Moje codzienne zycia kawalki...
niedziela, 15 stycznia 2012
WizzAir i inne bóle głowy...

Kolejne dwa miesiące życia przeleciały bez zapisania się w kronice, jaką miał w założeniu być ten blog.

Grudzień był pracowity zarówno w robocie zawodowej, jak i w przygotowaniach do Świąt, bo z jednej strony masowe zwolnienia w okolicy sprawiły, że dużo Polaków znalazło się bez pracy i w trudnej sytuacji - czym powiększyła mi się ponownie grupa klientów do pomocy -zaś z drugiej Gości świątecznych mieliśmy niespodziewanie-spodziewanych przez co Święta były inne niż zwykle. MM i Cioteczka miały nas odwiedzić (Babcia obiecała przecież Wnukowi, że na Święta przyjedzie, i należało dotrzymać słowa). Cieszyłam się, że przyjadą razem, bo przez część tych trzech tygodni ja pracowałam, więc myślałam, że będzie Im milej być razem, a przy tym jedna drugą zaopiekuje się w podróży. Pomysł był chyba jednak niewypałem. Momentami miałam wrażenie, że wzajemnie się nakręcały negatywnie. Może zresztą nakręcałam je ja? Choć naprawdę starałam się, by Im było dobrze i miło.

Na tydzień przed Wigilią pojechaliśmy z MMZ do Luton po MM i Ciocię H. Kolejne trzy tygodnie były dość intensywne, po czym nastąpił wyjazd powrotny - z zaczepieniem o G. gdzie mieszka moja Siostra Cioteczna. Wprawdzie widziałyśmy się w 2010, ale w domu u Niej byłam ostatnio trzynaście lat temu. Niewiele się zmieniło.

Wracając do świątecznych odwiedzin to nadmienić chyba warto, że nie warto jest latać "tanimi liniami" typu WizzAir. Zaczęło się jeszcze w Polsce, kiedy to Podróżniczki przy zamawianiu biletów stwierdziły, że bagaż wezmą jedynie podręczny (do 10kg), coby trzymać koszt wycieczki w ryzach. Oczywiście zaraz na lotnisku okazało się, że choć torby mają poniżej 10kg każda, to kształt nie taki jak trzeba i musiały zapłacić za nie opłatę podwójną (w porównaniu z tą internetową). Narzekaniu na zdzierstwo nie było końca w drodze z lotniska, bo siostrzyczki zauważyły w samolocie, że ludzie większe i cieższe mieli torby i nie płacili kary.

Przy przygotowaniach do wydrukowania powrotnych kart pokładowych (które to karty trzeba wydrukować samemu by nie płacić opłaty administracyjnej 15 euro od osoby na lotnisku) zadecydowałam, że opłacę dodatkową torbę, bo przecież prezentów trochę do zabrania do Polski przybyło. Torba za 90zł mogła być do 32kg, więc wraz z bagażami podręcznymi była by wystarczająca. Zaznaczyłam na stronie WizzAir co trzeba, przeszłam do kolejnej podstrony i podałam dane mojej karty płatniczej. W ostatniej chwili, tuż przed naciśnięciem potwierdzenia opłaty przyuważyłam, że próbują ode mnie pobrać opłatę podwójną. Wróciłam do punktu wyjścia i okazało się, że nie da się tego obejść. Znalazłam telefon do WizzAir, ale był tylko numer premium, za który zdzierają 77 groszy za minutę. Próbowałam to obejść, ale się nie dało. Zrezygnowana zadzwoniłam, i okazało się, że faktycznie zamówić dodatkowy bagaż w jedną stronę można tylko przez telefon, bo... "tak strona jest zaprogramowana"! Czyli albo zapłacisz przez gapiostwo bądź rezygnację podwójnie, bądź też zapłacisz dodatkowo za rozmowę, która krótką nie jest. Dobra. Zamówiłam, zapłaciłam. Poszłam drukować. Okazało się, że i owszem: opłata pobrana jest, ale na wydruku nadal tylko "bagaż podręczny" figuruje. Kolejny telefon, tłumaczenie. Wreszcie sukces. Udało się osiągnąć dodanie bagażu jednej sztuki do nadania na karcie pokładowej. I tu zaczęły się kolejne schody...

Otóż mam drukarkę firmy Epson. W niej cztery kolory tuszu. Akurat skończył mi się czarny, a pozostałe były na ukończeniu, ale wciąż OK. Czarny, ze 11 funtów, włożyłam nowiutki. Początkowo drukarka go wcale nie chciała zauważyć. Kiedy już zauważyła, okazało się, że nagle widzi, że niebieski się skończył... Próbowałam drukować w opcji "czarno-białej", ale nic z tego. Była sobota po południu, godzin kilkanaście przed wyjazdem. Pomyślałam, że nim pojadę dokupić trzy pozostałe kolory (trzy, bo już widziałam, jak to będzie wyglądało: dodam niebieski, to nagle "zabraknie" żółtego na przykład...), to zadzwonię do Kuzynki zapytać, czy by nie mogła wydrukować u siebie...

Mogła. PDF'u z kartami pokładowymi zapisać się nie dawało, więc wysłałam załączniki ze stronami internetowymi, oraz - w razie problemów - kod rejestracji z dokładnymi instrukcjami, jak dotrzeć do kart pokładowych, i jak je wydrukować. Kilka minut później Kuzynka zadzwoniła z wiadomością, że wydrukowała, ale bez reklam. Reklamy (a było ich dużo - na każdą osobę przypadały po dwie kartki papieru A4, na których w większości były reklamy, a karta pokładowa była mniej-więcej wielkości karty tradycyjnej...) nie były mi do szczęścia potrzebne. Upewniłam się, że same karty pokładowe wydrukowały się OK i na tym sprawę zamknęłam - mieliśmy je odebrać podczas naszej wizyty następnego popołudnia - na pięć godzin przed odlotem...

Zajechaliśmy do G. z małym opóźnieniem. Zapomniałam prawie o tych kartach, na szczęście Kuzynka pamiętała. Dała mi je, a ja wpadłam w małą panikę, bo od razu zobaczyłam, że są do niczego - warunkiem przyjęcia ich był kod kreskowy - a ten wcale się nie wydrukował. Okazało się, że Kuzynka drukowała z linków, i wcale nie próbowała metody nr 2 czyli drukowania z internetowych "orginałów". Jakoś nie przeczytała mojej informacji o tym, że warunkiem akceptacji jest zastosowanie się bardzo dokładne do podanych na stronie wymogów, a w tym właśnie owych kodów kreskowych...

Nic to. Wprawdzie Kuzynka w domu drukarki nie miała, ale jako, że prowadzi swój własny sklep zaoferowała, że podjedziemy tam i wydrukujemy raz jeszcze. Po czym spędziłam w owym sklepie w ogromnych nerwach ponad godzinę, bo najpierw wszystko długo się ładowało, a potem po przejścu procedur dojścia do kart pokładowych, po naciśnięciu na link bądź to internetowy, bądź PDF, strona wracała do punktu wyjścia - czyli do logowania rezerwacji od początku... Bilet Cioteczki udało mi się szczęśliwie wydrukować po ok. 15-stu minutach, ale biletu MM nie szło otworzyć. Nareszcie, po wielokrotnych, frustrujących próbach udało się go otworzyć i tu znów zawiodła drukarka - tym razem Kuzynki - choć również Epson, ale inny... Przygotowywała drukowanie tak długo, że zwątpiłam, czy kiedyś wydrukuje... Udało się, ale do odlotu pozostawało coraz mniej czasu, a w perspektywnie miałyśmy wciąż obwodnicę londyńską między A3, a M1 - a tam różnie bywa.

Udało się dojechać OK. Celowałam na trzy godziny przed odlotem (na wyrost, bo MM dostała sms'a od WizzAir z poradą, by być na 3 godziny przed odlotem, bo straszny tłok ponoć, a ja nie chciałam, by MM martwiła się na zapas bądź by mi potem głowę suszyła, że przeze mnie nie zdąźyły). Oczywiście na miejscu okazało się, że całkiem niepotrzebnie. Bagaż oddałyśmy po długim czekaniu jako drugie (bagaż to oddzielna załamka, bo MM zostawiła pakowanie na ostatnią chwilę, przy czym okazało sie, że nie mam bardzo dużych walizek i połowa rzeczy nie weszła, a w kilogramach było tego co zabrane tylko 16.6kg).... Potem jeszcze czekaliśmy czy przeszły z bagażem podręcznym OK: MM miała trzy sztuki bagażu zamiast jednej, a Cioteczka dwie, ale jedną dużo większą niż wymagane rozmiary... Przeszły. :) Majątek za to poszedł na opłatę parkingową. ;)

Na koniec, jak to mówi MSH, perełka MMZ:

Tłumaczę Mu dzisiaj, że dziewczynki/kobiety, nie bije się niczym, a jeśli już, to co najwyżej kwiatkiem. On na to: "w takim razie użyję róży". Nic dodać, nic ująć. Cały mój MMZ.

"> Protected by Copyscape Unique Content Check>>>