Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 25 grudnia 2008

Obiecalam kilka zdjec - oto one:

Bez zadnej szczegolnej kolejnosci, ale za to w dwoch tematach - zachodow slonca oraz zdjec z wycieczki w ostatni weekend...

Cos dla Bosmana i Mamybeli...

Spojrzenie na miasto z gory:

Koniec trasy:

Cos dla Searover'a:

Widok w strone domu:

Ostatnie spojrzenie na "viiiiiu!"

I kilka zachodow:

Zachod w plomieniach...

I na koniec angielska mgla... dla Britki!

 

środa, 24 grudnia 2008
A-HA! Czyli prawda...

... o moderowaniu!

Teraz wszystko jasne:

"Jeżeli moderowanie jest włączone, dodane komentarze pokażą się po ich zatwierdzeniu przez administratora blogu.
Moderowanie nie obejmuje zalogowanych użytkownikow blogu."

Nie bylo mnie

Nie bylo mnie w domu przez kilka dni. Mnie, a wlasciwie nas, ale to sie rozumie samo przez sie... ;)

Bylismy tylko godzine od domu, ale - jak zwykle - bylo fajnie! :) Zaczelo sie od tego, ze odebralam MMZ ze szkoly. Pojechalismy prosto do M. Na poczatek bylo troche biegania, ale udalo mi sie zalatwic lepsze zakwaterowanie. Potem mozna juz sie bylo zrelaksowac. Miejsce mielismy dobre - tak w polowie drogi miedzy restauracja, parkingiem, a centrum. Po wieczornych rozrywkach umylam MMZ glowa pod kranem przy okazji zauwazajac, ze lazienkowy fan w miedzyczasie nieco sie stopil. Postanowilam go nie wlaczac, wiec prysznic mialam w warunkach przypominajacych mi o Oceano...

"Oceano" - ech, te wspomnienia. Rok 1993. Byl sezon jesienno-zimowy. Mieszkalam na skraju plazy, w domu na szczudlach. W mieszkaniu nie bylo ogrzewania - nie liczac gazowego kominka, ktory czesto gasl przy silniejszych powiewach wiatru (dlatego nie mozna go bylo zostawic wlaczonego bez opieki), oraz dwoch parafinowych grzejnikow starego typu, ktore ciutke ciepla dawaly, ale rowniez ze wzgledu na niebezpieczenstwo pozaru wlaczane byly w sypialni tylko tuz przed snem... W kilka chwil po ich wylaczeniu wiatr wiejacy od Kanalu wywiewal cale cieplo atakujac ze wszystkich stron... Najsmieszniejsze byly kapiele: aby sie wieczorem wykapac nalezalo nagrzac baniak wody, wpuscic wode do wanny wczesniej wlaczywszy po drugiej stronie lazienki wlasnie podobny elektryczny grzejnik z nawiewem. Woda w wannie momentalnie stygla, zreszta bylo jej tyle co kot naplakal - conajwyzej z piec centymetrow glebokosci... Po pospiesznym ochlapaniu sie woda dumnie zwanym kapiela wyskakiwalo sie pedem z owej wanny i pedzilo pod elektryczny nawiew - jedyne miejsce, gdzie bylo jako-tako cieplo... Wszystkiemu towarzyszyl zwykle szurgot wiecznie toczonych przez morze kamieni...

Poszlismy spac dosc pozno, a ja mialam kiepska noc, bo bylo zimno (mieszkanie sie jeszcze nie nagrzalo, a i tylko po jednej koldrze mielismy), wiec MMZ w poszukiwaniu ciepla wpakowal mi sie do lozka ze swoja koldra. Poniewaz lubi sie wiercic, to co kilka minut sie budzilam i wydawalo mi sie, ze to najdluzsza noc w tym roku...

Zaraz z samego rana MMZ udalo sie przez szafe do krolestwa Narni, gdzie spotkal sie z facetem, ktory mial biala sztuczna brode i wystepowal w czerwonym ubranku, i mogl wybrac sobie "prezent" (MMZ, nie facet). Potem popedzilismy na sniadanko, po drodze domagajac sie wymiany grzejnika i dodatkowych kolder (co przed wieczorem zreszta sie ziscilo). Potem byl wypad na miasto: zakupy (MMZ wrocil szczesliwy). Pozniej byla "Spiaca Krolewna", a jeszcze pozniej duzo radosci. :)

W niedziele po sniadaniu Msza sw., a potem wycieczka w pobliska wilderness (zdjecia potem dodam - choc zdjecia byly dopiero z poniedzialku). Widoki byly takie, ze szczeki nam opadaly. I pomyslec, ze bylismy w okolicy tyle razy, i do glowy nam nie przyszlo tam pojechac... :) W drodze powrotnej MMZ namowil mnie na przejazdzke pociagiem. Tyle razy juz jezdzilismy, ale nie zalowalam, ze pojechalismy raz jeszcze: tym razem byla to wycieczka skladem specjalnym - po drodze nakarmiono nas i napojono, a potem czekalo nas spotkanie... z Mikolajem... LOL. Po powrocie, juz na miejscu, poznalismy Paule i Callum'a z Walii; fajnie nam sie rozmawialo. :) I oczywiscie mecz futbolowy na duzym ekranie... Dzien zakonczylismy tradycyjnymi nalesnikami. :))

Kolejna pozna noc, ale z rana trzeba bylo juz sie zbierac: pakowanie, sniadanie, wycieczka w "gory"... W drodze powrotnej troche plany nam nie wypalily, bo i abbey bylo zamkniete, i MMZ wyczekiwane T. rowniez. Dopiero humory poprawil nam Windmill - smaczny lunch i duzo wesolosci. Jednak reszte drogi MMZ przebyl w milczeniu: dopiero pod domem stwierdzil, ze choc to tak blisko, to jakby wracal z innego kraju, innego swiata... i ze szkoda Mu, ze juz sie skonczylo (zaskoczyl mnie tym, bo jeszcze cztery dni wczesniej pytal po co my wlasciwie tam pojechalismy, gdy On moglby przeciez lezec na sofie i ogladac TV...).

Wieczorem pojechalismy do naszej Parafii. Podczas nabozenstwa mial miejsce dosc przykry incydent: zawsze stronilam od wariatow, ale tym razem nie bardzo mi sie to udalo... :/ Za to MMZ "wyszedl" na plus: w miedzyczasie znalazl dosc duzy "diament" (mam nadzieje, ze wlasciciel tez sie znajdzie). ;)

Dzis zas bylismy w E. E. zdaje nigdy sie nie zmieniac, choc oczywiscie drobne zmiany (jak otwarte nowe i dosc duze centrum handlowe, czy tez np. nowe znaki drogowe) mi w oczy wpadly... Zrobilam troche zakupow, wiec bylam w dobrym humorze... i dopiero pod domem MMZ zdolal wyprowadzic mnie z rownowagi: zrobil cos calkiem przeciwnego moim instrukcjom, i oczywiscie ja musialam za to "zaplacic"... Grrr!

OK, czas brac sie za tlumaczenie. Wprawdzie nie ma tego duzo, ale do jutra mi sie pewnie zejdzie.

Pozdrawiam Swiatecznie!

czwartek, 18 grudnia 2008
Rozpisalam sie...

Jak nie bylo pracy, tak nie bylo, a teraz nagle trzy oferty od pracodawcy, i dwie na wlasny rachunek! Rychlo w czas, haha! :/

Kontrakt podpisalam, i nic nie poradze. Kobylka u plotu. Zwiazek jeszcze sie tak na prawde nie zaczal, a juz sa pierwsze problemy. Np. co z Dzieckiem? Nie wiem, czy wytrzymam tyle miesiecy.

Czeka nas wypad. MMZ obojetny, ja wolalabym gdzies za tydzien. Ale trudno. Jak mus, to mus.

W domu ladniej, choc daleko od idealu. Na studiach wszystko czeka: a niech sobie czeka.

Z pozytywow to zaliczylam egzamin w poniedzialek (37/40) - poszlam bez przygotowania (nawet nie wiedzialam, jak bedzie wygladal test), i troche podenerwowac sie musialam, bo sie okazalo, ze trzeba bylo sie wczuwac w "co autor mogl miec na mysli..."

P. byl dzis u nas z pizza; rozgadal sie na tematy filozoficzne. Nie wiem, czy dobrze, bo z wiekszoscia jego koncepcji sie nie zgadzam, a glos to on ma donosny i niby-spiacy w drugim pokoju MMZ zapewne sobie posluchal. Zas, ze podatny na wplywy jest, a P. jest dla Niego autorytetem, to bedzie mi te filozofie pewnie powtarzal jako pewnik... :/

B. jest chora. Mialam zadzwonic dzis po raz drugi, ale przez wizyte P. nie dalo sie. Musze postarac sie jutro, ale znow Ona jutro na operacje jedzie, wiec tez glupio... przeciez przed wyjazdem nie bede Jej z rana zawracac glowy, a potem to juz za pozno... :/

Dowiedzialam sie, co Mikolaj ma przyniesc MMZ. Ma chlopak "szczescie"! Za to ja wrecz przeciwnie. I smutno mi troche. Ale moze przejdzie.

Napisalam do Mamy R. Mam nadzieje, ze nie pogniewa sie, ani nie rozczuli za bardzo.

Snil mi sie przez cala noc pewien pan. Hmmm....

Dzis urodziny A. Chwila refleksji...

Jutro bedzie od rana szalenstwo: MMZ nie wypisal kartek - ostatni dzwonek. Ja pedem potem do College'u, potem do sklepu, etc. Za szybko plynie czas...

OK, rozpisalam sie. Czas na sen... Dobranoc.

 

 

 

poniedziałek, 08 grudnia 2008
Ale mlyn!

Kreci sie to moje zycie, ale coz...

I tak dzien za dniem leci, tydzien za tygodniem... i znow kolejny sie zaczyna. U mnie wciaz duzo planow, ale jakos nie mam ich czasu w zycie wprowadzic. Zaczynam dojrzewac do mysli o wyciagnieciu wtyczki od Internetu. Za duzo czasu mi zjada. Od lat zwe go moim oknem na swiat - i faktycznie wciaz jakas nowa wiedze zdobywam, wciaz cos sie dzieje... Ale czy doprawdy potrzebna mi ta nowa wiedza? Wiedzy mam sporo (i choc czasem mysle, ze tego nigdy dosc, to jednak moze potrzeba by spozytkowac najpierw to, co juz sie wie, nim sie czlowiek wezmie za wiecej?...) - ale czasu na nic dosc. Wezmy dzisiejszy wieczor: po powrocie z kosciola, kolacji, kapieli MMZ i Jego udaniu sie do snu, usiadlam sobie przy kompie cichutko z zamiarem przeczekania czasu zasypiania mojego Dzieciatka, by pozniej wziac sie za cos bardziej konkretnego... Spojrzalam przez okno w kuchni (mam open plan) i zobaczylam, ze pomalu jest coraz bardziej mglisto i mrozno za oknem... Wrocilam do Internetu i zaczelam przegladanie Gazety. I tak odwiedzilam forum gazetowe Zabytki Warszawy. Tam znalazlam ciekawa kartke, ktora poprowadzila mnie gdzie indziej: patrzac na cztery kolejne kartki zaczelam zastanawiac sie nad pewnym przedwojennym budynkiem, ale zrezygnowalam, i wrocilam na forum Zabytkow. Tam znow trafilam na ciekawy tekst o zajezdni tramwajowej, z ktorej to znow przez link trafilam na strone o budynku, w ktorym teraz jest Muzeum Powstania.

W miedzyczasie majacy juz od dawna spac MMZ zawolal, ze pic Mu sie chce... Poszlam i dalam. Odnoszac kubek do kuchni ze zdziwieniem zauwazylam, ze za oknem nie ma juz wcale mgly, i zrobilo sie jakby cieplej (tj. nie widac szronu)... Po chwili zdziwilam sie ponownie, bo w mieszkaniach naprzeciw bylo wszedzie ciemno - zwykle nie jest.  Wrocilam do kompa. 

Poniewaz o historii (szczegolnie tej zwiazanej z miejscami, ktore dobrze znam) lubie czytac, to stamtad trafilam na wspomnienia roznych ludzi. Poczytalam sobie kilka, ale szczegolnie to zwiazane z Twierdza. Pozniej znow czytalam jakies inne wspomnienia, i trafilam na slowo "gawrosz". Przypomniala mi sie piosenka, ale zachcialo mi sie definicji... Spojrzalam w kierunku okna: za szybka byla (i nadal jest) gesta mgla... Malo tego - ta mgla pedzi na zachod z zawrotna przedkoscia (wiem, bo mam za oknem latarnie uliczna, i w jej pomaranczowym swietle widze pedzace opary...) - choc wiatru nie ma. Przypomina mi to scenke sprzed wielu lat, gdy z Chichester wracalam do Pagham i ze slonecznego popoludnia zrobila sie gesta, zimna, a zarazem lepka mgla w ciagu kilku minut... ale o tym juz chyba wieki temu pisalam...

Co bylo dalej - wiadomo z poprzedniego wpisu... Ja zas musze juz konczyc moja pisanine tutaj, bo minela 23-cia, a ja jeszcze w lesie... ech! Czy ja do smierci ze wszystkim zdaze? (przy czym z przerazeniem stwierdzam, ze coraz trudniej rozroznic mi "z" z kropka od "rz"; ja, ktora wszystkie reguly na pamiec znac musialam, i nigdy nie mialam problemu z ortografia nie moge sie zdecydowac, czy "zdarze", czy tez "zdaze"... ale pocieszam sie dazeniem i zdarzeniem... LOL). I tym optymistycznym akcentem pozegnam bloga i moich Milych Czytelnikow (o ile jeszcze jacys sa). Dobranoc.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>