Moje codzienne zycia kawalki...
czwartek, 22 stycznia 2015
Jaki ten świat mały...

Kolejny dzień przeleciał i odleciał w siną dal. Rankiem był bardzo ładny wschód słońca. MMZ poszedł do szkoły, a ja zmywałam w kuchni naczynia i oglądałam odwiedzających mnie skrzydlatych gości. Ptaszki przylatują chętnie i wymieniają się co chwila czekając (nie)cierpliwie na płocie. Wróbelki, sikorki, szpaki, jeden bardzo odważny dzięcioł w czerwonej czapeczce, gołebie leśne i kosy, strzyżyki, rudziki... Pojawia się także płochacz pokrzywnica, czasami (choć ostatnio nie widziałam) szczygieł oraz zięba. Bywają gawrony, kawki, kruki i wrony. Toteż zmywanie upływa miło i ciekawie przy dzwiękach ptasiej muzyki.

Potem czas był iść do pracy. W ciągu godziny zrobiłam połowę całodziennej roboty, ale za to druga połowa zabrałam mi kolejnych sześć godzin. Było może mało rozrywkowo dzisiaj, lecz jedna wizyta utknęła mi w pamięci: musiałam odwiedzić samotny dom położony na skraju zbocza. Dojazd nie był zbyt łatwy, bo najpierw barierą okazała się brama, którą trzeba było zamknąć za swoim pojazdem z uwagi na bliskość farmy. Potem przejażdżka w kierunku wystającego znad doliny dachu i oczom moim ukazał się dość ładny budynek. Byłam mile zdziwiona, a jak jeszcze zobaczyłam, że właścicielka jest w domu, a okolica naprawdę piękna, to od razu przestałam boczyć się na utrudnienia i stratę czasu związaną z dojazdem. Spodziewałam się mówić po polsku, bo nazwisko znajome, ale okazało się, że pani mówi bardzo płynnym angielskim, a że w chwili otwarcia drzwi rozmawiała przez telefon, to zostałam przy angielskim. Załatwiłam sprawę bezboleśnie i nawet wesoło było, bo moja rozmówczyni powiedziała, że widząc mój mundur podziewała się... ataku! LOL Nie bardzo wiem, dlaczego miałabym z kałasznikowem biegać, ani dlaczego myślała, że jestem z KGB... (podejrzewam całkiem serio, że żartowała), ale pośmiałyśmy się obie i po chwili byłam w drodze powrotnej. Ciągle rozweselona dopiero dojeżdżając do bramy uświadomiłam sobie, skąd znam to nazwisko i jakie między nami jest powiązanie: otóż jakiś czas temu uratowałam sporą część starych, polskich książek. W książkach tych było polskie nazwisko, a że interesuję się historią i genealogią, to bez trudu ustaliłam do kogo książki należały. I tak historia koło zatoczyła dzisiaj: bezwiednie odwiedziłam potomków byłego właściciela ksiązek, które są teraz w moim posiadaniu...

O czym tu pisać?

Tyle rzeczy codziennie się wydarza, tyle dni mnie tutaj nie było... trudno zacząć! I pomyśleć, że swego czasu pisywałam codziennie...

MMZ rośnie jak na przysłowiowych drożdżach. Ma już chyba 193cm wzrostu! Mój kochany Olbrzymek! Momentami jest bardzo pomocny, inicjatywę bierze w swoje ogromne dłonie i sprawia, że mama jest bardzo z niego dumna. (Zresztą dumna jest z Niego przez cały czas: fajnie się mój mlodzieniec rozwija, dobrze Mu w szkole idzie, ma talent muzyczny i dobre serce.) I tylko momentami doprowadza mnie do szewskiej pasji przez swoją filozofię życiową pt. "przewróciło się - niech leży..." i ogólne bycie typowym nastolatkiem! :P

W pracy, jak w pracy: pracy dużo, ale mam tyle luzu, że spoko. W dodatku znów mam samochód służbowy do dyspozycji, więc nie muszę się martwić o transport w pracy (a jeżdżę dużo). I tylko pogoda ostatnio kiepska. Przeziębiłam się bardzo poważnie ze dwa tygodnie temu (byłam całkiem nie do życia przez cztery dni; podejrzewałam grypę, ale GP orzekła, że to "flu-like illness"). Do tej pory sporo kaszlę, a i kichnięcia się trafiają... Deszcz i zimno nie jest w takiej sytuacji zbyt pomocne...

Wpadłam dzisiaj przelotem (ale i zostałam trochę dłużej) do Bosmana i Jego Rodziny. Wszystko dzięki Britce, która na fb skomentowała coś i przez to do Nich trafiłam. Ależ tam piękna przyroda! Szkoda tylko, że tak daleko od Nowiaka - jak jadę do PL to mam mało czasu, a w dodatku raczej nad morze w najbliższym czasie się nie wybieram.. Mimo wszystko zdjęcia bardzo ładne. Miło było pooglądać.

Wczoraj przed snem czytałam sobie stare wpisy na tym blogu. Tak trochę na chybił-trafił. Fajnie jest mieć takie zapisane wspomnienia. I tylko żal mi, że czasem tak "kryptograficznie" pisałam, bo momentami muszę nieźle się nagimnastykować, by przypomnieć sobie co autor miał na myśli... ;) Ale z drugiej strony było tak, bo starałam się chronić swoją i innych prywatność. To mi się chyba udało, ale czy trzeba było aż tak!?! LOL

OK, starczy na jeden wieczór... Dobranoc.

 

 

piątek, 16 stycznia 2015
Dzięcioł

Ps. Od kilkunastu dni, całkiem regularnie, w ptasiej stołówce pojawia się... dzięcioł. Piękny jest. I wcale nie płochliwy. Orzeszki wcina. :)

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>