Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 21 listopada 2012
21/11/12 (część pierwsza)

Taka fajna data, a dzień okazał się być prawdziwą huśtawką dla nastroju...

Z samego rana okazało się, że za oknem leje. Ponieważ wybierałam się na wczesną godzinę do szpitala, to postanowiłam podrzucić MMZ do szkoły. To był błąd, bo choć w ten sposób uzyskiwałam pewność, że nie zmoknie i nie będzie zdany na autobus, to jednak w rezultacie wpakowałam się w poranne korki.

Owe korki już na samym początku okazały się dość powolne. Nie było jednak tragicznie. Przebiwszy się przez "nasze" miasto udałam się w kierunku następnego. Droga była podtopiona, a miejscami porządnie zalana. W miarę szybko, mimo wszystko, udało mi się dotrzeć na przedmieścia celu mojej dzisiejszej podróży tam niestety natknęłam się na korki potwornych wręcz rozmiarów. Czas uciekał, ja przebijałam się w kierunku szpitala, a ciśnienie rosło mi z minuty na minutę. Wbrew przeciwnościom dotarłam na podszpitalny parking na pięć minut przed godziną wizyty... I tu czekały mnie dwie niespodzianki: podniesione barierki (zazwyczaj parking jest słono płatny) i miejsce parkingowe. Wprawdzie by do niego dotrzeć miusiałam dokonać pewnej akrobacji, ale w recepcji stawiłam się na dwie minuty przed czasem...

C.d.n

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>