Moje codzienne zycia kawalki...
sobota, 19 lutego 2011
Życzenie życia

Dzisiaj w godzinach południowych odszedł z tego świata Wujek Heniek. Dobrze, że już się nie męczy. Ale i smutno, bo tak już jest, gdy ktoś odchodzi...

* * *

Kilka wspomnień z Nim związanych. Nie będzie ich wiele, bo Wujek mieszkał daleko od nas, i widywaliśmy się sporadycznie...

Moje pierwsze wspomnienie dotyczy może nie tyle samego Wujka, co Jego imienia. Jako mały dzieciak mówiłam na Niego/o Nim: wujek Hendryk. Gdy byłam w wieku pewnie gdzieś tak 4-6 lat, MM wytłumaczyła mi (zapewne któryś raz z kolei), że mówi się "Henryk". Pamiętam tę rozmowę, jak również i późniejsze MM poprawianie, bo długo nie mogłam się przestawić...

Gdy chodziłam do (chyba) czwartej czy może jednak jeszcze trzeciej klasy, pojechałam do Wujka na ferie zimowe. Był to mój pierwszy, i jedyny pobyt w K. na dłużej. Odwiózł mnie MT pociągiem. Podróż trwała dość długo, a na miejscu poszliśmy na posterunek milicji (tam pracował Wujek). Pamiętam rozmowę z MM przez telefon (że dojechaliśmy OK, jak również telefoniczne sprawdzanie jakiej płci są moje papużki faliste, bo Wujek wiedział jak rozpoznać, a ja wówczas jeszcze nie...). Potem poszliśmy do Wujka do domu i tam kolejna niespodzianka: piece kaflowe. Różne rzeczy działy się podczas tego pobytu, ale wymienię tutaj jedną: pojechaliśmy na basen kryty. Przypominam, że był to środek zimy, więc dla mnie była to nielada atrakcja. Jednym ze wspomnień jest to, jak Wujek w ramach wygłupów oblewał nas, dzieciaków, wodą z gumowego węża. :o) Powrót z tego wyjazdu też dość ciekawie zapisał sie w mojej pamięci (choć już nie za sprawą Wujka): wracaliśmy autobusem i z powodu tłoku i zimna na zewnatrz wszystkie szyby były zaparowane. Tata poszedł gdzieś do przodu, a ja z tyłu siedziałam na "silniku". Obok mnie był jakiś facet, z którym rozmawiałam całą droge: na pamiątkę dał mi duży medal z wystawy psów (miałąm go przez wiele lat, ale od czasu wyjazdu do UK już go nie widziałam...). Co się zaś tyczy samego faceta, to wysiadł w Łodzi. Jak to czasami jest, że spotykamy kogoś przelotnie i już nigdy więcej nie mamy z nim kontaktu...

Ale wracając do tematu:

- Kolejne wspomnienia to tunele w sadzie, czasami jakieś spotkanie od święta, aż wreszcie nasza wizyta przejazdem przez K. w drodze do ukochanej P-ki w moje urodziny latem 2005r. Był to mój drugi, i ostatni już pewnie pobyt u Wujka w domu. Być może zresztą byłam tam więcej razy, ale tylko te dwa pamiętam. Jeszcze wtedy Wujek był chyba zdrowy, bo na takiego wyglądał. Bardzo przypominał mi wyglądem zresztą swojego Ojca, a mojego ukochanego Dziadka B.

- Ze dwa, trzy lata temu (podczas zbierania informacji o korzeniach rodzinnych) dowiedziałam się o pewnej historii z owym Wujkiem związanej. Historii, której wcześniej nie znałam, a która mnie wzruszyła, bo i On jej nie znał. Tajemnica rodzinna utrzymywana była w sekrecie przez tyle lat... ostatnio jednak słyszałam, że Ciocia I. podzieliła się nią z Wujkiem - czyli głównym ewentualnym zainteresowanym... Ile w tym prawdy, to nie wiem, ale tak czy inaczej historię tę zapisze w naszych rodzinnych zapiskach.

- Przez kilka ostatnich lat Wujek przysyłał mi czasem cieplutkie sms'y. Jeszcze ze dwa lata temu planował odwiedziny w Anglii... Nie udało Mu się jednak. Ostatniego sms'a przysłał na Nowy Rok. Na mojego dwa tygodnie temu już nie odpowiedział, ale mam nadzieję, że przeczytał chociaż...

- Wczoraj MT obiecał mi zdjęcie chorego Wujka. Niestety, nie doszło. Poprosiłam o ponowne przesłanie. Dziś, wpadając na chwilę do domu celem sprawdzenia poczty i przesłania dokumentów do pracy otworzyłam e-mail'a od MT. Kliknęłam na zdjęcie w załączniku i oczom moim okazała się zmordowana chorobą twarz Wujka. Siedziałam chwilę w milczeniu, gładząc Jego twarz na ekranie, i prosząc Boga na Łaskę siły bądź dobrej śmierci. Nie wiedziałam, że w tym samym mniej więcej momencie gdzieś daleko w Polsce Wujek właśnie umierał, bądź dopiero co umarł... O Jego śmierci dowiedziałam się dziś wieczorem od MM. Bardzo wzruszył mnie fakt, że (jak się okazało), dziś przypadały Wujka urodziny (nie wiedziałam o tym, choć być może powinnam była wiedzieć, bo przeciez kiedyś sobie wszystkich urodziny zapisywałam uzupełniając notatki o historii rodziny)... Ponoć bardzo chciał tych urodzin dożyć.

Dobranoc Wujku. Do zobaczenia.

poniedziałek, 07 lutego 2011
Wiosna

Wczoraj byliśmy na spacerze i mogę oficjalnie ogłosić za natura: wiosna wkoło! (No, może przedwiośnie...)

Otóż, proszę Państwa, żonkile kwitną stadami, są też przebiśniegi, a także bazie, pączki, a nawet małe kwiatuszki na drzewach. Mało tego! Mam uwiecznione również na zdjęciach pierwsze tegoroczne liście (no, listki wprawdzie, ale mimo wszystko już sporawe).

Brakuje tylko czasu, by to wszystko zgrać z komórki i wstawić tutaj...

Jutro będę miała zupełne urwanie głowy, a i dziś jeszcze czeka mnie przygotowywanie materiałów na jutrzejsze szkolenie.

Ze spacerów do Czterech Drzew i do Świńskiego Wzgórza zostało już tylko blade wspomnienie...

wtorek, 01 lutego 2011
Kuehlungsborn

Oto stołówka, gdzie świętowałam moje 13-ste urodziny...

Oczywiście w tamtych czasach wyglądała na nową... Wciąż pamiętam ten podwieczorek, gdy przyniesiono szarlotkę, i wręczono mi duży nóż do pokrojenia ciasta. Siedzieliśmy jak zwykle, wokół długiego, postokątnego stołu. U jego szczytu, plecami do okna, siedział nasz ukochany druh (Janusz Rz.). Nagle pojawiła się nie wiadomo skąd niemiecka delegacja: z owym ciastem oraz dużym bukietem fiołków. Byłam kompletnie zaskoczona. W dodatku, gdy dano mi ów nóż, bardzo się zestresowałam, bo wszyscy byli wpatrzeni we mnie, a tu tyle osób do obdzielenia... Bałam się, że nie uda mi się zgrabnie podzielić mojego "urodzinowego tortu" na zgrabne porcje (jak na moje trzynaście lat, to niewiele miałam wprawy w krojeniu; trochę ponad rok wcześniej na Rajdzie Świętokrzyskim dałam zaraz pierwszego wieczoru plamę, bo dano mi nóż do pokrojenia chleba dla wszystkich, i kromki wyszły mi różnorakiej grubości!)...

Ale odchodzę od tematu, bo Kuehlungsborn mam wspominać, a nie Rajd Świętokrzyski...

Byłam lekko stremowana, ale zaraz wpadłam na pomysł, by zanieść zarówno nóż jak i ciasto do druha Janusza z prośbą o uroczyste podzielenie... LOL

Kwiatki przetrwały w brązowym kubku do końca mojego pobytu na tym obozie, i pamiętam, że przywiozłam je nawet do domu (mimo przestróg od moich pokojowych koleżanek, że: "przyjaźni się nie zasusza")...

Z tego obozu warte wzmianki są również:

  • Dwie, a nawet trzy przyjaźnie, które potem korespondencyjnie trwały kilka lat: Inez, Haeike, i jeszcze jedna dziewczyna, której niestety imienia już teraz nie pamiętam, pisały ze mną przez długi czas... Inez miała sympatyczny, łobuzerski wręcz uśmiech i głowe pełna kręconych włosów, Haeike była drobną okularnicą, która świetnie pływała, a ta ostatnia (Claudia może?) miała długie włosy i łagodną osobowość.
  • Pod koniec obozu poszliśmy wszyscy do kina i wyświetlano tam kreskówkę Bolek i Lolek dookoła świata po niemiecku... :D
  • Podczas obozu mieliśmy inwazję biedronek. Były wszędzie: nie dało się iść bez rozdeptywania ich, a osobiście pamiętam moją prywatną akcję ratowania ich z wody (przy czym po raz pierwszy na własnej skórze poznałam, że biedronki gryzą!)
  • W morzu były wielkie kamienie, o które łatwo było zahaczyć (nie były widoczne pod falami...). Raz mało nie utonęłam, gdy w dość głębokiej już wodzie przewróciłam się o taki głaz, a zaraz potem nakryły mnie dwie wielkie fale (jakoś tam tak było, że długo nic, a potem wielka fala, a tuż za nią mniejsza...).
  • Grając na plaży w siatkówke rozciełam sobie stopę o szkło. Krew mi się lała, a ja zamiast komuś powiedzieć udałam się na góre sąsiedniego z naszym budynku, i sama sobie stopę zabezpieczyłam. :D Ślad mam do dziś!
  • Mieszkałyśmy w pięć chyba, na pierwszym piętrze w szczytowym pokoju z oknem na zachód. Kiedyś usłyszałyśmy "plop" i na parapecie wylądował martwy wróbel. Zabił się przywaliwszy w szybę otwartego okna... :/
  • Pewnego dnia wracałam z obiadu, gdy spotkałam członków mojej drużyny pędzących na plac apelowy. Okazało się, że były robione zdjęcia pamiątkowe z zaprzyjaźnioną drużyną niemiecką. Byliśmy bez mundurów, ale Polacy mieli biało-czerwone chusty. Ja jako jedyna nie miałam (nie pamiętam dlaczego byłam spóźniona i nie dano mi już po chustę iść): do dziś na pamiątkowym zdjęciu wyglądam na Niemkę...
  • Podczas naszego tam pobytu w okolicy zapanowała jakaś zaraza (odra chyba?). Przy każdym przyjściu do pokoju, a także przed posiłkami, trzeba było iść via wspólną dla całego korytarza łazienkę i zanurzyć na kilka sekund ręce w wielkiej misie pełnej obrzydliwej cieczy (zimna, i jakaś taka biało-mętna w kolorze, chyba też śmierdziała niezbyt przyjemnie)... Ale zarazy nikt nie złapał.
  • Dwa razy byłam po zakupy w Bad Doberan: za drugim razem pojechałam sama wraz z kilkoma dorosłymi osobami (sama, czyli bez koleżanek i kolegów). Każdy coś chciał, bym im kupiła: wzięłam zamówienia i pieniądze, a potem musiałam dopłacić 7 marek ze swoich... I co gorsze nie miałam pojęcia dlaczego! GRRR!
  • Rostock był fajny: pamiętam, że kupiłam sobie ładny kubeczek do mycia zębów, zafundowano nam pyszne lody czekoladowe, a potem oglądaliśmy olbrzymie silniki dla statków... były chyba jeszcze w fabryce czy jakimś budynku stoczniowym: stały takie ogromne, porażające swoim ogromem.
  • Pierwszy raz w życiu spałam na piętrowym łóżku, na górze. Pamiętam szczególnie jedną taką noc, gdy grałyśmy w "tak/nie" i bardzo dobrze mi szło w roli przestępcy... :D
  • Z wyżywienia to pamiętam gorzką kawę inkę bez mleka, i pyszny jedzonko na śniadanie: coś jakby rozgotowany ryż na mleku, ale przypruszony czekoladą w proszku... W Polsce wówczas był kryzys, więc to był "special treat". :)
  • W drodze powrotnej, w pociągu z Rostock do Berlina, dano nam w ramach prowiantu pętko kiełbasy dla każdego. Do tej pory z rozrzewnieniem to wspominam, bo kiełbasa była przepyszna!
  • Na granicy niemiecko-polskiej nie mogłam znaleźć swojej ksiażeczki walutowej, która była potrzebna: ja, czerwona jak burak w panice przetrząsająca po raz wtóry plecak już z wizją dokumentu leżącego w szafie w szczytowym pokoju na pierwszym piętrze..., nade mną drący się po niemiecku urzędnik, a obok starszy druh (Zenon?) z Warszawy, który zamiast pomóc to dodawał tylko stresu... Oczywiście czort ogonem nakrył, bo po długim szukaniu (pociąg cierpliwie czekał) książeczka się znalazła...

Szkoda, że to miejsce tak niszczeje... Cóż, nasza młodość odeszła wraz z tamtymi czasy i stała się historią... Niedługo historią będziemy i my. Tyle wspomnień, które odejdą w niepamięć...

 

 

 

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>