Moje codzienne zycia kawalki...
piątek, 26 listopada 2010
Groch z kapustą...

... czyli o wszystkim po trochu:

Kolejny tydzień przeleciał na niczym. Praca komplikuje mi życie, ale cóż zrobić, jak teraz bez pracy ani rusz?

Ładny był dzisiaj dzień. Zimny wprawdzie, ale słoneczny. Odkryłam ciekawy kościół: dość duży i tradycyjny w stylu, a prezbiterium jakby kompletnie dodane oddzielnie i w stylu naszego kościoła z N. tylko dużo bardziej ociekające złotem... Jedno do drugiego dodane na styk, a rozmiar zaskakuje - jak to się stało? Będę musiała pogrzebać na Internecie, albo popytać lokalnie... Ot, zagadka.

Napisała do mnie I. Śliczne Wnuki ma. I w ogóle: bardzo Ją lubię, bo zawsze taka pozytywna. Silna kobieta. Szkoda, że tak daleko i z całkiem innego świata. Choć przyznaję, że gdy się jest w Jej towarzystwie, to nie pozwala tego odczuć...

Napisał dziś po południu do mnie także MPM. Po trzynastu dniach milczenia. Teraz pomilczę ja - bo i o czym tu pisać?

MMZ przeżywa chyba burzę hormonów, bo potrafi być kochany i do rany przyłóż, to znów mały monster rozsadzany przez testosteron... Poza tym ostatnio jakiś taki jumpy nocą - chyba za bardzo przejmuje się oglądanymi w dzień filmami. W ciągu ostatnich dwóch nocy budził mnie kilkakrotnie: a to Mu się coś sniło, to znów sprawdzał, czy jestem... a to łóżko mu się trzęsło samo z siebie, to znów coś z ustami nie tak... O tym, że potrafi gadać przez sen całkiem nie na temat już nawet nie będę wspominać. Mam nadzieję, że wyrośnie.

Jutro znów spotykam się z PS. :)

Próbowałam sprzedać na eBay'u CD Shaky'ego kupione w Polsce, z hologramem, wciąż w oryginalnym opakowaniu. Dostałam wiadomość od Customer Services, że ogłoszenie zdjęli, bo ponoć owe CD łamie prawa autorskie. Czyli nic się nie zmieniło? Pamiętam, jak można swego czasu było kupić najróżniejsze kasety z całymi albumami... Jak się tamta firma nazywała? BW czy WB? Mieli przyczepy kempingowe jako "kioski" w Warszawie. Ale to jeszcze przed 1989r. W głowie się nie mieści, że oficjalnie kupiony, ZAIKSowski CD może być nielegalny... Hmm.

Cóż jeszcze? O, zapowiadają u nas dziesięć dni zimy. Strach się bać: u nas wszędzie z górki bądź pod górkę. I to na letnich oponach! Dziecko do szkoły ma daleko, ja do pracy jeszcze dalej! Ratunku! Chyba kupię łopatę i skrzynię z piachem, i będę to ze sobą woziła... ;)

środa, 24 listopada 2010
Porządki

Dzisiaj, w ramach karate, wzięłam się za porządkowanie mojej sypialni. Trochę mało czasu wprawdzie na to miałam - szczególnie, jeśli się zważy na fakt, że zaczęłam może od złej strony...

Otóż pod biurkiem na półeczce mam rząd dużych segregatorów, w których trzymam różne dokumenty, posortowane tematycznie. Zamiast je po prostu poprzestawiać, odkurzyć, itp. zachciało mi się otworzyć pierwszy z brzegu. Efekt natychmiastowy był taki, że zalała mnie fala wspomnień i zaczęłam sobie czytać stare listy, dokumenty, itp. (folder okazał się być z tych "historycznych": ten akurat opiewał na lata 1994-95). I tak odświeżyłam sobie pamięć o Bitwie o Anglię, poczytałam korespondencję od GK (w tym list, w którym oświadcza, że jeśli wróce do Polski i pójdę na studia, to On mnie być może nawet poprosi o rękę.... przy czym list ów wysłany byl na trzy dni przed Jego telefonem, w którym faktycznie o rękę poprosił mimo, że nie wiedział, czy jednak wrócę...), listy od Iwki, od MSH i od MM. :) Oraz cały wielki zestaw dokumentów związanych z MPM i Jego Trzecią Żoną... LOL

Potem czasu starczyło mi już tylko na to, by przejrzeć kilka zdjęć - tych tradycyjnie robionych jeszcze: MSH jako nastolatka, mieszkanie jeszcze w N., MMZ taki malutki! :)

I już trzeba było lecieć po MMZ...

Tymczasem trzeba mi również zrobić porządek z moim zdrowiem. Przez następne dwa tygodnie mam się monitorować. Ciekawe co z tego wyjdzie...? Na razie wyszło tyle, że pielęgniarka zapomniała mi dać receptę na urządzenie monitorujące (- to fakt, że ja wprawdzie też zapomniałam przypomnieć, że mi nie dała, ale wiadomo: już i wiek nie ten, i pamięć tym bardziej...), a jak zadzwoniłam by się umówić na odbiór na piątek, to usłyszałam od recepcjonistki, że ponoć to ja zapomniałam zabrać ową receptę...  Hmm. No tak!

Dead pigeon (pol)

UWAGA: NIE CZYTAĆ O ZMIERZCHU... czy też raczej może: NIE CZYTAĆ PRZY JEDZENIU, ANI SWOIM DZIECIOM...

Pamiętam ksiażeczkę "Nie czytać o zmierzchu". Była hitem jak byłam w czwartej klasie podstawówki, czyli mniej więcej w wieku MMZ. Największe wrażenie robiło na mnie opowiadanie o marmurowych rycerzach... i palcu jednego z nich....

Ale do rzeczy:

Wczoraj, po tygodniowej nieobecności, wróciłam do swojego ukochanego S. Musiałam wrócić, bo podczas moich zeszłotygodniowych odwiedzin kupiłam MMZ koszulkę CFC i okazało się, że niestety nie przechodzi Mu przez głowę (taki to On jest big-headed!). Koszulkę trzeba było oddać i dlatego wczoraj z rana podjechałam tam w tym celu. Jednak okazało się, że udało mi się nie wziąc ze sobą paragonu i kobitka chciała mi oddać tylko ok. połowy wartości tego, co zapłaciłam twierdząc, że za dziecięcy rozmiar nie mogło być więcej. Ja jednak pamiętałam, że było wiecej i powiedziałam, że rachunek doniosę. I tak dziś znów musiałam tam pojechać...

Dzień był chłodny, pochmurny z chwilowymi przejaśnieniami. Zaparkowałam w "moim" miejscu i udałam się w kierunku sklepu, w którym wczoraj nic nie załatwiłam. Już uśmiechałam się na myśl jaki wyraz twarzy będzie kobitka miała, gdy zobaczy, że jednak nie miała racji... Przeliczyłam się jednak: kobitki nie było (wyszła akurat), a inna - ta, która akurat była - nie potrafiła mnie obsłużyć i prosiła, bym poczekała na tą właściwą...

W ramach czekania, ponieważ nikt nie wiedział w jak długą cierpliwość przyjdzie się uzbroić, poszłam sobie na spacer po sklepach. Wszędzie czuje się już przedświąteczną atmosfere. W jednym ze sklepików trafiłam na niespodziankę z mojego dzieciństwa: była kiedyś u nas w domu taka metalowa, złota choineczka. Składało się ją z części, stawiało na specjalnej tacy (która rónież była częścią kompletu), wokoło stawiało cztery świeczki. Te, po zapaleniu, napędzały ciepłem wiatraczek na górze. Wiatraczek miał przymocowane zwisające kawałki metalu, które kręcąc sie wraz z wiatraczkiem zaczepiały o dzwoneczki nad choinka i w efekcie otrzymywało się rytmiczne dzwonienie. Lubiłam to składać i uruchamiać będąc dzieckiem. Potem całość gdzieś przepadła w dziejach przeszłych. I dziś zauważyłam podobne ustrojstwo na wystawie w jednym z wielu sklepów w S. Kupiłam oczywiście od razu - dam MMZ pod choinkę jako jeden z wielu prezentów: ciekawa jestem, czy i On będzie cieszył się "jak dziecko" na widok i dźwięk choineczki...?

Po drodze kupiłam okazyjnie również obraz. Prawdziwy, wielki obraz pokazujący scenkę z lokalnej wioski. Ładny nawet, choć ramy troche nie w moim guście i myślę, że do niego przydałyby się ramy w innym kolorze...

Tymczasem nareszcie dotarłam do właściwego sklepu - wraz z nieszczęsną koszulką... Udało mi się ją oddać i wracałam wraz z moim wielkim obrazem w kierunku samochodu. Tuż w samym centrum miasteczka, kilka kroków przede mną przyuważyłam jakiś nieruchomy kształt na chodniku. Leżał sobie i wyglądał z daleka nawet tak jakoś przytulnie - jak śpiący mały kotek. Dochodząc bliżej zorientowałam się jednak, że to gołąb. Leży sobie na brzuszku, ze skrzydełkiem lekko podciągniętym pod główke. Pierwsza myśl: choć wygląda tak "cosy" to jednak nienaturalnie tak jakoś... przecież ptaki jak zdychają to leżą łapkami do góry. Ale przecież żywy nie leżał by tutaj w ten sposób... W tym czasie byłam już prawie o krok od ptaka. I kolejna "niespodzianka": wokół główki była dość duza - wielkości dłoni plama bardzo gęstej czerwonej cieczy. Wyglądało to trochę tak jakby ktoś rozlał jaskrawo-czerwoną farbę olejną podbielaną śmietaną. Było tego tak dużo i takie gęste, że aż trudno było uwierzyć, że mogło sie tyle tego zmieścić w niewielkim bądź co bądź ptaku... Myślę, że biedaczek dostał wylewu albo ataku serca i spadł "na łeb, na szyję" z dachu budynku... Trafiłam na niego pewnie jako jedna z pierwszych: wszystko było takie "świeże". I teraz stoi mi przed oczyma... Ot, tragiczny gołąbek...

I tak to kolejny dzionek dobiega końca. Zaraz kończę moją robotę i jadę po MMZ'a. Potem karate, i znów o krok bliżej do weekend'u. Wkurzona jednak jestem niesamowicie, bo znów źle mi zapłacili i znów się przyjdzie użerać o swoje. :(

Zakupy

Tyle razy przekonałam się na własnej skórze, że nie jest dobrze jechać po zakupy spożywcze na głodnego...

Dziś wstąpiłam do Sainsbury's właściwie tylko po owoce, chleb i mleko, a wyszłam z wózkiem pełnym jedzenia. Mało tego! Przy okazji udało mi się wydać pieniądze przeznaczone na prezenty dla MMZ. Ale za to z głodu nie zginiemy! :) Tylko czy MMZ to doceni? ;)

poniedziałek, 22 listopada 2010
Oświadczyny

Nie mogąc dodzwonić sie do MM używając normalnego telefonu spróbowałam przez Skype'a. Nie lubię go używać, bo często a to pogłos jest, to znów trzeba odczekiwać, aż głos doleci przez satelitę, i przez to wynikają nieporozumienia, bo MM niecierpliwa jest i zaczyna coś mówic zamiast cierpliwie czekać: głosy się nakładają i wychodzi groch z kapustą...

Tak więc docelowo dzwoniłam przez Skype'a, po czym skończywszy rozmawiać zapomniałam się wylogować. I oczywiście zaraz NT zagadał. Znamy się już tyle lat (w wakacje minęło chyba ich conajmniej dwadzieścia trzy, a może i 24...?), a On nadal ma chyba do mnie słabość, bo jeszcze nie było, by nie zagadał...

Zaczęło się od gwarantowanego tematu - czyli przeszłości... Zaczął wspominać jaką muzykę lubiłam, etc. Potem na temat GK i AP, oraz na temat jego byłej dziewczyny (Polki). Aż wreszcie zapytał, czy chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko. Zaskoczona roześmiałam się i żartem odpowiedziałam pytaniem, czy mam to brać jako oświadczyny. On zaś, jak najbardziej poważnie, że tak. Kurczę, ale mi się propozycja trafia: kawaler z dużym domem, biznesem, i od lat mi znany... MMZ usłyszawszy odpowiedział, że i owszem, ale pod warunkiem, że nie będę miała więcej dzieci... LOL

Ciekawe co Rodzinka na to powie... ;) Wszak NT znali i nawet poważali.... :D

Wycieczka

MMZ pojechał dzisiaj na wycieczkę ze swoja zuchową drużyną. Mini-bus, którym jechali opuścił parking przy harcówce przed dziesiątą rano. Drogę mieli przed sobą dość daleką - tak z półtorej godziny jazdy w jedną stronę. Wrócić mieli na czwartą.

Z ciekawością czekałam na Jego powrót: co powie, jakie będzie miał wrażenia, etc. Przyjechali o godzinę spóźnieni. Po minie poznałam, że Syn zadowolony nie był. I faktycznie, twierdzi, że miejsce, które odwiedzili było nudne (zaś z obiecanych do podglądania zwierzątek wypatrzyli tylko... wiewiórke). Podróż ponoć też była denerwująca: wrzaskliwe towarzystwo i lodowate powietrze wpadające przez dwa otwarte lufciki... Próbowałam Go pocieszyć, że chociaż nową sprawność zdobył, a do tego tam gdzie byli było słonecznie, a u nas szaro i momentami nawet mokro. Ale chyba niewiele poprawiło Mu to humor. Za to mam wrażenie, że jakiś wirus Go chyba łapie, bo wypieki miał na twarzy i twierdził, że nie czuje się za dobrze.

Mam nadzieję, że sie nie rozchoruje. Pojutrze mają dzień poświęcony dzieciom z drugiej wojny światowej: mają przyjść przebrani za dzieci ewakuowane z Londynu do naszego hrabstwa. Mam już dla Niego fajny strój, i nawet prawdziwa maska gazowa z całym oryinalnym opakowaniem czeka. Tak więc mówimy "a kysz!" chorobie i przystępujemy do walki z zarazkami! ;)

 

 
1 , 2 , 3
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>