Moje codzienne zycia kawalki...
piątek, 28 grudnia 2007
A jednak! (cz.2)

Dojezdzajac do Sadowej wyslalam dwa sms'y: do MT i do MSH. Autobus wreszcie dojechal do umowionego przystanku. Wysiadlam, i stwierdzilam, ze za jedynych towarzyszy mam zimno i jakiegos pana. Nigdzie nie bylo ani sladu umowionego samochodu. Zadzwonilam do domu Rodzicow. Odebrala MM i powiedziala, ze MT jest w drodze. Faktycznie, po kilku minutach dojechal i, przejechawszy obok zatrzymal sie ze 100 metrow dalej, po drugiej stronie szosy. Nie wiedzialam, czy po prostu mnie nie zauwazyl, czy tez czeka, bym doszla. Ponownie wyjelam komorke (dzieki Bogu za ten wynalazek!) i tym razem wybralam number MT. Odezwala sie MM (MT zostawil komorke w domu!). Chcac nie chcac musialam podreptac w strone czekajacego samochodu. Na moje pytanie dlaczego stoi akurat tutaj MT stwierdzil, ze.. czeka na moj autobus...

Noc mialam kiepska; dzis po raz pierwszy od czasu, gdy dom byl wciaz w stanie polsurowym spalam na gorze w "salonie". Jest to mile miejsce do spania o ile nikogo w domu nie ma. W przeciwnym razie mi jest ciezko spac, bo mnie budzi kazdy szmer (lata spedzone na polsennym czuwaniu nad dzieckiem)... Tutaj zas koncerty dawala od bardzo wczesnego rana (jeszcze bylo ciemno) jedna z kotek...

Dzisiaj po poludniu zas dorobilam sie chyba dokladniej jesli chodzi o przeziebienie. MM wyslala mnie do UM po odbior pewnych dokumentow. Juz w Nowiaku MSH, ktora prowadzila samochod, uswiadomila mi fakt, ze nie mam ze soba komorki. W napredce, wyskakujac kolo Łazarskiej powiedzialam, ze spotkamy sie za jakies 15 minut w tej samej okolicy (chodzilo mi, ze kolo Łazarskiej, ale bralam pod uwage, ze moze byc trudno tam zaparkowac). Polecialam do USC, wrocilam z kwitkiem. Poniewaz MSH jeszcze nie bylo pognalam do pobliskiej apteki. Tutaj postalam z 10 minut narazona na kolejne kaszle i kichania wokol mnie. Ale kupilam co chcialam. Skruszona pognalam na parking kolo wspomnianej Ł. MSH wciaz nie bylo. Stwierdzilam, ze w takim razie zrobie male zakupy. Jednak poniewaz wlasnie skonczyla mi sie prawie polska kasa chcialam zaplacic karta. Musialysmy zmienic stoisko, bo czytnik nie dzialal. Po wyjsciu ze sklepu MSH nadal nie bylo. Postalam. Pochodzilam z torbami pelnymi zakupow, bo szczerze piszac nie bylo gdzie polozyc toreb (albo wszedzie slady po sikaniu psow, albo znow po splunieciach)... Wreszcie poszlam do pobliskiego banku chcac zamienic funty, ktore mialam przy sobie. Ale kolejka byla kilometrowa. Zrezygnowalam. Znow pochodzilam. MSH nadal niet. Zdecydowalam sie zadzwonic do domu, bo mijala juz godzina i robilo sie ciemno. Ale w budce okazalo sie, ze do dzwonienia potrzeba karty, a takowej nie mialam (ani pieniedzy na nia). Wrocilam znow na parking. I juz pelna zrezygnowania, a zarazem rodzacych sie planow, by isc do kantoru na koncu miasta zobaczylam czekajaca na mnie MSH. Okazalo sie, ze zaparkowala na parkingu miedzy parkami (tam, gdzie w moim dziecinstwie zbieraly sie pochody pierwszomajowe, a wczesniej byl przystanek PKS)...

I teraz mi jest zimno. Z nosa mi leci. Gardlo pobolewa.... I mam temperaturke... Zas z samego rana ponoc Marta przyjezdza...

A jednak! (cz.1)

Jednak nie udalo mi sie pozostac przy pelni sil podczas tej zimy; polaczenie wytezonej przeprowadzki, podrozy i bliskich nosicieli najprzerozniejszych wirusow przeziebienia sprawilo, ze od wczoraj mam bolace gardlo, a dzis trzesie mnie zimno i czuje sie ogolnie kiepsko.

Ale zacznijmy po kolei...

Wczoraj kolo poludnia pojechalam z Mlodymi do W-wy. Tj. Oni mnie tylko podwiezli pod Staromiejska Skarpe, a ja dalej sama sobie radzilam. Mimo, ze ubralam sie dosc cieplo to jednak odczuwalam mroz dosc dotkliwie (podejrzewam, ze byly to poczatki przeziebienia, bo juz w samochodzie zaczelo mnie pobolewac po prawej stronie gardlo)... Udalam sie kolejno (przez Barbakan) do UB, potem do SJ, do Anny, by wreszcie na dobre zatrzymac sie w moim kochanym Barbakanie (tu uwaga do Searover'a: restauracja nazywa sie Barbakan, a nie Pod Barbakanem... - bo i taka istnieje). Tam zjadlam przepyszne pierogi z kapusta i grzybami, wypilam dobra herbatke. Jedynie grzanego wina nie polecam; nie byl to klasyczny grzaniec i calkiem mi ono do gustu nie przypadlo. Po uczcie udalam sie do Jacka, potem zahaczylam o Dluga, by wreszcie zlapac 180 na Powazki. Mialam nadzieje, ze trafie na starego, a dawno nie widzianego znajomego - x.R. Ale kosciol okazal sie byc zamkniety (no, prawie), za to na tablicy wycztalam, ze Msza bedzie o 17:30.

Poszlam spacerkiem do Arkadii. Kupilam MMZ lyzwy, przy czym oczywiscie nie obylo sie bez polskiej epopei sklepowej... Otoz lyzwy lezaly na polce jako ostatnie, w rozdartym na dwie czesci opakowaniu. Sprawdzilam numer na lyzwach - wydawaly sie byc w sam raz... Zabralam rozsypujace sie opakowanie nauczona smutnym doswiadczeniem moich poprzednich zakupow w C'rze (opakowanie potrzebne do przeskanowania przy kasie celem ustalenia ceny). Rzucilam jeszcze okiem na wywieszke pod spodem, na brzegu polki: bylo cos w rodzaju promocji i cena chyba cos kolo 56zl. Wziawszy po drodze jeszcze kilka drobiazgow udalam sie do kasy. Tutaj oczywiscie musialam odstac swoje. Juz dochodzac do sprzedawcy spojrzalam z nudow na opakowanie i ze zgroza stwierdzilam, ze model pokazany na obrazku nie do konca zgadza sie z tym, co jest w srodku. Sprawe wyjasnilam pani, ktora wlasnie zaczela mnie obslugiwac. Wzruszyla ramionami, przeskanowala polamane opakowanie (wyszlo 99zl). Zapytala, czy opakowanie ma wyrzucic. Powiedzialam, ze nie, bo tak do konca nie bylam pewna, czy buty na MMZ beda pasowaly... Poszlam prosta od kasy do punktu obslugi klienta, by upewnic sie, ze w razie czego nie bede miala klopotow z wymiana towaru. Znow odstalam swoje, wytlumaczylam na czym polegaja moje watpliwosci. Pani uprzejmnie wzruszyla ramionami, totalnie zignorowala moje pytanie o roznice w cenie (pomiedzy tym, co bylo na polce, a tym, co zazadala kasa). Stwierdzila, ze musze miec ze soba opakowanie, ale znow nie zaadresowala mojego pytania o roznice pomiedzy towarem w srodku, a na obrazku (mam powazne podejrzenia, ze jednak to, co kupilam nie powinno bylo byc w owym opakowaniu). Poganiana syczeniem klientow za plecami (na wielki supermarket w okresie poswiatecznym pani w dziale obslugi byla tylko jedna) zrezygnowalam z walczenia o swoje i udalam sie znow na Powazki, bo zblizala sie 17:30.

Msza koncelebrowana byla przez trzech ksiezy. Jednak zaden z nich nie byl x.R. Juz wychodzac z kosciola zapytalam jednego z nich, czy tutaj proboszczem jest x.R; odpowiedzi towarzyszylo pokrecenie glowa, wysoko uniesione brwi i podpowiedz, by sprobowac moze dwa kilometry dalej, u Jozefata... Z powodu poznej pory, przeszkadzajacego mi opakowania i zimna, zrezygnowalam z dalszych wedrowek i jak najszybciej wrocilam na przystanek przed Arkadia. Tutaj okazalo sie, ze mam 25 minut oczekiwania. Gdy wreszcie nadjechal autobus bylam wyziebiona i w duchu klelam fakt, ze Rodzice mieszkaja teraz na koncu swiata... (nie bylo bezposredniego polaczenia i wiedzialam, ze bede musiala wolac MT, by po mnie na przystanek wyjechal).

środa, 26 grudnia 2007
Juz po Swietach

Przeprowadzka byla "from hell"; najgorsza z moich 33-ch dotychczasowych...

Fakt, ze nie przygotowalam sie do niej zbytnio. Ale obiecywali mi pomoc, wiec uwierzylam, ze pojdzie jak z platka. Faktem jest rowniez jednak, ze rozne sprawy poszly calkiem nie tak, jak mialy; kilka przykladow:

- facet, ktory obiecal przyjechac z odpowiednia fura przyjechal z van'em "Postman Pat'a"

- wszystkie meble wraz z pudlami zostaly wg meskiej logiki zwalone na jedna wielka kupe w duzym pokoju

- P. zostawil szeroko otwarte drzwi w domu, w ktorym wprawdzie prawie juz nic nie zostalo, ale na gorze byl wciaz moj laptop (w dodatku zalogowany!) - mieszkanie zostalo pod Boza opieka do mojego powrotu cztery godziny pozniej...

- pod koniec drugiego dnia zostalam nagle z przeprowadzka sama

W kazdym razie oddalam dom na godzine przed wyjazdem do Polski. Przed odjazdem nie zdazylam juz sie przebrac, co mialo wplyw na pewna sytuacje w samolocie.

W autobusie do LHR spotkalam mila kobiete, ktora pracuje z mlodymi przestepcami. Pozniej, po obiedzie w Square Pie (gdzie jedna z obslugujacych kaslala na wszystkich i wszystko dookola bez zakrywania ust) stanelam w kilometrowej kolejce do odprawy bagazu. Pozniej juz wszystko poszlo OK. Juz przy gate wpadl mi w oko siedzacy naprzeciw przystojniak: byl jak marzenie; mial styl, gust, presence i byl przystojny. Ale z powodu zaniedbania wynikajacego z poprzednich dni spedzonych na pakowaniu, z braku snu, a w dodatku z powodu roboczych wciaz ciuchow nie mialam szans, by pozytywnie owemu Panu wpasc w oko. Wiem jednynie tyle, ze byl z Lodzi. Ale chociaz czekajac na samolot, a i potem w PL czekajac na kontrole paszportowa i bagaz napatrzylam sie do syta. :) Za to samolot (ow LOTowski 767, ktory przylecial specjalnie z PL, by wziac pasazerow, ktorzy koczowali na lotnisku od dnia poprzedniego z powodu mgly) byl wypelniony do granic mozliwosci. Mi w udziale przypadl mily mlody czlowiek - rodzony w UK, ale z polskich rodzicow. Cala droge sobie gawedzilismy. Ladowanie bylo OK, po czym dlugo czekalismy na bagaz. Moj przyjechal z wylamanym kolem, ale nie skladalam skargi, bo mialam nadbagaz (6kg), a nie wzieto ode mnie dodatkowej oplaty... W kazdym razie dojechalam do domu bez klopotu i na czas. MMZ wciaz jeszcze czekal, MSH z Mezem juz przysypiali.

Dzien wczorajszy przelecial nie wiadomo kiedy. Dzisiejszy podobnie - z tym, ze odwiedzila nas Ciocia Irena z Corka.

MM z MSH szukaly mi dzis meza... LOL

OK, ide usiasc z Rodzinka... Dobranoc.

sobota, 22 grudnia 2007
Do nastepnego!

Przeprowadzka w pelnej akcji. Zaraz przyjada po meble. Odcinaja mi w starym mieszkaniu telefon kolo poludnia, a w nowym nie ma podlaczonej linii, i juz nie podlacze przed wyjazdem, bo Swieta... :/

Dlatego dostep do Internetu bede miala (jak Bog da) dopiero w Pierwszy Dzien Swiat - u Rodzicow...

Zatem, do nastepnego.

ps. Wszystkim "Czytelnikom" zycze Spokojnych Swiat; pelnych refleksji i radosci, ale przede wszystkim zdrowych! :) Z Bogiem!

czwartek, 20 grudnia 2007
Na dobranoc

Jak to w zyciu nie mozna nic planowac....

Wczoraj zamierzalam isc spac wczesniej, bo przeprowadzka za rogiem, czasu na nic niet, a tu przydarzylo mi sie wejsc na nasza-klase i niespodzianka! Kiedys zapisalam sie (podobnie jak jeszcze wczesniej na www.szkolnelata.pl czy troche pozniej na www.sciaga.pl) na owej stronie, ale nikogo z mojej klasy nie (moich klas!) nie bylo, i dalam sobie spokoj. Pozniej pojawilo sie cos na kilku zaprzyjaznionych stronach blogowych, to znow zalogowac sie nie szlo... Wczoraj - szok! (- w sensie pozytywnym...) W rezultacie siedzialam do drugiej w nocy, i gdy wreszcie zdecydowalam sie zlapac troche "beauty-sleep" nim czas bedzie pedzic do pracy (a dzis byl niebylejaki dzien, bo dzien, dla ktorego przerwalam urlop w PL i wrocilam do pracy; n.b. calkowicie okazal sie byc strata czasu - szkoda pieniedzy wydanych na bilety...), to zaczelam umierac na serce.

Z tym jest troche smiechu, bo zdiagnozowane jeszcze w LO moje chore serce wyzdrowialo w UK (przynajmniej wedle wszystkich specjalistow, za to ze cztery lata temu okazalo sie, ze od dziecinstwa ponoc mam astme - ktora robila za serce...), ale od czasu do czasu nawraca palpitacjami. Wczoraj, a raczej dzisiaj rano kolo drugiej bylo jednak inaczej; meczylam sie z kolaczaca pompka przez dwie godziny, wreszcie widzac, ze nic nie pomaga i nie usne umowilam sie z bardzo milym doktorem z Cardiff, odlodzilam samochod i pojechalam do szpitala. Tam po badaniach stwierdzono, ze jest jednak jakis szmer, i ze mam arytmie. Coz, nie zdziwilo mnie to; rodzinne.... Ale w rezultacie spalam tylko dwie godziny (udalo mi sie usnac dopiero po szostej)...

Odebralam klucze do nowego mieszkania, przywiozlam pudla do przeprowadzki. Teraz pojde oproznic pralke, powiesze pranie, i uciekam odsypiac. Dobranoc. :)

I cannot be bothered...

Dzisiaj, zamiast tradycyjnego wpisu, kopia fragmentu mojego mail'a do P., bo padam ze zmeczenia i juz mi sie na nowo tego samego pisac nie chce...

"LOL! Well, I had a fun-filled day, too...

 
First of all I was late for a meeting in M. (traffic, traffic and more traffic)... Then, I realised that I forgot to take my cards with me and... the fuel was running very low (- I could already see myself having to - sheepishly - call on you to come and rescue me....); but I really was very good all the way back: driving slowly, letting it run loose on the way down, etc. In fact I was so good that I still managed to stop and start the engine several times without any nasty surprises when I got back to Bridgwater (JPF, home, town, Splash, Sainsbury's car park) and the light still was not on! (- or was it a faulty bulb?)...
 
Anyway, I have not started packing my stuff as yet (I was intending to do it tonight but never got round it and now I am too tired to even consider...). Tomorrow, I am all day in L., then rushing to get the keys, then rushing to Sainsbury's to collect lots of banana boxes. Then rushing to T., then rushing home to start packing...
 
I am contemplating taking the Friday off.... LOL
 
I had MMZ's football coach calling me to tell me that he can arrive on Sat morning with a 40ft long coach... to move my furniture! LOL. I can imagine my neighbours' faces when such a monster pulls up at 7am into my quiet close.... (- especially with that Astra parked almost outside my door)... I told him my close is not suitable for heavy vehicles... LOL. But he said that if I can get 1 or 2 of my friends to give him a hand I will be moved in two ticks... LOL. I wonder if the road on that estate (where I am moving to) is suitable for HGVs/coaches....
And that brought other memories... When I moved here to my current place I had a fire officer visiting for a fire check. The problem was that he brought the fire engine and the whole fire crew with him... When they were about to leave we found a big group of kids standing around their engine, and most of my neighbours looking out of their windows with concern on their faces.... LOL
 
So, what do you think?"
 
1 , 2 , 3
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>