Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 28 lutego 2008
Dobranoc

Jestem. Zyje. Tylko pisac nie mam kiedy...

Ostatni weekend byl bardzo udany: w piatek po poludniu pojechalismy do B. Zdolalam wprowadzic MM na teren B; zjedlismy obiado-kolacje... potem zawiozlam Ja na nocleg - jeszcze tak ladnego i wspolczesnie urzadzonego B&B nie widzialam - podobalo mi sie. :) W dodatku o 30 metrow od morza!

Rano wyjazd do Londynu; dawniej dobrze znana mi droga - ale juz od lat nia nie jezdzilam - oj, wrocily wspomnienia... W Londynie tez fajnie, jesli nie liczyc beznadziejnego podejscia do klienta firmy polskiej... (kupilam bilet przez Nat Express; przyszlo w umowie, ze mozna dwie srednie walizki wziac... MM jeszcze sie ze mna klocila, ze nie - ze wezmie jedna - ale ja sie uparlam, bo przeciez na plecach nie niesie...). Na miejscu okazalo sie, ze polska firma ma moj bilet i umowe w "glebokim powazaniu", bo oni maja swoje wlasne przepisy, i wlasnie mnie informuja, ze bagaz moge wziac tylko jeden. W ramach dobrej woli zaproponowali, ze mniejsza walizeczke moze MM wziac sobie pod nogi... Hmm. Zaplacilam zadane £5 dla swietego spokoju. Dali niby pokwitowanie, choc na nim wcale nie bylo napisane, ze zaplacilam... Grrr! Chcialam dochodzic swego (oczywiscie nie chodzi o £5, ale o fakt), ale MM mowi, ze oni ponoc bankrutuja... Nic dziwnego.

Wrocilismy z MMZ juz sami... ale przez za to moj MMZ wykazal sie mestwem przy Villiers Avenue. :)

Wieczorem poszlismy na przedstawienie kukielkowe (MMZ sie podobalo), a potem na Aladdina. Na koniec do Paul'a na S&SCB (przy czym bylo troche zamieszania z mojej strony - na szczescie nikt sie nie zorientowal - pierwszy raz mi sie cos takiego przydarzylo. ;) Mam nadzieje, ze ostatni.)

W niedziele sniadanko, gra w golfa, wypad na przedmiescie. Potem, jako ze ladna pogoda byla, pojechalismy do Bignor. Ale zamkniete jeszcze bylo. Pognalo nas do A.Muzeum. Bylam zrezygnowana, a okazalo sie, ze BARDZO warto bylo. Mysle, ze tam niejeden raz wrocimy. :)

Pozniej uroczysty obiad na koszt B., spacer do kosciola, i powrot na nocleg. Zerwalismy sie o piatej, i udalo mi sie dowiezc MMZ do szkoly na piec minut przed dzwonkiem. To sie nazywa precyzja! (Choc musze przyznac, ze latwo nie bylo, bo MMZ choroba lokomocyjna brala - dopiero trick z gazeta pomogl; kochane TESCOwianki z S.) :))

OK, ide troche sie przespac, bo za siedem godzin znow w-kolo-Macieju...

ps. wczoraj ponoc w nocy wielkie trzesienie ziemi bylo... musze przyznac, ze chociaz nie spalam, to przegapilam... :/

wtorek, 19 lutego 2008
Dla takich chwil warto zyc

Duzo sie dzisiaj dzialo (rozmawialam powaznie z Szefowa, przygotowywalysmy z Sonia prezentacje na jutro, itp), ale glownie w pamieci zostanie mi przepiekny, choc bardzo zimny wieczor... Gdy wyjezdzalam z L. slonce bylo juz blisko linii horyzontu, ale z powodu czajacej sie nad ziemia mgly, oraz oddzielajacych go ode mnie wzgorz, juz go nie bylo widac... Za to paleta kolorow byla przesliczna: od ciemnosinych fioletow spowitych szaroscia oparow poprzez purpure, krwawa czerwien, odmiany fioletu, pomaranczy i zoltawych blaskow... do lekko seledynowych i bladozoltych akcentow na zachodnim niebie. Powyzej niebo przechodzilo w blady blekit, nad glowo bylo stalowo-niebieskie, by za plecami okazac sie posrebrzonym od mocno swiecacego ksiezyca.

Nie potrafie opisywac przyrody. Ale wszystkie te kolory wiszace w tle nad torfowiskami, blizej zas - jak mazowieckie prawie maczugi wierzb - a do tego kontury sredniowiecznej wsi z mocnym zarysem wiezy kosciola stanowily widok niezapomniany. Zatrzymalam nawet samochod, by zrobic zdjecie, niestety - okazalo sie, ze moja zwykle niezawodna komorkowa kamerka nie moze poradzic sobie tym razem z mglistoscia krajobrazu. :( Szkoda. Tym bardziej, ze w pewnym momencie przelecial gdzies bardzo wysoko samolot pasazerski, i zostawil po sobie dluga, srebrzysto-sina smuge...

piątek, 15 lutego 2008
Dosc nagle

Calkowicie bez zadnego ostrzezenia przypomniala mi sie dluga, autobusowa droga sprzed ponad dwunastu lat... Trasa autobusu nr 260 bodajze... W dodatku powrotna: z Godalming do Pagham... a czasem nawet i do samej Bognor...

- i skad to tak?

wtorek, 12 lutego 2008
O zyciu i smierci

Dola chwilowego mam; nie moge wszystkich priorities pogodzic, i zamiast do przodu, to zrobilo sie do tylu. Dzisiaj probowalam nadrabiac w jednej pracy. Potem w drugiej niby OK, ale za to ludzie negatywni jacys byli. :(

Na jutro mialam oddac wykonczony projekt, a nawet nie zaczelam kompletowac porozciaganych po pudlach dokumentow. W dodatku segregatora znalezc nie moge. :/ Polowa rzeczy nadal w pudlach. I teraz mam dylemat - jechac na pogrzeb Tony'ego, czy pomodlic sie za Niego w domu... Pogrzeb jutro po poludniu, w T. (czyli trzeba liczyc ze trzy godziny...). Bardzo chcialabym tam byc, lecz z drugiej strony swiat zywych rowniez czeka i naciska. On the other hand chwila refleksji duzo by pewnie dala. But on the other hand nie dam rady nadgonic wszystkiego... a terminy gonia. Nigdy nie myslalam, ze bede miala dylemat przy pogrzebie. Wczoraj jednak zasnelam wieczorem na piec minut przed zasnieciem (obudzilam sie o czwartej nad ranem - swiatlo wciaz sie palilo, lek nie byl zazyty, etc.). Rano zas i tak nie moglam siebie dobudzic... Czasem sobie mysle, ze powinnam zwolnic. Ale sie nie da. Tj. da sie, ale wowczas bede musiala pojsc na zasilki i siedziec w domu. To raz, ze niewola (ze wszystkiego tlumaczyc sie panstwu), a dwa, ze mnie na to nie stac.

Od lat planuje zorganizowac sobie prace/czas lepiej. Principles znam, ale jakos praktycznie nie umiem ich zastosowac. Chyba juz taka umre.

OK, ide to przemyslec... :P

niedziela, 10 lutego 2008
Shattered screen (ang)

Nie mam czasu pisac, wiec tylko skopiuje tekst wyslany do P. - w wersji angielskiej - musi wystarczyc. 

I went to Taunton this morning and after the meeting there was a really embarrassing situation... well, not so much for me but it was not nice to witness anyway...

As I arrived in Taunton I saw a blue car with its lights on in the car park but I later forgot all about it... then, just before leaving for home, my Polish friend M. came up to me and asked if I have got jump leads... I said "no, sorry". She said that this poor old lady cannot start her car (and yes - the one who left her lights on - battery dead!). M. called one of her friends over (a guy who was nearby getting into his car) and asked him for help; he turned out to be a car mechanic and said to the lady that he will try to start the car using gears... He got in, let the handbrake off and the car started rolling backwards (the parking is on a slight slope). He tried to start it but almost hit his own car... luckily, he managed to stop in time, the got out and moved his car out of the way. Got into the lady's car again, asked us to push (still going backwards!)... and then - to let go. The engine started but then stalled. He was still rolling and slowly running out of room - heading for a tree...

... And yes, he came to a stop on that tree! We could not believe it! The lovely blue car - the quite new small Mitsubishi - ended up with a horrible dent in the hatch, and the back screen shattered!
The lady (car owner) was speechless for a while; I do not know why but we - M. and I - could not stop laughing at the time (must have been the shock of the situation: it was so bizarre! On top of everything it turned out that the lady was rushing home as she had a number of friends coming to dinner; now she had no battery power, no back screen but she had that dent and a bunch of hungry guests awaiting...
Luckily, the mechanic turned out to be OK - he took his kids home in his car, came back with a rope to pull her car to his garage, and promised to not only take her home but to do all the repairs under his insurance (it is going to be a major job as the dent was in a nasty place - affecting several things)...
 
This afternoon I had a community meeting; we have new committee - I am an honorary member. :P
(And no, it is not because they appreciate me so much but because they wanted me to be on the committee and I refused to take on a more formal role.)
 
OK, back to getting Mike off to sleep.
środa, 06 lutego 2008
Praca

Tylko praca. Pracujmy...

Nie mam chwili, a miec powinnam. Z utesknieniem czekam ferii MMZ'owych - wprawdzie bede pracowac, ale jednak moze uda sie urwac kilka chwil... a przynajmniej nie bede pracowac na wszystkich frontach...

Czas na sen. Gardlo niesamowicie boli (wczoraj skonczyl sie antybiotyk). MM juz lepiej po grypie... Musze przetrzymac ten wirus.

Jutro Maciek bedzie badany okresowo. Hmm.

We wtorek wybieram sie na pogrzeb Tony'ego. Za to dzisiaj dostalam od Rachel wiadomosc, ze urodzilo Jej sie Dzieciatko. :)

Co jeszcze? Hinkley jakos swieci na pomaranczowo dzisiaj. Zas wczoraj nagle pomyslalam, ze moze te wszystkie choroby to przez promieniowanie jakies? Szukam chyba dziury w calym...

Nie lubie nieporozumien. Wyglada zas na to, ze chyba takie mi sie w piatek szykuje. Grrr.

Na koniec lista spraw do zalatwienia na wczoraj:

  • wplacic czek
  • wyslac invoices
  • dokonczyc folder
  • zrobic prace domowa na sobote
  • odpowiedziec Rafalowi
  • zalatwic kurs dla Magdy D.
  • skontaktowac sie z Maxine
  • skontaktowac sie z Conrad'em
  • skontaktowac sie z BS w S.
  • DVLA
  • wyslac dwie kartki z gratulacjami
  • zrobic kopie dla trzech osob i dostarczyc
  • zrobic z siebie mystery customer
  • przejrzec papierzyska
  • skontaktowac sie z landlordem
  • wyciagnac moj depozyt od starej landlady
  • usiasc i zaplakac w odpowiedniej chwili
  • umyc wlosy
  • dopilnowac ksiazek
  • i zapewne jeszcze ze sto innych spraw...

MM przeglada moje papierzyska... mam nadzieje, ze nie wyciagnie zbyt wiele szkieletow. :/

 
1 , 2
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>