Moje codzienne zycia kawalki...
wtorek, 29 listopada 2011
Listopadowo

Oj, już nie wiem sama kiedy ostatnio tutaj coś zapisywałam (tj. teoretycznie mogłabym wiedzieć, bo przecież przy ostatnim wpisie data jest, ale nie spojrzałam na nią otwierając bloga, a na tej stronie, na której piszę dostępu do tej informacji nie ma).

Słucham sobie Gwiazdy z lat mojej młodości wspominając niedawny koncert w High Wycombe. Uczucia mieszane, bo od szaleństwa związanego z nastoletnim "infatuation" dzieli mnie już przecież tak wiele lat. Ale potrafię zrozumieć dlaczego wówczas niektóre piosenki, ale przede wszystkim jego wygląd tak na mnie wpływał. Teraz jest inaczej: nie zależy mi na Jego wyglądzie, nie pieję z zachwytu i nie chcę się z Nim koniecznie spotykać. Nie mam bezsennych nocy, i tej tęsknoty w sercu... Za to na koncerty idę z chęcią, lubię też posłuchać Jego muzyki - szczególnie tej najświeższej (choć i niektóre stare piosenki też są miłe, bo przenoszą w świat mojej młodości). Koncerty zaś lubię również i dlatego, że wraz z Nim występują naprawdę świetni muzycy. Zaś moim ulubionym wśród tych najszczególniej przeze mnie docenianych jest Howard. Mogłabym słuchać i patrzeć jak gra godzinami. :)

OK, powróćmy do rzeczywistości bliższej codzienności: pracy nadal szukam, bo w mojej obecnej jest coraz gorzej. Wiadomo: kryzys. Ciężko z tym szukaniem, bo nic nie ma (no, oprócz pracy na zmiany, co całkowicie odpada), a w dodatku wszędzie chcą wypełnienia długich aplikacji - na to całkiem nie mam czasu ani chęci (po co mi były tak rozległe kwalifikacje i doświadczenie? teraz opisuj to wszystko za każdym razem człowieku!). Oprócz szukania pracy mam 101 drobiazgów/spraw do załatwienia, i gdy pojawia się dzień wolny to nie wiem w co ręce włożyć. Tak jest i dzisiaj. Do zrobienia mam m.in. co następuje: zakupy, sprzątanie (duże sprzątanie, bo niedługo Goście przyjadą i będą trzy tygodnie - to zdążą zajrzeć w każdy kąt, LOL), kilka rozmów telefonicznych, działka, codzienne prace związane z gospodarstwem domowym, odpisanie na kilka e-mail'i - a wszystko to przed powrotem MMZ ze szkoły ok. 16-tej.

Jak już jesteśmy przy MMZ, to muszę przyznać, że zaskoczył mnie tej jesieni. Zawsze wiedziałam, że głupi nie jest, ale do nauki nigdy się nie przykładał (mimo, że z zachowania zawsze w szkole był wzorowy). Od początku roku dostał już pięć pisemnych wyróżnień, jeden dyplom, dwie "pocztówki" (wysyłane przez szkołę do domu - z pochwałą) i jeden list pochwalny, który to przyszedł do domu pocztą wczoraj. Jak tak dalej pójdzie, to zagłaszczą Go na śmierć w tej szkole. ;) Nie, żartuję oczywiście. Jestem z Niego bardzo dumna, tym bardziej, że nie tylko wynik SATs, ale i CATs ma "above average". Żeby tak jeszcze umiał czasami zapanować nad swoimi emocjami (ale z tym gorzej, bo to rodzinne chyba po prababci)... Dodam tylko jeszcze, że wyrósł od wakacji strasznie: dłonie i stopy ma już większe od moich (a ja do malutkich i drobniutkich nie należę), silny jest prawie tak samo jak ja, do przerośnięcia mnie brakuje Mu chyba tylko niecałe pięć centymetrów)... Już niedługo z góry na mnie będzie patrzył...

Co jeszcze? Boo od przedwczoraj przychodzi co wieczór i rozwala się mi na kolanach. Kawał z niego kota, więc prawie ruszyć się jak nie mam. Ostatnio też nad ranem ma zwyczaj układania się koło mnie na godzinkę czy dwie przed pobudką. I dobrze, bo dodatkowy to grzejniczek, choć przyznać muszę, że w tym roku wyjątkowo ciepło wciąż jest. Kwiaty wciąż kwitną na dworze: lwie paszcze, rumiankowate, chryzantemy (ale to, to wiadomo - pora na nie), begonie i inne. W domu grzanie nastawione mam na 16*C i włącza się tylko raz (zazwyczaj wieczorem) samo, na krótki czas.

OK, skończę tymczasem te zapiski, bo cały dzień przeleci na niczym... Do następnego!

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>