Moje codzienne zycia kawalki...
piątek, 24 grudnia 2010
Wigilijnie

Życzę Wam (oraz sobie!) w te Święta Bożego Narodzenia wszystkiego najlepszego: niech ten szczególny czas wypełniony będzie Bożym Błogosławieństwa od Nowonarodzonej Dzieciny, i niech nadchodzący Nowy Rok przyniesie dużo szczęścia i pomyślności dla nas wszystkich! :)


* * *

Wishing you all the best this Christmas: may this Festive Season be full of God's Peace and every Blessing, and may the New Year bring lots of prosperity and happiness to each and every one of you!
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Wieczorem o poranku

Dziecko moje od ponad dwóch godzin usypia. Wiecie jak to jest, jak się na coś czeka, no nie? Otóż powinnam wziąć udział w dwóch testach na czas i refleks (to juz ostatnie godziny na zrobienie tych testów, bo kończy się dany mi czas), a jak tu nawet taki test zacząć wiedząc, że przerwać ani powtórzyć go nie można... zaś Dzieciątko co jakiś czas odzywa się ze swojej sypialni a to sprawdzając, czy jestem, to znów dopytując się o źródło czegoś, co ponoć właśnie posłyszało... to znów domagając sie picia bądź chodząc do toalety... GRRRR!

Z każdą chwilą jestem coraz bardziej podirytowana, zmęczona i czuję, że to czekanie za chwile nie będzie miało żadnego sensu, bo po prostu nie dam rady się skupić na tyle, by owe testy pozytywnie zaliczyć. Cóż, będę musiała wstać z kurami, a przecież rano jestem do niczego i w dodatku nie ma pewności, że MMZ nie zdecyduje się również na akcję poranną.... Ech....

Jedyny pozytyw tego wszystkiego to nadzieja, że sen z dzisiejszego poranka będzie kontynuowany... było tak miło.... ;)

sobota, 18 grudnia 2010
Druga zima

To już druga zima tej jesieni... Wczoraj obudziliśmy się zdziwieni, bo dzień wcześniej niż było to zapowiadane spadł śnieg. W rezultacie nie dotarłam do HG, choć miałam w planie, ale za to odebrałam MMZ ze szkoły wcześniej. :)

Dzisiaj byliśmy na spacerze, i oczywiście motywem dominującym był wszechobecny śnieg.

 

Zrobiłam trochę zdjęć, ale słońce akurat zachodziło, więc nie było zbyt dobrego światła na sesję fotograficzną.

Przy okazji wspomnę "ku pamięci", że obudzona dziś przez MMZ, któremu akurat nad ranem poszła krew z nosa - wyjrzałam przez okno i lekko rozwidniająca się ciemność kontrastująca z ośnieżonym krajobrazem urokiem swoim urzekła moje serce. Piękne, wręcz pocztówkowe zdjęcie by z tego było, ale nie miałam pod ręką aparatu, a komórka by sobie nie poradziła... Szkoda. Tym bardziej, że w oddali akurat chyba punktowo padał śnieg, i nad wielkim drzewem wisiała przez dłuższą chwilę biała kula. Trudno, przepadło. Wspomnienie jednak pozostanie.

Po powrocie ze spaceru udało mi się znależć czas na skopiowanie wszystkich zdjęć z moich komórek - niektóre z tych zdjęć były jeszcze z czasów ostatnich wakacji! :) Poniżej zamieszczam kilka wspomnień:

W drodze do Polski - lipiec 2010

W Holandii...

Krzyżak bydlę - to w Polsce latem...

Ostatni wakacyjny wypad do WSM - widoczek z Walią w tle

... i w kierunku Somerset/North Devon border

Lynton

 

Wczesna jesień... (patrząc w kierunku Bridgy)

* * *

Ot, garść wspomnień. Kończy się kolejny rok. Czas pędzi coraz prędzej i chyba już tak do końca życia zostanie...

niedziela, 05 grudnia 2010
Morze mgły

Odsłoniłam okno i pierwsze co zobaczyłam, to była gęsta mgła. Dopiero po chwili udało mi się z niej wyłowić kształty domów stojących przy pobliskiej ulicy. Westchnęłam: przez cały tydzień tak czekałam na niedzielny wyjazd do W., ale przy takiej mgle i być może czarnym lodzie nie było co ryzykować. Miałam wszak wciaż w pamięci wyjazd z ubiegłego tygodnia, kiedy to u nas świeciło piękne słońce, a okolice W. spowite były w wodnych oparach...

Kiedy jechaliśmy na Mszę do lokalnej parafii słoneczko zaczynało przedzierać się przez mgłę. Na miejscu miło było zobaczyć R. z Dziećmi i Siostrą; tym bardziej, że widać po Jej minie było, że się na nasz widok szczerze ucieszyła. :) Po Mszy zaś pogoda była już bardzo słoneczna, i urokliwa jak się tylko w naszych okolicach zdarza: mgła leżała w dolinach oraz wisiała jeszcze tu i ówdzie, ale na naszych wzgórzach było pięknie i radośnie. Po dniach pełnych śniegu i lodu na drogach miło było jeździć bez ograniczeń. :)

P. przyjechał spóźniony. Twierdził, że po drodze przebijać się musiał przez taką mgłę, że nie dało się jechać szybciej niż 25mph. Toteż zamiast zaplanowanej przeze mnie początkowo trasy pojechaliśmy przez S. w kierunku W., a potem do B. Chciałam, by w B. pójść gdzieś na obiad, a potem zwiedzić odkryty przeze mnie niedawno kościół.

Jadąc szczytami wzgórz widzieliśmy momentami jak mgła płożyła się wśród niżej położonych terenów: wyglądało to tak, jakby był poniżej jakiś gigantyczny pożar. Zjeżdżając w doliny wpadaliśmy w wilgotny całun, przez który momentami przeświecał jesienno-zimowy krajobraz, to znów światło słoneczne grało w kropelkach wody tworząc mini-tęcze czy też efekt pryzmatu.

W B. bylo mglisto, mokro i nie udało nam się znaleźć nie tylko miejsca na obiad, ale nawet na zaparkowanie samochodu. Pojechaliśmy zatem dalej i kiedy MMZ jęczał już prawie non-stop (a to że głodny, to znów, że się nudzi bądź, że Mu niedobrze) znalazłam pub z miejscem do parkowania. Długo przyszło nam czekać na obsługę, a jeszcze dłużej na obiad, ale definitywnie warto było! Wszystko było podane tak jak trzeba, wszystko pyszne, wybór duży. Uśmialiśmy się przy tym, bo każde z nas zamówiło co innego na danie główne, a całkiem co innego (niż inni) na deser (przy czym były tylko trzy opcje do wyboru przy każdym zamówieniu!). Tym większe było nasze zadowolenie, bo każdemu smakowało co mu podano i już zaczęliśmy planować powrót do tego miejsca w przyszłości. :)

Powrót do domu był trochę nerwowy, bo właśnie słoneczko zaczęło zachodzić, a drogi niżej położone już zamarzały i zaczynało być ciutkę niebezpiecznie. Dojeżdżając znów do B. zauważyliśmy, że miasteczko wygląda tak, jakby się paliło. Znów mgła, ale nie taka gęsta - ot, bardziej zamglenie... Później znów znależliśmy sie na górce: przed nami rozciągał się widok jak okiem sięgnąć na wiele mil i nagle zrozumiałam, że zabrakło mi na horyzoncie znajomych punktów orientacyjnych. To jest owszem, po prawiej widziałam T., przed sobą w oddali wzgórza, ale pomiędzy mną, a nimi leżało morze, którego przedtem tu nie było! Widok był zachwycający i zapierał dech w piersiach. Już widziałam - oczyma wyobraźni - moje piękne zdjęcie, które uwieczniłoby ten cud natury, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że nie ma co porywać się z motyką na księżyc: tu trzeba by było profesjonalnego sprzętu... - moja komórka przy takim kiepskim świetle nigdy nie oddałaby tego uroku, kolorów, głębi... Wiedziałam także, że P. ma przed sobą długą drogę powrotną, a zagrożenie śliską nawierzchnią zwiększało się wraz z przemijającym czasem. Wkrótce zresztą górka się skończyła, a my wjechaliśmy w to morze mgły: miejscami bardzo gęstej, czasem może torche rzadszej... ale wciąż tłumiącej nędzne już światło dzienne w tak niesamowity sposób, że miałam wrażenie, iż jestem w jakimś innym świecie. Zaczynało zmierzchać, toteż dojechałam do domu jak najszybciej, a P. ruszył w dalszą podróż.

W domu zaś między innymi wspominaliśmy z MMZ nasz pierwszy lot do Polski, gdy Mały miał z dziewięć miesięcy: ma On bowiem do napisania wypracowanie na temat lotu samolotem, i pomyśleliśmy, że temat chorego MMZ pozostawionego na lotnisku przez MSH może Mu się przydać... ;) Ale to już zupełnie inna historia...

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>