Moje codzienne zycia kawalki...
środa, 28 lutego 2007
Chinskie tlumaczenie

Bylam dzisiaj w E. Pierwsze zajecia wypadly bardzo dobrze. Drugie - tez calkiem, calkiem. Trzecie byly dosc ciekawe, a z czwartych - ostatnich - ucieklam... Wiosna idzie, pora na wagary! ;)

Wrocilam do domu, bo boli mnie spuchniete dziaslo. Cos bardzo wolno to wszystko wraca do normy. Juz wprawdzie opuchlizny na zewnatrz prawie nie widac, ale za to skondensowala sie tuz wokol zeba i rwie niesamowicie. Oj, chyba nie doczeka ten zab mojego wyjazdu do PL. :/

Zaraz jade po MMZ. Powinnam w zasadzie jechac pozniej do T. na spotkanie, ale zle sie czuje i nie pojade. Trudno. :(

Mam za to wiadomosc dla Searover'a; teksty przetlumaczone. Przesle Ci je pozniej (moim poznym wieczorem) e-mail'owo, OK? Z tym tlumaczeniem bylo wesolo, bo najpierw dziewczyna, ktora mowi z mocnym akcentem (wydawal mi sie chinski; tj. nie bylam pewna ktory to z jezykow, ale...) okazala sie byc Wietnamka. Na szczescie chlopak, ktory z nami jest na roku, rozumie w obu jezykach uzywanych w Chinach. I to on tlumaczyl. Smieszne to bylo, bo nie znal niektorych typowych dla kobiecych kosmetykow okreslen, i musielismy wspolnie zastanawiac sie nad angielskimi odpowiednikami. :) Najlepsze bylo, jak przy ostatnim zdjeciu - tym z czerwonym napisem - zasmial sie i zakrzyknal: BOGOF! LOL 

Tuz przed snem

Ta cala sytuacja z chorym zebem sprawila, ze moge sobie wyobrazic co czula swego czasu moja babcia Marysia... Otoz Babcia miala rozne dolegliwosci, i do tego cala szuflade tabletek. Zaczynala dzien od sniadania z lekarstw. Ja wlasnie przed chwila zlapalam sie na konczeniu dnia kolacja z medykamentow. Najpierw cos przegryzlam, potem wzielam srodek przeciwbolowy, a na koniec deser z antybiotyku. Musze dobrze sie naglowic by rozne lekarstwa i godziny ich przyjmowania mi sie nie pokrecily...

Druga sprawa, to wspomnienia czytane dzisiaj na roznych blogach (akcja: zwierzenia). Tyle strun moich osobistych wspomnien poruszyly, i nagle poczulam nieodparta chec, by to wszystko zapisac, nim ponownie zniknie we mgle niepamieci. Ale tak sie nie da. Zbyt wiele tematow, a tak malo czasu (- jutro wczesniejsza pobudka, bo MMZ do opiekunki, a ja do E.). Chcialabym jednak przy niektorych chociaz zatrzymac sie przez chwile, by moc pozniej do nich powrocic i je zapisac... I tutaj znow rozterka; czy ja czasem o niektorych juz nie pisalam? Na przyklad takie spadanie ze schodow...

OK, tabletki chyba zaczynaja dzialac... Czas na sen. Dobranoc moi internetowi Bliscy.

wtorek, 27 lutego 2007
I co z tym zrobic?

Dzisiaj jestem w nieco zlym humorze, bo chcialam isc na Women Business Fair - mialam nawet zaproszenie, i bezplatny udzial w seminars, a tu kurcze nic z tego!

Gebula jak byla zapuchnieta, tak jest nadal. Moze nie tak bardzo juz przy oku, ale za to nizej - od policzka w dol, az ponizej dolnej szczeki. Wyglada to jak jednostronny bulldog. Poza tym wciaz jest dosc bolesne. Wlasciwie moze nie tyle bolesne, co uczucie takie jakbym cos przy zebach gornych i dolnych po tej stronie pod dziaslami miala. :( W dodatku branie antybiotyku i srodkow przeciwbolowych ma przykry wplyw na moj zoladek; niby nie ma zadnych sensacji jako takich, ale zle sie czuje.

Z tego wszystkiego wzielam sie za sprzatanie. Segreguje rzeczy do charity shop i do wywalenia. Musze to zrobic nim MMZ wroci, bo jak zobaczy co oddaje, to mi oddac tego nie da. Nic wartosciowego; ot skarby, ktorych nie uzywa od miesiecy, i ktorych braku nawet nie zauwazy. Ale niechby zobaczyl, ze oddaje! Gdy byl mniejszy, jakos latwiej przychodzilo Mu sie rozstac z takimi duperelami. Wspolnie segregowalismy co jakis czas Jego rzeczy i zabawki, sam madrze decydowal co chce oddac, etc. Do czasu. Kilka miesiecy temu przegladalismy Jego rzeczy i w koncu nic oddac nie chcial. Ostatnio poszedl sam z siebie przegladac (calkiem nawet o to nieproszony); wzial charity bag, ktora wlasnie wpadla przez drzwi i stwierdzil, ze wybierze co chce oddac. Wrocil po 10 minutach z pusta torba mowiac, ze nic nie znalazl...

OK, zabieram sie do dalszej pracy...

Napad z wymuszeniem

OK. Wywolana do tablicy i wymaglowana przy tejze, wywoluje kolejne "ofiary" do zwierzen (czyli zapraszam do opowiedzianie pieciu rzeczy o sobie - tajemnic, ciekawostek, historii):

Britka - www.brittany.blox.pl

Mamabela - www.mamabela.blox.pl

Searover - www.mojaszuflada.blox.pl

Erzebet - http://erzebet.blox.pl/html

i last, ale nie least:

... musze poszukac, bo i Sawicka, i Evieta juz zostaly pojmane...

- OK, do Formy nie moge wejsc (wciaz nie mam laptopa), wiec nominuje Ja: www.formaprzetrwalnikowa.blox.pl

C.d. - czyli Trzy do Pieciu

OK... oto c.d.:

3. Prawda Trzecia - nie mam szczescia do mezczyzn.

Pewnie duzo jest w tym i mojej winy; za bardzo ufam, za naiwna jestem, za szybko chce sie podzielic calym moim sercem... Chociaz? Wlasciwie, to powinnam pisac to w czasie przeszlym. Po tym, co ostatni mezczyzna zrobil moze nie tyle mi, co MMZ, tak latwo juz nie zaufam...

Wczoraj spotkalam sie z Issy. Ma dorosle corki. Mieszka z mezem, ale od lat dziela tylko dom - jak dwojka lokatorow mieszkajacych razem. Co to za zycie? To juz wole byc sama.

4. Prawda Czwarta: nie lubie marmite.

Ludzie w Anglii dziela sie na lubiacych i nie lubiacych marmite. Moje pierwsze zetkniecie sie z tym swinstwem bylo jeszcze w Polsce (NT przywiozl to ze soba i zostawil mi, gdy wyjezdzal - pisalam o tym juz kiedys). Ja tego nie cierpie; nie znosze na rowni z brukselka, piwem i owocami morza (jesli nie liczyc ryb).

Za to MMZ marmite bardzo lubi. To chyba jedyne, czym sie roznimy. ;)

5. Oj, trudno jest zdecydowac sie na temat dla punktu piatego. Tyle tego jest. Sekretow, mysli niezapisanych, wspomnien. Ale wspomne chyba to, co chodzilo mi kiedys po glowie gdy czytalam Proze Zycia i Jej wspomnienie...

Otoz, jakos tak w polowie lutego pewnego roku na poczatku lat osiemdziesiatych stalam sobie oparta plecami o framuge drzwi kuchennych (ciemna kuchnia, wysoki parter, pierwsza klatka od LO) i patrzylam na gotujaca cos MM. I nagle powiedzialam Jej, ze chcialabym isc do kosciola na msze. Spojrzala na mnie zdziwiona, bo byl to zwykly dzien, a ja nie bylam zbyt religijna. Ale nie miala nic przeciwko temu. Poszlam. Sama nie wiem dlaczego. Od tamtej pory chodzilam codziennie regularnie. Zas w sercu roslo przekonanie, ze kiedys pojde do zakonu. Myslalam o zakonie kontemplacyjnym.

Wyszlo inaczej. Mysle, ze w duzej mierze z mojej winy. Z mojej slabosci, slomianego zapalu, naiwnosci. Teraz mam Synka, ktorego kocham nad zycie, i jestem Bogu wdzieczna za ten Dar. Choc nie powiem; czasem jest i tesknota za tym, co moglo byc, a czego juz nie bedzie.

Ale tak juz jest, ze raz wybrawszy zawsze wybierac musimy. Wazne jest, by nie powtarzac bledow (choc niektore bledy sa tak kuszace, ze trudno ich nie powtarzac). Mysle, ze cale zycie bede uczyla sie zyc.

Pamietam, ze MM w moim wieku wydawala mi sie taka dorosla i odpowiedzialna osoba. Teraz wiem, ze w moim wieku pewnie tak samo czasem czula sie bezradna, tak samo sie bala czy dobrze wybiera - jak i ja nieraz. Ale i to jest piekne; z kazdym rokiem przybywa nam doswiadczenia. Zaczynamy patrzec na swiat troche inaczej. Czy sie zmieniamy?

* * *

OK, w takim razie pora zalancuszkowac piec kolejnych blogow. Jestem z natury przeciwna wszelkim lancuszkom, ale musze przyznac, ze milo mi bylo czytac wspomnienia Etlast, a i sama frajde mialam piszac swoje przemyslenia. OK, ide szukac pieciu Kandydatow...

Czas na zwierzenia (2 z 5)

Etlast zaprosila mnie do zwierzen (nie wiem dlaczego, ale ze zwierzenceniem mi sie to slowo kojarzy!), tak wiec trzeba bedzie cos dotychczas skrywanego opisac... Hmm. Niech ja pomysle.

Ma tego byc piec wspomnien. Trudny wybor; bo czy pisac o sprawach sercowych? Czy tez zabawnych? Albo tragicznych?

Zobaczymy co z tego wyniknie... OK, here it comes:

1. Etlast pisala o harcerskich przezyciach. Ja tez bylam zapalona harcerka: obozy, rajd swietokrzyski, zbiorki, prowadzenie druzyny zuchowej, etc. Bardzo to wszystko milo wspominam i uwazam, ze duzo dalo mi hartu ducha: wlasnie takie radzenie sobie w lesie, udzielanie pierwszej pomocy czy orientacja w terenie. :) Jak przystalo na (bylego) harcerza - nigdy sie nie poddaje w sytuacjach podbramkowych i swiecie wierze, ze jeszcze tak nie bylo, by jakos nie bylo... ;)

Pamietam jak z MBM (jeszcze wowczas nie mezem) pojechalismy na Isle of Wight. Samochod (jego) zostawilismy w Portsmouth. Zlapalismy prom do Ryde. Stamtad autobusem przez cala wyspe do Needles. Byla to chyba niedziela. Pogoda piekna, maj. Moj psiak zostal u MBM matki (a trudna to byla kobieta). Na drugi dzien z samego rana mielismy isc do pracy na piata, wiec wrocic bylo trzeba. Zrobilismy sobie wiec owa wycieczke do samych Needles, i po powrocie na przystanek autobusowy okazalo sie, ze wlasnie uciekl nam ostatni autobus. Bylo po szesnastej... ale kto zna te Wyspe, to wie, ze z jej drugiego konca do Ryde dojechac bez samochodu - gdy autobusy nie jezdza - latwo nie jest. MBM od razu stracil dobry humor; zaczal sie martwic na zapas, przejmowac swoja mamuska i zostawionym na parkingu samochodem... Ja rozesmialam sie w glos i pelna optymizmu zagonilam go do pieszej wedrowki do nastepnego miasteczka. Szlismy juz dosc dlugo, gdy udalo nam sie dojsc do jakiejs miesciny. Tam udalo nam sie zlapac taksowke do najblizszego miasta. Na miejscu okazalo sie, ze bedziemy mieli autobus, ale musimy poczekac ponad godzine. Udalo sie. Zlapalismy ostatni prom z Ryde. W domu bylismy po polnocy. :)

Wniosek i Pierwsza Prawda o mnie: zeby nie wiem jak nie bylo, to ja sie nie poddaje. Owszem, bywaly momenty w moim zyciu, ze bylam suicidal. Ale dzieki Bogu w takich chwilach ratowala mnie wiara w Jezusa. Z natury jestem jednak optymistka i wierze, ze bez woli Boga nic zlego stac mi sie nie moze. :) Czyli jakby nie bylo, to trzeba ufac i wierzyc, ze co by sie nie dzialo, to koniec bedzie pomyslny. :))

2. Znow nawiaze do tego, co Etlast pisala... a mianowicie chodzi mi o bunkry.

Odkad pamietam, bylam "lokalna" patriotka - bardzo zwiazana z moim rodzinnym miastem. Gdy bylam malym dzieckiem moje miasto obchodzilo okragla rocznice nadania praw miejskich. Troszke pozniej moj ukochany Dziadek (z dziada-pradziada tamtejszy) oprowadzal mnie codziennie po miescie, wspominajac dawne czasy. Kilka razy tez sie zdarzylo, ze MT wzial MSH i mnie na spacer, i rowniez opowiadal co gdzie bylo, gdy On byl maly... Pozniej, bedac w osmej klasie bralam udzial w olimpiadzie historycznej. Pierwszy etap dotyczyl historii lokalnej i od tamtej pory bylam hooked. Moze przestalam lubic az tak bardzo moje miasto takim, jakim sie stawalo (w miedzyczasie wybudowano wielkie osiedle mieszkaniowe, co sprawilo, ze ludzie przestali siebie na wzajem znac... - bylo bardzo duzo ludnosci naplywowej), ale historia jego interesowalam sie dalej. Szczegolnie pociagaly mnie zdjecia i pocztowki z dalekiej przeszlosci. (- Teraz mam juz ladna kolekcje.)

Zatem Prawda Druga: interesuje sie historia mojej rodziny i mojego rodzinnego miasta.

Ale mialo byc o bunkrach. Otoz, pochodze z miasta, ktorego jedna z dzielnic jest wielka twierdza. Wybudowana za czasow carskich i napoleonskich byla otoczona pierscieniami bunkrow. Niektore z nich przetrwaly czasy wojen; czesc uzytkowalo wojsko, ale inne staly w latach osiemdziesiatych ubieglego wieku otwarte. I wlasnie po tych bunkrach jezdzilismy z SS. SS mial dwa krecki:jeden na punkcie jezdzenia rowerem, a drugi na punkcie zwiedzania bunkrow. Obejrzelismy ich razem kilka. Wlazilismy w miejsca malo bezpieczne i czasami bylo strasznie, a czasami smiesznie. Naprzyklad pamietam jak SS zostawil mnie na jednym poziomie (sama w ciemnosci), a sam poszedl na poziom nizszy. Po kilku minutach wrocil wstrzasniety. Przez jakis czas nie moglam z niego wyciagnac co sie stalo. Dopiero jak ochlonal opowiedzial mi, ze tam ponizej byla dziura w scianie, a w niej jakby komin-studnia. Zajrzal do niej, oswietlil latarka. Bunkier w tym miejscu byl z czerwonej cegly (wszedzie indziej wydawal sie byc betonowy), i splywajaca woda ta cegle przez lata troche rozmazala. Gdy tak to nagle oswietlil - zobaczyl splywajaca, mokra, czerwona plame. Ponoc atmosfera miejsca polaczona z wyobraznia dala taki efekt, ze myslal, ze to czyjes rozbryzgane granatem po scianach zwloki... Mozna sobie wyobrazic jakie wrazenie jego mina, opowiesc, i otoczenie uczynily wowczas na mnie... LOL

Oczywiscie o naszych wyprawach Rodzice nie wiedzieli (badz woleli nie wiedziec?)...

OK, czas na czesc trzecia... ale to w oddzielnym wpisie, bo nie wiem, czy ten nie bedzie zbyt dlugi...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>