Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 30 listopada 2006
Jackie (pol)

Spotkalismy dzisiaj (u mnie jest wciaz "dzisiaj" - 29-ty dzien listopada) w ASDA Jackie. Nie widzialam Jej prawie dwa lata. Mieszka teraz na stale w Londynie. Niewiele sie zmienila. Ale ostatnio - jak mowi - przeszla powazna operacje, i teraz zle sie czuje. Od dwoch tygodni jest u swojego brata. Wymienilysmy sie na nowo telefonami (obie mialysmy wciaz siebie w spisie, ale numery byly nieaktualne). Mam nadzieje, ze sie wkrotce spotkamy. :)

MMZ dobrze kojarzyl ja z przedszkolem. Ale juz nie pamietal, jak ma na imie...

środa, 29 listopada 2006
Wieczorne narzekania

MMZ nadal niezle zachrypniety, i pokasluje... ale jutro chyba do szkoly Go puszcze wreszcie. Wolalabym Go zatrzymac w domu, ale grunt mi sie zaczyna palic jesli chodzi o moja prace na studia, i kilka godzin w samotnosci duzo pomoze. Byc moze po prostu nie pojade do E. - zostane pisac w domu. I byc moze odbiore Go po lekcjach sama, choc znow opiekunka jest juz oplacona i przydalaby sie cisza w domu do 18-stej... ;) Zobaczymy.

Piatek zapowiada sie "busy"; mam spotkanie (te z wtorku), Cienia trzeba bedzie zawiezc do vet'a celem kontroli (wciaz smierdzi mu z mordki dosc brzydko). W dodatku zadzwonil dzis do mnie G. Lubie G i A., ale musze powiedziec, ze Polacy naprawde potrafia miec tupet. Otoz dzwoni do mnie G. i prosi o jak najszybsze oddzwonienie, bo ma klopot i potrzebuje pomocy (taka wiadomosc zostawil na komorce). Brzmialo to dosc pilnie, wiec dzwonie raz (zostawiam wiadomosc, bo zajete). Potem drugi - znow zajete. Mysle sobie, ze nie powinnam az tak sie przejmowac, bo w koncu jesli potrzebuje pomocy, to zadzwoni ponownie. Ale, ze mam zaraz klasc MMZ spac, a moze przyjdzie jechac gdzies cos tlumaczyc czy cos, to dzwonie ponownie. Odbiera G. i wyjasnia, ze chodzi o jego szwagra, ktory od dluzszego czasu nie moze znalezc pracy. G. ma dosc latania po agencjach i braku efektow, wiec chce, bym polatala ja. Na moje stwierdzenie, ze szanse na prace sa slabe, bo facet nie mowi po angielsku, zaczyna dlugie tlumaczenie co do tej pory zrobil, jak to inni maja prace mimo braku angielskiego, jacy to Anglicy sa nieslowni, etc. Probuje mu odpowiadac, ale nie daje mi wejsc w slowo. Mowie mu, ze bede pamietac, ale mam kilka osob w podobnej sytuacji, ktore tez szukaja pracy bez angielskiego, i tez mnie prosily... On zas dalej swoje. Rozlaczam sie wreszcie po dziesieciu minutach komorkowej rozmowy na moj koszt. I ja sie dziwie, ze mam takie wysokie rachunki telefoniczne!

Szczerze mowiac dosc mam zalatwiania pracy Rodakom. Czlowiek sie nalata, naprosi, a potem oczyma swieci. Ostatnio do Polski wrocil chlopak, ktoremu zalatwilam prace zaraz na drugi dzien po jego przyjezdzie do UK. Byl tak malo kontaktowy, ze mimo wielu prob ze strony Anglikow, wyrobil sobie miano robota i zimnej ryby. Robota, bo dzialal jak zaprogramowany, a za to bez interakcji z innymi. Zimnej ryby, bo nic go nie ruszalo - jakby nie mial uczuc/emocji. W dodatku poniewaz praca byla zalatwiona przeze mnie, to teraz owi znajomi Anglicy dziwia sie, ze mam takich dziwnych przyjaciol...

OK, pojde chyba na dol, bo slysze, ze MMZ wciaz usnac nie moze. Poza tym gardlo mnie zaczyna coraz bardziej bolec; chyba zrobie sobie herbatki z Watry...

wtorek, 28 listopada 2006
Rece opadaja

Mam juz dosc tego tygodnia. Mialam go zaplanowanego praktycznie co do kazdej godziny. Mnostwo pracy, waznych spotkan. Poniedzialek i wtorek skasowalam na rzecz przeziebionego MMZ; kaszel i niewielka temperatura ciagnely sie juz od piatku. Przez te dwa dni nic nie zdazylam zrobic; tj. owszem - troche ogranelam chalupe, dzisiaj wypucowalam lazienke na wysoki blysk. I oczywiscie - chyba jedyna cenna sprawa - spedzilam sporo czasu bawiac sie, zartujac i uczac (literowanie, matematyka, logika, etc) - z MMZ.

Ale jestem juz zmeczona - na przyszly tydzien mam do napisania powazne sprawy, a ja jeszcze na stadium czytania/szukania materialow jestem. Za nic nie moge sie skupic, bo caly czas MMZ nadaje. W dodatku ma sile nastolatka, wzrost dziewieciolatka, inteligencje takowoz, ale emocjonalnie jest w swoim wieku. Moze ja za stara jestem na dzieci?

Moze to jesienna depresja mnie naprawde dopada. Plakac mi sie chce. :/

Troche marudzenia

Glowa mnie boli. Gardlo mnie boli. Chce mi sie spac. MMZ nadal chory; niby nic takiego - temp. prawie wcale badz niezbyt straszna, ale wyglada zle, boli Go gardlo, chrypi i przekaslal cala noc. Splywa Mu chyba z zatok, bo drapie strasznie i wywoluje kaszel (wiem, ze nie astma, choc kaszel suchy, bo inhalator niewiele pomogl, za to syrop tak).

Jutro powinnam jechac do E. na caly dzien. Z jednej strony chce jechac (maja byc ciekawe wyklady), z drugiej nie bardzo (bo nie chce dorobic choroby MMZ). Czas mi ucieka, pilne prace do napisania, a ja nie mam jak, bo MMZ w domu. Grrr.

Cien niby OK, to znow smierdzi mu z mordy straszliwie. Chyba jednak wezme go na kontrole w piatek.

Kuzynek znow wydzwania o pomoc z wypelnianiem formularzy. Ciekawe, ze pamieta jak sie ze mna skontaktowac tylko wowczas, gdy czegos chce. Przed chwila znow przyszedl od niego sms; pewnie pisze w nim, ze zaraz do mnie wpadnie (w piatek umowilismy sie na wczoraj... wczoraj byl poza zasiegiem, a dzisiaj sobie nagle przypomnial, ze potrzebuje tlumaczenia...). Grrr!

Moglabym tak jeszcze troche, ale chyba dam spokoj. Nie chce sobie (i innym) psuc dalej krwi.

poniedziałek, 27 listopada 2006
27 lat minelo...

Nie pamietam juz dokladnie czy byly to MM urodziny czy tez imieniny. W kazdym razie pamietam, jak zostawialismy Ja (tj. MT i ja) w szpitalu na Inflanckiej w W-wie. Potem odwiedzalismy Ja dosc czesto; znow nie potrafie sobie przypomniec na czym to moglo polegac, bo mam wrazenie, ze bylismy wiecej niz raz. Czy ja sama dojezdzalam do W-wy juz wtedy? Byc moze, bo wkrotce potem napewno tak.

Pamietam duza sale (chyba z osiem kobiet, a moze szesc?); wyprorokowalam im, co ktora urodzi. Sprawdzilo sie w 100%. Pamietam, ze jak MM miala zaczac/zaczela rodzic, to dzwonilam co jakis czas i pytalam, czy juz cos wiadomo. Za kazdym razem odpowiedz byla: "jeszcze nie". 27-go kolo poludnia (albo i juz po) zadzwonilam ponownie. I tym razem uslyszalam, ze "tak" i "masz siostrzyczke"...

Pamietam jak z wielka radoscia czekalam na odebranie MM z Mala ze szpitala. Pojechalismy do W-wy, by Je odebrac. Cieszylam sie. I nagle okazalo sie, ze to wszystko wcale nie jest tak, jak sobie wymarzylam... MM wprawdzie sie ze mna przywitala, ale oboje i MM, i MT byli przejeci wsiadaniem do samochodu z Mala. MM co chwile sprawdzala, czy wszystko jest z Nia OK. Po przyjezdzie do domu MM znow nie miala dla mnie czasu. MSH darla sie przerazliwie przez praktycznie 24/7 przez nastepne trzy miesiace. Nikt nie mogl sobie z Nia poradzic. Dosc typowym chyba widokiem wowczas bylam ja z rekoma przylozonymi do obu stron mojej glowy. Wolalam nawet gotowac/pilnowac gotowania w kuchni, niz byc z tym wrzaskliwym dzieckiem.

Przelom nastapil pewnego wieczoru, gdy zostalam poproszona o bujanie placzacego dziecka celem uspienia go... (czyt. Jej). Rodzice poszli cos tam robic w piwnicy, ktora akurat znajdowala sie bezposrednio pod naszym duzym pokojem. Dziecko sie darlo (co na dole bylo swietnie slychac). Ja zas kolysalam wozkiem z boku na bok probujac bezskutecznie Mala zachecic do spania. W pewnej chwili mialam juz tak dosc Jej wrzaskow i tego, ze Rodzice zostawili mnie z Nia sama (chyba cos tam sobie zaplanowalam, a decyzja Rodzicow te plany zmienila)... zaczelam bujac wozkiem coraz mocniej. W koncu skakal praktycznie z kol na kola. I o dziwo Dziecko zasnelo. Po chwili przybiegla na gore zaalarmowana MM; nie slyszala placzu, a za to slyszala nad swoja glowa rytmiczne walenie... I to byl moj pierwszy "sukces" w nowej sytuacji. Po raz pierwszy od przyjscia na swiat MSH zostalam wowczas - w moim owczesnym pojeciu - na nowo zauwazona i doceniona. ;)

Oczywiscie teraz na to wszystko inaczej patrze i rozumiem moich Rodzicow. Ale wowczas bylam sama przeciez jeszcze dzieckiem, do tego rozpieszczona jedynaczka...

Ale dosc o mnie. Dzisiaj jest Swieto MSH. Dwadziescia siedem lat minelo. Zycze conajmniej trzy razy tyle!!! :*

ps. Moze jeszcze kiedys glosno powspominam inne numery zwiazane z MSH... :P

niedziela, 26 listopada 2006
Goracy leb

Do poludnia spal. Potem przeciagnal sie, wstal i wyprezyl grzbiet. I wtedy wlasnie zobaczylam, ze ta strona mordki gdzie poprzednio byl kiel pokryta jest czyms cuchnacym. Podobnie malo przyjemna wydzielina byla na ogonie, na ktorym uprzednio spoczywal pyszczek.

Spanikowana zadzwonilam na "ostry dyzur" z prosba o porade. Uslyszalam, ze wyrwa po zebie pewnie jest bardzo gleboka i pokarm sie gromadzi, a potem w czasie snu... wyplywa. Mam obserwowac i w razie czego przywiezc Cienia na badanie i po antybiotyk. Nie rozumiem, dlaczego od razu oslonowo nie dali...

Ale poniewaz bawil sie, choc w miare malo jadl, przestalam panikowac, a zaczelam obserwowac. Potem zapomnialam zajawszy sie chorym MMZ.

I dopiero teraz, nagle, zobaczylam Shadow'a siedzacego obok mnie. Siedzial jakis taki sztywny i wysoki, wiec wyciagnelam reke, by go poglaskac. Cala glowka okazala sie byc bardzo goraca. Mam nadzieje, ze to nie wysoka temperatura... Coz, rano trzeba bedzie zwrocic uwage...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>