...

Przemeczylam sie przez reszte dnia starajac sie myslec szybko i sprawnie. Przyszle dwa tygodnie to ferie - mam juz plany na wspolne spedzenie czasu z MMZ, zreszta problem bylby z opiekunka i placeniem za nia... Ale z drugiej strony takie gwarantowane pieniadze, w dodatku z firma, ktora wydaje sie byc prezna, i chce zaakceptowac moje single-rodzicowanie, wyjazd na slub i egzaminy na studiach to gratka nie do latwego odrzucenia... Ale z drugiej strony to MMZ tak bardzo prosil, by nie isc do TAMTEJ pracy (bo nie chce byc odprowadzany i odbierany ze szkoly wylacznie przez opiekunke)... Ale z drugiej strony moja wlasna dzialalnosc???... Ale z drugiej strony to latwiej bedzie sie starac o mieszkanie... Ale nie, bo z drugiej strony to pozyczke studencka bede splacac, etc... Ale...

Ech, zdecydowalam poczekac, az odbiore ze szkoly MMZ (dzis wychodzil pozniej) i z Nim porozmawiam. MMZ stanowczo sie TAMTEJ pracy sprzeciwil! Coz bylo robic? Zadzwonilam do TAMTEJ Dyrektorki... Zdziwila sie, gdy odmowilam, ale zrozumiala. Malo tego; namawiala mnie, bym skontaktowala sie z Nia w ciagu najblizszych tygodni badz gdy skoncze egzaminy - jesli zmienie zdanie. Powiedziala, ze o ile nikogo innego nie przyjmie w miedzyczasie, to praca na mnie bedzie czekala. Mile.

Wieczorem dzwonila M. Powiedziala co mniej wiecej wydarzylo sie wczoraj na spotkaniu u Nich, i jakie decyzje zapadly. Ja Jej - o zmianie prezesa u nas. :) Poparla moje plany i obiecala pomoc. Czas pokaze, ale zanosi sie na ciekawa przyszlosc.

Jutro znow wyjazd, a tu silnik w Macku mi dzwoni. Oby nie byly to pierscienie, albo co gorszego!

MMZ znow kaszle i ma nos zatkany, ale tragicznie (jeszcze) nie jest. :)

Hurtem dziekuje za komentarze pozostawione poprzednio i pozdrawiam serdecznie czytajacych.

Wariackie papiery

Po dostarczeniu MMZ do szkoly wrocilam do domu troche popracowac. Nastepnie wykapalam sie i ruszylam w droge do T. - na zebranie. Pogoda zrobila sie piekna (ale wciaz zdradliwa... o tym pozniej).

Wjechawszy w T.Rd. przypomnialam sobie (z uwagi na gigantyczny korek), ze przeciez ta ulica miala dzis byc zamknieta. Zaklelam siarczyscie i czym predzej zakrecilam kujawiaka, by gonic czas przez QH. Juz jadac przez pola zadzwonilam do informacji turystycznej z prosba, by podali wiadomosc (ze bede mega-spozniona) do kafejki, w ktorej mialam sie z Waznymi Osobami spotkac. Dotarlam po pol godzinie. Spotkanie wciaz trwalo. Nie moglam zostac dlugo - tylko godzinke - bo trzeba bylo wracac (znow z przygodami) po MMZ do szkoly. Tak wiec w wielkim pospiechu dowiedzialam sie, ze w T sa dwie grupy... oraz, ze M bedzie rozmawiac z R dzisiaj. OK. Wrocilam.

Do szkoly MMZ doszlam idealnie na czas - spotkalismy sie na progu... (ale ile mnie to kosztowalo, to juz nie bede pisac...). MMZ byl szczesliwy, bo przyniosl mi nagrode, ktora ponoc wygral na imprezie w ub. tygodniu. :) Popedzilismy do domu, by po chwili wrocic do miasta; mialo byc spotkanie. Poczatek byl powolny, ale potem nagle ludzie sie zwalili; byl ktos od strazy, byla S'y., byla S'h, byl wreszcie i Jay... Najlepszy ubaw byl ze straza. :) Otoz dwa tygodnie temu zapowiedzialam, ze ma przyjsc ktos do nas z prelekcja ze strazy pozarnej. Posmialysmy sie z Babeczkami, ze to swietnie! ;) Dzisiaj, o dziwo!, stawily sie bez mezow. Tylko jedna przyszla z mezem - ale byl rodzynkiem w tym babincu (Jay dotarl pozniej). I gdy stawila sie osoba ze strazy, to az sie zdziwilam. Przyszla bowiem kobieta. Rodzynek byl zadowolony. Babeczki chyba troche mniej, ale nie pokazaly po sobie... ;) Bylo wesolo. :))

Na koniec udalo mi sie wybrnac z trudnej sytuacji osobisto-spolecznej i wrocialam do domu zadowolona. :) Teraz moge zaczac rozkrecac dzialalnosc. Tylko nie wiem jak z tym bedzie, bo MMZ wylecial rozgrzany na dwor po spotkaniu w samej koszulce polo, a bylo juz po 18-stej i chlod zaczynal byc marcowy. Gdy zasnal (jak zwykle pozno), to zaczal brzydko kaslac (i pociagac zatkanym noskiem). Pewnie sie dorobil; tym bardziej ze nie wszystkie dzieci dzisiaj na spotkaniu byly zdrowe...

poniedziałek, 26 marca 2007
Drugie podejscie

Po ostatniej, krotszej nocy MMZ byl jednak chyba zmeczony - poszedl spac przed 21-sza! :) Zreszta, co tu duzo pisac - atrakcji mial dzisiaj sporo. :))

Rano poplywal. Potem udalismy sie do DCastle; od lat chcialam tam pojechac... tyle razy przejezdzalismy w poblizu, tyle razy romantyczny zamek przyciagal moja uwage... Nareszcie sie udalo! :)

Z wycieczki jestem zadowolona. Pochodzilismy po wzgorzu (do zludzenia przypominajacym bardzo stare wulkaniczne; choc o wulkanie wzmianki zadnej), poogladalismy pieknie kwitnace kwiaty, drzewa... posluchalismy wiosennych piesni ptasich... Zwiedzilismy zamek (zaskakujaco kameralny w srodku), doszlismy do mlyna, siedzielismy na Lovers Bridge. Zjedlismy pyszne fruit scones ze strawberry jam i clotted cream siedzac na dworzu (i narazajac sie na zmokniecie!) Wrocilismy do domu przez karlowaty las i Sp'ton. Przy czym w drodze powrotnej duzo smiechu wywolal moj komentarz... otoz zdesperowana zatrzymalam sie na znajomym parkingu, gdzie z poprzedniego lata wiedzialam o istnieniu UB. Zadowolona popedzilam do drzwi, po czym okazalo sie, ze sa zamkniete na klucz! Zrezygnowana wrocilam do samochodu. P. widzac moja zdeterminowana mine zasugerowal, ze moze warto zobaczyc, czy meski przybytek jest otwarty, i ze w razie czego on postoi na strazy... LOL. Ja na to z zacieciem: "No! If they do not want my business that's their loss...!" (Chodzilo mi o fakt, ze toalety sa na gruncie prywatnym - przy sklepie i restauracji, i dla zasady po skorzystaniu z UB wstapilabym do restauracji chociazby napic sie tea... Ale oczywiscie P. zrozumial to w inny sposob i smiechu nie bylo konca...)

Wkurzylam sie dopiero pod domem; mialam nadzieje na wczesny sen MMZ, i na dluga kapiel dla siebie. Ostatnio ciagle mi zimno i dlatego tak bardzo chcialam moc sie rozgrzac przed snem. Ale nie bylo mi dane. MMZ glosno zapytal, czy P. moze wejsc do nas sie z Nim pobawic. Oczywiscie nie wypadalo odmowic. Zagryzlam warge i zaprosilam P. Zrobilam obiad, po czym z utesknieniem wygladalam czasu, gdy wreszcie bede mogla pasywnie odpoczac. Ale znow nie bylo mi dane; MMZ i P. grali sobie a to w football, to znow w 4-in-a-row... Ech, mezczyzni. :/ W dodatku MMZ wypaplal P. wszystko, o czym nie chcialam, by P. wiedzial. Trudno sie mowi i zyje sie dalej.

OK, juz raz mi komp sie w tym miejscu zawiesil. Mam nadzieje, ze teraz pojdzie bez problemu...

niedziela, 25 marca 2007
Sobota

Ze wspanialego snu obudzil mnie zaczynajacy swoje wymioty kot. Znow siedzial na mojej klatce piersiowej, wiec nie bylo wyjscia - musialam przerwac w polowie rozmowe z Iwka i lapac kota za grzbiet. Za kare wyladowal prosto za ogrodowymi drzwiami... Wrocilam do lozka jak najszybciej, ale juz nie udalo mi sie dowiedziec nic na temat drugiej, niedawno narodzonej Coreczki Iwony... W dodatku byl z Nimi Tata Iwonki i znow wyszlo malo serdecznie. :/

Nie spalam juz, ale dalam MMZ pospac dluzej. W rezultacie wstalismy dopiero kolo dziesiatej (po dlugiej bitwie laskotkowej). Pomieszkalismy w domu, po czym udalismy sie do miasta celem oddania nowej komorki (dokladnie taka sama dostalam za darmo przy upgrade'zie mojej poprzedniej Nokii)...

Potem pojechalismy do SG. Bylo fajnie - lubie sobie z MMZ chodzic po sklepach. :) Choc musze przyznac, ze w pewnym momencie dorwal sie do zabawek i zaczal nudzic. Tego nie lubie. Wrocilismy przez male Tesco, bo konczyla nam sie szara krajka... I tutaj MMZ dostal szalu na punkcie "ale buy me!!!". Oczywiscie nie kupilam, i w rezultacie znow musialam powiedziec kilka ostrzejszych slow. W domu MMZ wlasnorecznie zrobil mi "sorry card" i po chwili bylo juz dobrze. Pojechalismy na Msze do T. :)

Troche dlugo zeszlo z kolacja (MMZ nie smakowala, wiec jadl w nieskonczonosc). Martwie sie Ciocia Hala; pojechala na pielgrzymke do Ziemi Swietej, i od czasu wylotu z Okecia nie ma od Niej sygnalu. Ciagle mi sie sni (jakies takie skomplikowane sny - ostatniej nocy tez). Byc moze nie czuje sie zbyt dobrze, a kochana Rodzinka nawet nie wie z jaka agencja pojechala, ani kiedy wraca... Pozostaje modlitwa.

Wieczorem z MMZ gralismy w "pomidora". Jesli nie liczyc wybuchow smiechu (MMZ - nie umie sie opanowac, gdy ja zadaje pytania...), to MMZ bardzo dobrze szlo. Potknal sie troche jak literowalam pomidora (chcial mi pomoc!), potem jak zapytalam Go jak sie nazywa (prawie powiedzial pierwsze dwie litery)... az wreszcie nabralam Go na "ropuche" (mowiac, ze teraz gramy w ropuche...). LOL - bylo wesolo.

To tyle w skrocie. Duzym skrocie. Jutro wyjazd do DC kolo M...

sobota, 24 marca 2007
Piatek

Piatek zaczal sie wczesniej niz zwykle. Juz o osmej rano bylismy u dentysty; MMZ na przegladzie, a ja mialam dwie stare plomby wymieniane. Do tego zalatal mi cos przy duzej plombie... i stwierdzil, ze ja juz jestem done - wszystko z zebami u mnie OK. Ucieszylam sie, ale w domu okazalo sie, ze jeden z plombowanych tego dnia zebow boli (wczesniej nie bolal). Dzis wprawdzie juz nie boli, ale i tak dentyscie zglosze tamten bol... ;) MMZ ma jedna mala dziurke (ledwie widoczna) do zalatania w mleczaku. Ciekawe, jak On to zniesie... jeszcze nigdy nie mial plombowania. U dentysty zreszta bylo wesolo z butami MMZ; dzien wczesniej wymazal je niemilosiernie w blocie, wiec kazalam Mu je wyczyscic. Pierwszy raz w zyciu tak ciezko pracowal, ale sam zrobil. Zrobil zreszta bardzo ladnie i dokladnie, ale jak sie rano okazalo - tylko z wierzchu i po bokach. Spody byly pieknie uwalane glina... wiec Mu kazalam je u dentysty zdjac (bo trudno, by robic z dywanu klepisko)... ;)

Potem odstawilam MMZ do szkoly, a sama "pognalam" (przesadzone slowo, bo wyjechalam w ostatniej chwili i troszke sie spoznilam) na moje spotkanie. Wyjechalam spozniona, bo robilam cos w domu. W miedzyczasie zadzwonila dyrektorka tamtej firmy, co to miala dzwonic we srode. Zostawila wiadomosc, ze cos jej tam wypadlo, i skontaktuje sie dopiero za tydzien. (Osobiscie podejrzewam, ze szukaja kogos od nowa - by zaoszczedzic... jak nie znajda, to wroca do mnie.)

Na spotkaniu bylo fajnie, choc liczylam na poznanie wiekszej ilosci business'menek... ;) Bylo nas na spotkaniu prawie piecdziesiat, ale nie ze wszystkimi udalo mi sie rozmawiac. Za to obiad, okolica i prezent byly swietne. :) Wrocilam po MMZ spozniona (znow odbierala opiekunka), i na resztkach benzyny (znow zaczyna brakowac gotowki), ale zadowolona. :) Wieczorem poklocilam sie z MMZ dosc porzadnie (tj. On sie klocil, ja po prostu nie ustapilam), i z tego powodu na szkolna impreze sie spoznilismy. Ale bylo warto jechac - MMZ dobrze sie wybawil probujac narysowac zajaczka... :)

Okazalo sie, ze R. przyjezdza do T. i bedzie sie widzial z M. Hmm...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>